piątek, 3 sierpnia 2012

Jak wspominam Szpital Wojewódzki w Tychach należący do Megrez Sp. z o.o.

MEGREZ Sp.z o.o.
Szpital Wojewódzki w Tychach, 
oddział położniczo-ginekologiczny (tzw. septyk), 
porodówka, 
oddział położniczy 

Będzie dużo tekstu, ale dla niecierpliwych i zabieganych - podsumowanie na końcu wpisu :) 


Tam spędziłam 10 dni. Zaczęło się od skierowania od mojej ginekolog z powodu małowodzia w dniu "książkowego" terminu porodu. Zatem następnego dnia od wizyty u mojej pani dr, w czwartek o godzinie 7 rano wyruszyłam z mężem na izbę przyjęć. Na dzień dobry usłyszałam, że nie ma miejsc i mam przyjść jutro :] Ale mogę też poczekać, bo o 8:00 ma przyjść doktor i on będzie decydował. Grubo po 8:00 weszłam do gabinetu położnej na izbie przyjęć i po wywiadzie i badaniu miałam się przebierać w piżamkę i kapcie, bo mnie przyjmują. W dniu przyjęcia zrobiono mi podstawowe badania - badanie szyjki macicy, KTG i USG. Okazało się, że ilość wód mam w normie. Pozostałe wyniki też są ok. No ale decyzję o ewentualnym wypisie lekarze podejmują na porannym obchodzie. Nie wysłali mnie jednak do domu, ale zlecili dalsze badania na poniedziałek. Było mi to na rękę, bo książkowy termin porodu już minął, miałam wszystkie rzeczy przy sobie w jednej torbie i nie uśmiechało mi się wozić tego w tę i we w tę. We wtorek miałam kolejny raz badanie szyjki macicy. KTG robiono mi raz dziennie, a we wtorek chyba ze trzy razy mnie przypinali do tego sprzętu. Co do miejsc - nic dziwnego że ich brakuje skoro wcześniej na sali było 5 łóżek, a teraz są trzy... Wiem, bo leżałam tam też wcześniej, zanim spółka M. przejęła szpital. 

Panie pielęgniarki i położne na septyku są ok. Panie salowe natomiast już niekoniecznie. Swoje obowiązki w salach pacjentek wykonują czasami dość głośno, wyżywają się mopami na łóżkach... Zdarzało się że posiłki przywoziły pielęgniarki, a z tego co wiem, to salowe się tym powinny zajmować, ale widocznie miały co innego do roboty... Koleżanka z sali, leżąca tam już 3 tygodnie, opowiadała, że raz poprosiła salową o zmianę pościeli. Po wielkich upałach nie ma co się dziwić, że człowiekowi przykutemu do łóżka jest źle w przepoconych betach.. Usłyszała oburzony głos: "To ja mam pani co tydzień pościel zmieniać??" i nie było by może w tyn nic dziwnego gdyby nie fakt, że ta pani ani razu nie zmieniła jej pościeli.

Mój mały syneczek wykopał ze mnie wody płodowe o północy w środę. Więc mój poród zaczął się niestandardowo. Skurcze same nie nadeszły. Czekałam na nie od północy do 7 rano już na trakcie porodowym, gdzie około 7:00 podano mi kroplówkę. Dostałam własny boks, który wydawał mi się trochę ciasny, ale komfortowy. Trzeba przyznać, że z estetycznej strony porodówka jest super. Są piłki, krzesełko porodowe, można swobodnie chodzić po korytarzu obok boksów, można korzystać z prysznica... ale pod prysznicem nie wytrzymałam długo... bardzo szybko zrobiło się tam bardzo duszno. Nie było żadnego okienka, a wentylacja.. szkoda gadać. Więc standard prysznica jedynie obniża moją pozytywną ocenę porodówki. Panie położne były miłe, chętne do pomocy. Prowadząca mnie położna często zaglądała do mnie i podsuwała pomysły co robić, żeby w naturalny sposób łagodzić bóle. Co jakiś czas badano tętno dziecka i kilka razy lekarz badał szyjkę. Dużym wsparciem był dla mnie mąż, dzielnie trwający przy mnie od około 5 rano do przewiezienia mnie na oddział położniczy, a synka na noworodki :) Czyli do mniej więcej 16:00. 

Na oddziale położniczym od razu zajęła się mną położna. W ekspresowym tempie pomogła mi się pozbierać i wziąć prysznic. Nie podobało mi się tam to, że do sal pacjentek nie mógł wejść nikt prócz pacjentki, położnej i lekarza. Z jednej strony rozumiem, że na salach leżą kobiety w różnym stanie - wietrzą krocze i karmią piersią... Był jednak moment kiedy na sali leżałam sama, bo trafiła mi się sala dwu osobowa i jedną noc spędziłam sama z dzieckiem... I wtedy ogromnie mi brakowało męża przy łóżku, gdy karmiłam Darka... Krzysiek musiał czekać na nas na specjalnych twardych ławeczkach przy drzwiach, gdzie jest tłum ludzi odwiedzających i często czuć przeciągi. Kobieta może sobie zabrać w wózeczku dziecko i iść z nim do tatusia w tłum i przeciągi... 
Ogromny minus za standard łazienek i WC. W godzinach porannego prysznica kosze ze zużytymi podkładami przebierają, woda stoi na posadzce... Nawet w tej wodzie plama krwi się kiedyś znalazła... Nie ma nikogo kto by tam sprzątał na bieżąco... Gdyby był mop, jakaś szmata z wiaderkiem.. same pacjentki by mogły poprzecierać tą podłogę... Były chętne do tego. Irytowało mnie jeszcze to, że nie miałam gdzie położyć żelu pod prysznic, bo żadnej nawet maleńkiej półeczki nie raczyli zrobić... trzeba było się schylać i kłaść żel pod nogi... W WC - smród. Po prostu. I otwarte jedno okienko... pozostałe klamki powyciągane albo rozkręcone tak, że nie da się otworzyć nic więcej...
Położne zaglądały na salę ze dwa razy dziennie i pytały czy wszystko w porządku. Poza tym podawały też posiłki. Często wnosiły talerze na salę i kładły na stolik. Na innych oddziałach trzeba sobie samemu podejść do drzwi żeby coś zjeść, a tu - pełna obsługa. Duży plus i szacun dla położnych! Zawsze można było podejść i poprosić o pomoc, chętnie jej udzielały. 
Salowe... Olaboga! Nie ważne, która godzina, nie ważne czy się dziecko karmi, przewija czy ono po prostu śpi... wchodzi salowa, trzaska koszem, żeby go otworzyć i zabrać jego zawartość, klapa jej spada, że aż huczy w uszach! Na sali były trzy rodzaje koszów... Na odpady komunalne, na pampersy itp. oraz na brudną bieliznę. Czyli na szpitalne pieluch tetrowe czy ciuszki, które dziecko zbrudzi. Bo w szpitalu mają swoje ubranka, beciki, kocyki.. i przy kąpieli są zawsze przebierane w czyste. Jednak zdarza się, że trzeba poprosić o czysty kaftanik czy śpiochy... wtedy brudne ląduje w koszu nr trzy. Mój mały miał szpitalne pieluchy tetrowe od drugiej doby... Trochę ich schodziło, bo na jeden raz miał zakładane 4, aby podnieść jąderka, żeby się wodniaka pozbyć. Kosz był peeeeeełny. Salowa nie mogła go nie widzieć. Po prostu zmieniała worki w koszach na odpady komunalne i pampersy ale bielizny nie tknęła... Proszę sobie wyobrazić zapach dwudniowej kupy... Tak. Wróćmy do czegoś przyjemniejszego... 

Jeśli chodzi o te kochane panie położne... Nie raz zdarzyło się, że dwie położne mówią co innego na jeden temat. Dlatego trzeba włączyć własny rozum i samemu podejmować decyzje, sugerując się tylko zdaniem położnych. One są doświadczone i mają ogromną wiedzę o połogu i noworodkach, to fakt. Ale jako matka mam własny instynkt macierzyński i tu ja decyduję. Przykład? Proszę... "Dziecko najpierw przewijamy, potem karmimy i czekamy aż zaśnie przy piersi". To sobie tak rób... Mój Darek budzi się z głodu a nie z pełnego pampersa. Najpierw musi zajeść pierwszy głód, a potem pozwoli się przebrać. Przy próbach działania wg porządku położnej... przewijanie było katorgą. Darek krzyczał na pół oddziału. Najgorzej w nocy, jak ludzie śpią / chcą spać. Takie biedne znerwicowane z głodu dziecko potem nawet nie ma siły na przyssanie się do piersi.. chce flachę z mlekiem na JUŻ. 

Oddział noworodków. Korytarz i dyżurka wyglądają luksusowo. Do sal noworodków wejść nie można, więc nie wiem jak tam jest.. Ale panie są bardzo miłe. Służą pomocą. Kiedy Darek tak przeraźliwie płakał przy przewijaniu a jeszcze nie wiedziałam, że to po prostu głód, poszłam z nim na noworodki i pytałam o te schorowane jąderka, tym bardziej, że jakieś czerwone ślady się zaczęły pokazywać. Pani położna najpierw poprosiła panią doktor a potem obie zabrały Darka na salę, pooglądały i zawinęły w tetrę. Dostałam butelkę dla niego żeby go nakarmić. Dopiero wtedy byłam spokojna, że jego tam nic nie boli, a ten płacz to z głodu... Ta akcja miała miejsce w nocy, więc jestem pod wrażeniem, że nawet nocą wezwano panią doktor i udzielono nam pomocy :) Duży plus! Chociaż z drugiej strony... po to jest szpital, żeby doktor był obecny o każdej porze...
Rano gdzieś w okolicy godziny 7:00/8:00 zabierano dzieci z sal na noworodki i tam je panie kąpały, przewijały, ubierały. Jeśli były zlecone jakieś badania to były też od razu robione. I około godziny 9:00/10:00 maluszki wracały na sale do mam. W czasie kąpania maluchów przychodzili ginekolodzy na obchód. A gdy maluszki były już przy mamach - przychodził pediatra i informował o stanie zdrowia dziecka. Reszta dnia mijała na opiece nad dzieckiem i odpoczynku. 

PODSUMOWANIE:
septyk
warunki lokalowe - dobre
pielęgniarki i położne - przeważnie miłe, chętne do pomocy
salowe - hałaśliwie wykonują swoją pracę, rzadko mają dobry humor. 
lekarze - dobra kadra 

porodówka
warunki lokalowe - super, pomijając jakość prysznica (chociaż nie mam porównania, bo rodziłam tylko raz ;) )
położne - pomagają, mówią co robić by łagodzić ból i nie opóźniać za bardzo porodu; sympatyczne, wyrozumiałe,
lekarze - dobra kadra 

położniczy 
warunki lokalowe - sale ok; łazienki i WC - katastrofa. W porze porannego prysznica woda stoi na podłodze, kosze są przepełnione. W WC śmierdzi.
położne - miłe i chętne do pomocy
salowe - jak na septyku - strasznie głośne, kosze wypróżniane selektywnie... kosz z brudną bielizną przepełniony i nie wypróżniony przez co najmniej dwie doby. 
lekarze - dobra kadra 

noworodki
warunki lokalowe - korytarz w dużo lepszym stanie niż na położniczym. Dalej wstępu nie ma. 
pielęgniarki - miłe i chętne do pomocy
lekarze - dobra kadra

Co do pielęgniarek, położnych i lekarzy - zdarza się że mają różne zdania na jeden temat więc trzeba się też kierować instynktem macierzyńskim i własnym rozumem.

niedziela, 15 lipca 2012

Moje oczekiwanie...


Już niedługo. Chociaż jeszcze jest czas. Jeszcze dwa dni do książkowego terminu, który mogłam określić bardzo precyzyjnie. Spodziewamy się Synka, a chłopcy, jak to chłopcy, lubią posiedzieć u mamy dłużej... I jeszcze dwa tygodnie może sobie tak siedzieć. I ja sobie tak spokojnie, cierpliwie czekam na niego. To irytujące jak ludzie patrzą na mnie ze zdziwieniem, że jeszcze nie urodziłam i każą chodzić po schodach i więcej się bzykać, żeby małego pogonić. Ludzie, dajcie żyć ;) Druga sprawa... Wy, wszyscy kochani Przyjaciele, którzy coraz więcej i częściej o nas myślicie... Nie pytajcie: "Jesteś jeszcze w ciąży??", bo co mam powiedzieć?? Nasuwa mi się tylko odszczekujące: "Nie, już usunęłam". I nie liczcie na to, że jak zacznę rodzić to będę do Was dzwonić czy pisać "RODZĘ!", bo nie będę. I Męża mojego też o to nie proście, bo on będzie musiał się mną zajmować, a nie zdawać Wam relacje jak mi idzie.

Jesteśmy gotowi rodzić. Mały przyjdzie w swoim czasie. Módlcie się po prostu za nas, a w końcu dostaniecie wiadomość, że jest już po drugiej stronie brzucha.

Minęła fala upałów więc czuję się świetnie. Nogi już nie puchną. Kondycja jest ok. Śpię jak suseł, rzadko wstaję w nocy za potrzebą. Mąż ma urlop i dni mijają spokojnie, beztrosko. Mały się wierci w brzuchu, lubi siedzieć wysoko tuż pod sercem... Cóż by dodać jeszcze... Jak macie pytania, to w komentarzach proszę.

wtorek, 5 czerwca 2012

Szkoła... rodzenia

Kiedy w 26 tygodniu ciąży wylądowałam na badaniach diagnostycznych w szpitalu i widziałam kobiety w dużo bardziej zaawansowanej ciąży - nasłuchałam się trochę o ciąży, porodzie, połogu, pielęgnacji dziecka etc. Byłam przekonana, że z moją wadą wzroku czeka mnie cesarka, nie myślałam wcale o tym co mnie jeszcze czeka w związku z moim błogosławionym stanem. Skupiłam się na obowiązkach zawodowych. Jednak ta doba w szpitalu dała mi do myślenia. Zrodziły się wątpliwości, czy aby na pewno będą mnie ciąć? Moja pani ginekolog jeszcze ani razu nie zapytała o mój wzrok, chociaż zawsze chodzę w okularach. Może na to za wcześnie, a może to mit, że z dużą wadą wzroku nie można rodzić naturalnie? A może moja duża wada wzroku nie jest wcale duża?
Musiałam zapisać się do szkoły rodzenia. Od razu wiedziałam, którą wybiorę, bo jak się ma w rodzinie doświadczoną położną to trzeba najpierw porozmawiać z nią.

Na początek się dowiedziałam, że kobiety z jeszcze większą wadą wzroku niż moja rodziły naturalnie bez żadnych problemów i powikłań. Więc nie jestem z góry skazana na cesarkę. Później ustaliłyśmy termin spotkania.

Spotkań było w sumie pięć. O czym? O tym co może nas w ciąży spotkać i jak na daną sytuację reagować. Czasem wystarczy telefon do ginekologa, ale często mimo najdokładniejszego opisu sytuacji żaden doktor przez telefon nam nie pomoże. Dwa spotkania dotyczyły samego porodu, jak on przebiega, czego się spodziewać. Była także mowa o tym jak pielęgnować nowego członka rodziny, kiedy już będzie po drugiej stronie brzuszka oraz jak przetrwać połóg.

Co było dla mnie ważne?
Atmosfera tych pięciu spotkań. Przede wszystkim prowadząca zajęcia - Zdzisia nie wykładała nam książkowych teorii jak profesor na uniwersytecie, ale mówiła o konkretach i popierała je przykładami z własnego 20-letniego doświadczenia. Jako położna - dzieli się tą wiedzą, która ma nam pomóc urodzić dziecko, pielęgnować je i zadbać o siebie w połogu. Jako położna środowiskowa i  matka dwóch synów podpowiada jak wychowywać dziecko, na co zwracać uwagę, czego się nie bać, czego się spodziewać i jak reagować.

Tatusiowie też sporo wynieśli z tych lekcji. Nasłuchali się o tym czego mogą się spodziewać i jak powinni reagować. Przecież oni też się boją.
Wspólnie ćwiczyliśmy na piłkach i materacach.

Po tych lekcjach u Zdzisi jestem mądrzejsza, moje wątpliwości zostały rozwiane, na pytania usłyszałam odpowiedzi i posłuchałam jak inni sobie radzili lub nie radzili z ciążą i dzieckiem. Wiem od strony technicznej czego spodziewać się w szpitalu i wiem jakie emocje mogą mi towarzyszyć, na co się nastawiać, do czego dążyć.

Z czystym sercem polecam tą Szkołę Rodzenia.
Tutaj możesz poznać troszkę Zdzisię


Zdzisława Krzykała
tel. 507 541 191
krzykala@op.pl
ul. Pszczyńska 104
43-175 Wyry
(koło Mikołowa, woj. śląskie)




piątek, 20 kwietnia 2012

Warsztat Pana Boga

W warsztacie Pana Boga nie wszystkie narzędzia są doskonałej jakości, jednak Pan Bóg jako idealny Stwórca radzi sobie z tym co ma. Dowodem na to jest sam człowiek. Od wielu tysięcy lat kulę ziemską zamieszkują ludzie. Przystosowani jesteśmy do różnych warunków jakie nam daje ziemia i klimat. Rodzimy się, dojrzewamy, starzejemy i umieramy.

Sami żyjemy coraz szybciej, przez wieki udoskonalamy nasze narzędzia, poszerzamy zainteresowania, podróżujemy. Rozwijamy się. Nauka pozwala nam wyjaśnić coraz więcej różnych zjawisk i pomaga poznać genezę różnych rzeczy. Potrafimy bez problemu rozróżnić dzieła natury od dzieł człowieka. Często, gdy człowiek  coś wymyśli, zaprojektuje, wykona - stworzy, zastrzega sobie prawa autorskie. Pan Bóg musiałaby na każdej istniejącej rzeczy stawiać swoje logo. Przecież bez Bożego błogosławieństwa człowiek by koła nie wymyślił i nie wykonał... Bez Bożego błogosławieństwa, Jego natchnienia i pomocy, nie mielibyśmy dzisiaj np. Internetu. 

Pan Bóg nie zamknął swojego warsztatu w Księdze Rodzaju po szóstym dniu. Fakt, siódmego dnia odpoczywał, jednak gdy nadszedł dzień ósmy, Bóg odlicza od początku - dzień pierwszy, zróbmy człowiekowi koło, aby mógł szybciej się poruszać i żeby mu ułatwić pracę. Dzień piąty, roku któregośtam, zróbmy człowiekowi Internet, aby mógł się komunikować z innymi, przekazywać swoje myśli, wartości... 

W Bożym warsztacie jest takie szczególne miejsce, w którym Bóg tworzy Nowe Życie. Przecież wciąż na świecie poczynają się nowi ludzie. Przez tysiąclecia, w zależności od warunków rodziło się mniej lub więcej dzieci. Część umierała szybko, część żyła długie lata. W tej części Bożego warsztatu praca ciągle wre. Można wygooglować ilu ludzi chodzi teraz po Ziemi, ilu żyło ileś lat temu... Już za czasów Maryi i Józefa robiono spis ludności w Betlejem. A wielu ludzi przecież nie miało nawet szansy odetchnąć powietrzem, bo zginęli zanim wykształciły im się płucka. Nieraz było to z winy innych ludzi, którzy odbierali Bogu prawa autorskie do tworzenia Życia. Ale było nie raz też tak, że Pan Bóg celowo nie tworzył człowieka "do końca". Jakby zaczął, a nie skończył. Dlaczego tak? Zapytamy Go jak przyjdzie na to czas. Sama jestem ciekawa, po co Bogu mój Kotomi* w niebie i dlaczego nie dał mi się nim nacieszyć... 

Nowe Życie to dla mnie jeden z największych cudów. Szczególnie teraz, kiedy już od ponad pół roku siedzę sobie w tej części Bożego warsztatu, gdzie powstaje Człowiek. To jest piękna i trudna lekcja o tym, jak działa Pan Bóg. Często chcemy od Boga natychmiastowego działania, jakiegoś pioruna z nieba, jakiegoś widocznego znaku Jego obecności... Pstryk i gotowe. Tak "szybko" działa szatan. Pan Bóg działa bez pośpiechu. I Pan Bóg jest z nami bez przerwy. Nawet wtedy, gdy zabierał nam Dziecko - był nie tylko po to, by zabrać i odejść, ale był po to, by nas wspierać i podnosić na duchu. Bóg nie opuszcza swojego stworzenia. To szatan ma w zwyczaju znikać jak już mu nie jesteśmy potrzebni, albo jak robimy się zbyt dobrzy. 

Jeszcze jedna refleksja, na koniec. Moja babcia urodziła czwórkę dzieci, teraz ma ośmioro wnucząt. Ona nie była ani razu u ginekologa. Nie wiedziała co to kwas foliowy, jakieś witaminy, kremy na rozstępy etc. Aż do samego porodu nie wiedziała czy ma synka czy córeczkę. Do ostatnich godzin przed porodem pracowała w polu... W wielkanocny poniedziałek świętowaliśmy 56 lat po ślubie babci i dziadka. 

Panem życia jest Bóg. Nie człowiek.

______________________
* Kotomi - imię naszego Dziecka, które odeszło od nas w 9 tygodniu ciąży.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

O pewnej reklamie

Przeglądałam właśnie ulubione strony i ciekawe filmiki. Po obejrzeniu jednego filmiku na czarnym tle youtube pojawiła się reklama, która sprawiła, że poczułam się troszkę nieswojo... Na długim wąskim pasku widać najpierw zdjęcie dziecka, które leży w jakimś specjalnym łóżeczku, jakby szpitalnym, a zaraz za zdjęciem jest tekst: "Dowiedz się, jak im zapobiegać." 

Pierwsze co przychodzi na myśl - jest to reklama antykoncepcji. Dosyć dosadna zresztą. Bo odniosłam wrażenie, że dla jej autora życie to jest coś o czym decydują tylko ludzie. Stawia on przecież pytanie: "Jak im zapobiegać?" To "im" jest określone tylko przez zdjęcie noworodka, więc nasuwa się pytanie - jak zapobiegać dzieciom? Co zrobić, żeby nie nie było dziecka? I czegóż innego można się spodziewać po kliknięciu w "Sprawdź", jak nie reklamy środków antykoncepcyjnych? Zniesmaczona, bo jestem przeciwna antykoncepcji, kliknęłam, aby utwierdzić się w przekonaniu, że ta reklama jest okropna. Oto co zobaczyłam:
I zdębiałam... Chyba ja mam jakieś dziwne pojęcie reklamy. Bo zawsze sądziłam, że reklama ma zachęcać i zapowiadać produkt/usługę. 

Tu jestem zbulwersowana samą formą - pokazać dziecko i pytać jak go uniknąć, a w odpowiedzi pisać na całkiem inny temat. 
To tak, jakby ktoś bez grosza przy duszy i dachu nad głową prosił o bułkę, a dostałby bilet autobusowy... 
No ale ja, to ja... i różne dziwne, czasem normalne rzeczy mnie "bolą"...

niedziela, 18 grudnia 2011

Nadchodzi! Jest coraz bliżej! Szykuj się!

Coraz bliżej święta. 
Coraz mniej czasu na sprzątanie, zakupy... 
Coraz mniej czasu na przygotowanie serca!
W tym roku święta spędzamy w domu, 
to do nas przyjadą Goście. 
Jest więc tyle do zrobienia, 
aby w te dni wszystko było dopięte na ostatni guzik. 

Trzeba przygotować dom dla Gości.
Trzeba przygotować serce dla Nowego Mieszkańca. 
Bo przecież Chrystus musi mieszkać z nami! 
Nie ma innej opcji :) 
A jest już coraz bliżej.
Czas nagli!

Jak się sprząta i robi zakupy, tego nikomu mówić nie będę. Każdy ma swoje nawyki i przyzwyczajenia. Powiem tylko, co można zrobić w tym ostatnim tygodniu adwentu, aby lepiej się przygotować na Boże Narodzenie. 
Już teraz zrób rachunek sumienia z adwentowych postanowień. Były w ogóle? Jak wychodzi ich realizacja? Może trzeba się jeszcze bardziej wysilić? A jak tam Msza Święta? Jeszcze jest okazja by na nią pójść. A jak już będziesz w kościele to skup się na tym, co tam się dzieje. Rozważ każde słowo księdza i głośno mu odpowiedz. Usłyszysz wtedy siebie samego i będziesz mógł lepiej zrozumieć Eucharystię. 
A lektura Pisma Świętego? Jeśli nie masz czasu na otwarcie świętej księgi to może warto zapisać się na http://www.lcwords.com/ ? Będziesz wtedy odstawać codziennie maila z cytatem do rozważenia. 
Różaniec. Wiem, to nie październik, a różaniec jest długi i nudny... I co on w ogóle ma wspólnego z Bożym Narodzeniem? Jeśli zaczniesz rozważać różaniec, a nie klepać, to całą modlitwę bez problemów odmówisz w ciągu 20 minut. W dodatku, jeśli nie masz, w ciągu dnia 20 minut, to rozważanie tajemnic różańca pomoże Ci podzielić modlitwę na kawałki i będziesz mógł odmawiać ją z przerwami. Np. dziesiątka w drodze do pracy, druga dziesiątka podczas przerwy, bo przecież czasem trzeba se dychnąć :) Potem trzecia dziesiątka podczas powrotu... i tak zostaje już niewiele do odmówienia. Na zachętę dodam, że są tacy zapaleńcy, którzy w ciągu dnia odmawiają różaniec 4 razy - aby każdego dnia rozważyć wszystkie 4 tajemnice ;) Ach, jak pomocne są konkretne intencje... one najbardziej mobilizują do modlitwy. Jeśli nie wiesz, o co i za kogo się modlić (chociaż jak się zastanowisz to znajdziesz masę spraw, które możesz powierzyć Bogu...) to zajrzyj tu: Intencje modlitewne na grudzień 2011 

Wysil się. 
Bliskie jest Królestwo Boże! 
Nie lękaj się, tylko bierz za siebie :) 
Nawracaj się i wierz w Ewangelię.  

piątek, 9 grudnia 2011

Wykopalisko

Zdarza mi się czasami wspominać różne dawne dzieje. I tak też dziś, trochę z nudów, trochę z ciekawości wyszperałam w necie mój dawny ukochany boysband - Backstreet Boys`ów. Ciekawa czy jeszcze w ogóle istnieją znalazłam ich stronkę, z której wynika że z pięciu zostało ich czterech. Znalazłam też coś, co mnie w pewien sposób przeraziło. Chodzi mi o ich koncertowe show z 1999r:

http://www.youtube.com/watch?v=JGxJ7xbZqh4

Na początku zawiało nudą. Łażą wokół sceny jak jakieś roboty, Kevin czasem kiwa głową, jakby chciał dać znać pozostałym, że ruszają dalej - tylko pozostali patrzą w tą samą stronę co Kev, więc nie wiem po co to... Druga rzecz - ich stroje... dresy na nogach a nad nimi jakieś kosmiczne napierśniki. Rozbawiło mnie to. Jednak to co widać w okolicy czasu 3:22 sprawiło, że moja opinia o grupie i o całej takiej popowej inicjatywie przeszła swoje trzęsienie ziemi. Ten fragment koncertu otworzył mi oczy. Mając te kilkanaście lat i zachwycając się piątką mniej lub bardziej przystojnych kolesi z Florydy, pewnie bym nie uwierzyła, że mają cokolwiek wspólnego z... szatanem. A na tym filmiku widnieje jak podpis - czerwono na czarnym kształt pentagramu. Może ktoś uznać, że się czepiam i szukam dziury w całym. Proszę jednak zauważyć, że jedynym źródłem wiedzy o tego typu zespołach, dla kogoś kto wychowywał się bez kablówki, porządnej satelity, nie wspominając o internecie... były gazety: bravo i popcorn. Czyli czasopisma, które zakłamują obraz prawdziwej miłości i promują jej imitację.
Ja dziękuję bardzo za taką miłość, która trwa przez tydzień, a ograbia nas z dziewictwa, zaufania do drugiej osoby i jeszcze wprowadza nieopisany lęk przed przedwczesną, niechcianą ciążą i uczy drastycznej w skutkach antykoncepcji.
Dzięki Bogu to czego się naczytałam za "dziecka" z tych gazet potrafiłam odpowiednio ocenić i nie poszłam za ich głosem. Teraz żyję z Chrystusem szczęśliwa i spokojna o przyszłość. I mówię szatanowi: Nie! Nie masz prawa do mego serca! Zajęte jest przez autentyczną Miłość. 

czwartek, 3 listopada 2011

Jabłko

- Mamo... kupisz mi jabłko? - Zapytała mała Gabrysia.
- Przejdź się do babci, u niej jest ich dużo, bo jabłonki obrodziły w tym roku. - Powiedziała mama. Babcia mieszkała po sąsiedzku i Gabrysia mogła do niej sama chodzić.
- Mamo, ale wiesz, że te jabłka od babci są takie brzydkie, robaczywe! Ja chcę takie ładne jabłko za sklepu! Słodziutkie, a nie kwaskowate! - Zaczęła się dąsać dziewczynka. Wtedy do rozmowy włączył się tata.
- Skarbie, to, że jabłko jest robaczywe, oznacza, że to jabłko jest zdrowe, nie pryskane środkami chemicznymi. Urosło tylko i wyłącznie z Bożą pomocą. Tak jak kiedyś w raju. Panu Bogu nie były potrzebne piękne jabłka, ale zdrowe owoce. - odpowiedział córce.
- No dobrze, rozumiem. Faktycznie, robaki byle czego nie jedzą. Ale jabłka babci są kwaśne i twarde, a Małgosia przyniosła do przedszkola ostatnio takie miękkie, słodkie jabłka, dla wszystkich. Ja też chcę takie pyszne!
- Przynieś, córciu kilka tych twardych jabłek, a ja już coś wymyślę. - powiedziała z szerokim uśmiechem mama. Gdy Gabrysia wróciła miała dwie siatki - w jednej jabłka a w drugiej marchewki. Dała siatki mamie i pobiegła do taty. Mama zrobiła sałatkę z marchewki i jabłka, doprawiła całość szczyptą cukru i cała rodzinka zajadała te pyszności. Mała Gabrysia z pustą miseczką podbiegła do mamy.
- Mogę prosić o dokładkę? Teraz już wiem, po co Pan Bóg stworzył tyle różnych jabłek! Jabłka Małgosi nie pasowałyby do tej sałatki, bo była by za słodka!

poniedziałek, 24 października 2011

Gdzie kończy się rozum - zaczyna się wiara

Już któryś raz próbuję coś tu napisać sensownego, mądrego... Tyle myśli kłębi mi się w głowie, że trudno je pozbierać i poukładać w post... Ale dzielnym trzeba być :)

Przeczytałam ostatnio kilka mądrych książeczek. Jeżdżę teraz dużo autobusami, więc mam na to czas. A że książeczki są branżowe, to też o takich sprawach piszę.

Eucharystia
oznacza dziękczynienie. 
Eucharystią nazywamy także 
Mszę świętą, 
Hostię - Komunię świętą. 

Msza święta to jedno wielkie misterium, czyli tajemnica.
[nudny wstęp:] Przychodzimy do kościoła co niedzielę, odbębnić godzinkę, dla świętego spokoju sumienia i dla nie dawania nikomu powodów do plotek. Żyjemy w końcu w chrześcijańskim państwie i nie pójście na mszę odbiło by się echem... Chociaż są i tacy, którzy afiszują się tym, że nie chodzą do kościoła i mają tysiąc jeden argumentów na swoją obronę. Na wszystko, my Polacy, znajdziemy wymówkę i rozwiązanie. Msza święta jest tajemnicą sama w sobie, ale czy my sami nie powiększamy jej tajemniczości? Wbiegamy do świątyni razem z dzwonkami, jeśli nie razem z księdzem... Stajemy tak, aby ksiądz nas nie widział z ambony. Burczymy pod nosem odpowiedzi wykute na pamięć kiedyśtam, w dzieciństwie. Kiedy możemy sobie wygodnie usiąść, nareszcie jest czas na obmyślenie wszystkich nurtujących spraw z całego tygodnia. Taka godzinka wspomnień, co się działo, i refleksji, co by tu zrobić. A jak kazanie jest o polityce to można posłuchać, żeby się pobulwersować. Cieszymy się, że jakaś babcia z przodu zawsze pierwsza pokazuje kiedy trzeba wstać z siedzącej pozycji. O, ludzie idą na ofiarę - trochę świeżego powietrza dostaje się między ławki. Potem chwilę postać, czasem coś odburknąć i znowu poruszenie - dwa razy klęknąć i znowu spacerki (jeśli nie przepychanki) do Komunii. A ogłoszenia to już nie ważne, poczytamy w necie co nas obchodzi, więc już trzeba wyjść autko odpalić, żeby szybko wyjechać z parkingu.
A można by do tego podejść inaczej. [konkret:] Przyjdź na Mszę 15 minut przed rozpoczęciem. Usiądź blisko ołtarza, abyś dobrze widział co tam ksiądz robi i aby inni ludzie Ci nie przeszkadzali. Wyobraź sobie, że jest tam przy ołtarzu Pan - Jezus Chrystus, ten który umarł jakieś dwa tysiące lat temu i trzy dni później zmartwychwstał. Nawet jeśli nie wierzysz to wyobraźnię masz na tyle bujną, że dasz radę! Wypowiedz w sercu intencję - powiedz Bogu, czego chcesz. Następnie zastanów się co Ci nie wyszło ostatnio, w czym zawaliłeś i po prostu przeproś za to, że bardzo zgrzeszyłeś myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Przyznaj się otwarcie, że to Twoja wina - niestety czasem nawalamy. Tutaj przypomina mi się chrzest Jezusa w Jordanie. Jezus nie potrzebował wcale chrztu. Ale chciał być taki jak każdy Izraelita, normalny facet w tamtych czasach, który wierzył w Jednego Boga miał być ochrzczony, na znak zerwania z grzechem i przyjaźni z Bogiem. Tak samo Jezus, chociaż nigdy nie zgrzeszył - chciał pokazać, że nigdy nie zgrzeszy i jest wierny Ojcu. Jak będziesz śpiewał Chwała na wysokości Bogu to spróbuj zrozumieć każde słowo, abyś wiedział co śpiewasz. Wsłuchaj się w czytania, nie skupiaj się, na tym, że kantor fałszuje śpiewając psalm, ale posłuchaj tego dialogu w którym śpiewasz refren... Czytania to ten czas kiedy Jezus chodzi po Jerozolimie i Judei i naucza w synagogach i nad jeziorem... Posłuchaj też kazania. Poznaj zdanie księdza i jeśli się z nim nie zgadzasz - idź po mszy do niego i porozmawiaj z nim kulturalnie. To jest człowiek, którego Bóg wybrał, aby głosił Dobra Nowinę ludziom. Podejdź do niego wielkodusznie, a nie z pretensjami. A na mszy, po kazaniu - wyznaj wiarę. Jeśli nie wierzysz to wyrecytuj regułkę i zastanów się nad jej słowami. Następnie będzie modlitwa wiernych - czas, kiedy masz okazję sam osobiście o coś Boga prosić. Tylko się dobrze zastanów o co prosić. I nie bój się prosić - Bóg Twoją modlitwę usłyszy. Dalej, gdy ludzie siadają w ławkach a ministranci krzątają się przy księdzu pod ołtarzem, Twój Anioł Stróż zanosi przed oblicze Boga to wszystko z czym przyszedłeś na Mszę. Jak nic nie przynosisz, to jego dłonie są puste i cały się przed Bogiem rumieni ze wstydu. Nie rób obciachu swojemu stróżowi - daj Bogu cokolwiek - choćby podziękowanie za ten tydzień, który minął bez większych problemów. Dalszą część uważa się za nudną, bo to taki monolog księdza. Czasem trzeba się odezwać, przyklęknąć; ale na każdej mszy to samo, te same modlitwy, te same odpowiedzi - nuda i monotonia. Pamiętaj, że swoje problemy zostawiłeś przed drzwiami kościoła i teraz słuchasz uważnie tego księdzowego monologu. Musisz przecież wiedzieć o co on się modli w Twoim imieniu... Przeistoczenie. To taka droga krzyżowa - ofiara Jezusa za nasze grzechy. Jak kapłan podnosi Chleb - Ciało i Wino - Krew to patrzysz na Ukrzyżowanego konającego Boga. Przy słowach Oto Baranek Boży, który zgładził grzechy świata - widzisz zmartwychwstałego! Komunia. Kiedy byłeś ostatnio u spowiedzi? Możesz zjeść opłatek? Jeśli możesz, to ustaw się ładnie w kolejce, przyklęknij przed BOGIEM, który daje Ci się cały - tak się poniża, aby Cie uświęcić! Przyjmując Komunię - Zamykasz w swoim sercu tego, który stworzył ten świat i nad nim panuje. Jeśli nie możesz, bo trwasz w ciężkim grzechu (tzn. świadomym i dobrowolnym) to, żeby mi to był ostatni raz! Daruj sobie przychodzenie na mszę, jeśli nie jesteś otwarty na Chrystusa. Bo to nie ma sensu. To jak przychodzenie na wykłady jako wolny student. Przychodzisz, wiesz co się dzieje, ale nic z tego nie masz na przyszłość. Jezus nikogo nie wyrzuca z Kościoła, Jeszcze. Po Komunii jest uwielbienie. Oj, jak trudno wytłumaczyć co to jest to uwielbienie... Bo organista gra jedną pieśń i od razu przechodzimy do krótkiej modlitwy i ogłoszeń, na których robi się szum, bo niektórzy już wychodzą... Uwielbienie to nic innego jak wyrażenie swojej ogromnej radości, że mamy w sercu Boga! Że On żyje w nas! Że Bóg jest Miłością, której każdy człowiek tak łapczywie i zachłannie pragnie! To Bóg! To ta Miłość upragniona! Już nie na wyciągnięcie ręki, ale w samym sercu! Gdy to sobie uświadomisz - nie sposób nie uwielbiać. Wsłuchaj się w tą krótką modlitwę po Komunii. Posłuchaj ogłoszeń i poczekaj na błogosławieństwo i rozesłanie. Pragnij błogosławieństwa. Błogosławieństwo jest jak odbiór dyplomu zdobytego na studiach. Można obronić magisterkę, cieszyć się tytułem, ale bez papierka niewiele możemy zrobić. Potrzebujemy błogosławieństwa Bożego. Takiego zastrzyku szczęścia z esencji Miłości.

Hostia - Ciało Chrystusa. Wierzymy, że chleb przeistoczony w Ciało Chrystusa na Mszy nie zmienia już swojej istoty. Dlatego konsekrowane Hostie zamyka się w metalowych domkach - tabernakulum. Można rozdać konsekrowany Chleb na kolejnej Mszy, lub zanieść chorym. Można też opłatek umieścić w monstrancji i adorować Jezusa. Kiedyś w pewnym kościele skradziono kilkanaście hostii. Złodziej jednak oddał opłatki. nie było wiadomo, czy te konkretne Hostie są konsekrowane, czy nie. Zamknięto je z niekonsekrowanymi opłatkami w wilgotnej, ciemnej piwniczce kościoła. Zapieczętowano drzwi i po pewnym czasie komisyjnie zerknięto do środka. Hostie niekonsekrowane były całe spleśniałe. Hostie zwrócone - były białe, świeże, jakby dopiero wypieczone. Można je adorować do dziś.

Dziękczynienie. Ta, ciągle trwająca, liturgia, to umieranie i zmartwychwstawanie na każdej Mszy to jest dla nas okazja do życia z Jezusem, tak, jak żyli apostołowie i uczniowie Jezusa te dwa tysiące lat temu. Każda Msza ma nas uświęcać. Chociaż każda ma taki sam przebieg techniczny to my na każdej mszy jesteśmy inni. Mamy inne troski i problemy. Każdego dnia potrzebujemy Bożej łaski. Jezus dziękuje Ojcu, za nas, dziękuje nam, że jesteśmy z Nim, że chcemy współpracować z łaską. My uczestnicząc w pełni we Mszy dziękujemy Trojjedynemu Bogu, za całe dobro, którym nas obdarza.

Eucharystia to jedna wielka tajemnica, którą trzeba jak najczęściej rozgryzać i odkrywać na nowo. Dlaczego trzeba? Bo ona jest odpowiedzią na nasze wszystkie rozterki, pytania, trudności, potrzeby. 

niedziela, 11 września 2011

Miłość od pierwszego spojrzenia :)


Next level

Gdy ileś lat temu siedziałam w szkolnej ławce czasami zastanawiałam się, jak to jest z drugiej strony biurka. Mam za sobą dwie praktyki pedagogiczne, dwa miesiące samodzielnej pracy na zastępstwie, a teraz wypłynęłam na głębię - uczę religii w podstawówce na pełny etat. Odkrywam więc ten świat "z drugiej strony biurka".
Uczę dzieci w klasach od I do V. Treści, które mam im przekazać, dla mnie są bardzo proste, oczywiste. Tematy związane są z Eucharystią i Pismem Świętym. Dzieci często dzielą się doświadczeniami z życia, a następnie dowiadują się o prawdach wiary.
Przykład:
Temat: Jezus zaprasza na Mszę Świętą.
Sytuacja autentyczna z mojej lekcji:
[K]atecheta: Czy ktoś cię zaprosił gdzieś na wakacje?
[U]czeń1: Tak, babcia zaprosiła mnie na tydzień.
[K] Czy ty kogoś zaprosiłeś?
[U1] Tak, Zuzię, ale nie przyszła! - i wskazuje na koleżankę siedzącą obok. Obie dziewczynki bardzo smutne...
[U2] Bo nie mogłam! - od razu się broni.

Tu jest element doświadczenia życiowego - zawód Ani, że Zuzia nie przyszła i wielki smutek i żal Zuzi, bo nie mogła wtedy pójść. To nie ze swojej winy nie przyszła.
I gdzie tu prawdy wiary?
Jezus daje nam zaproszenie na coniedzielną Mszę Świętą. Bardzo się cieszy, gdy w niej uczestniczymy. I jest mu bardzo przykro, jak Ani, kiedy kogoś z nas zabraknie w kościółku. Natomiast, my ludzie wierzący jeśli nie będziemy mogli pójść na Mszę Świętą - będziemy czuć się jak Zuzia - smutni.
W tym momencie dzieci podały piękne świadectwo - w jedną niedzielę miały zaplanowane zawody sportowe i nie wiedziały, ile one będą trwać; nie szło określić, czy zdążą na wieczorną Mszę Świętą. Dlatego dzieci wstały wcześnie rano i poszły na pierwszą Eucharystię. Właśnie wtedy Jezus cieszy się tym bardziej.

Dopiero początek września. Jeszcze wiele przede mną. To wielka łaska od Pana Boga, że mogę pracować z dziećmi, przypominać sobie podstawowe, dziecinnie proste prawdy wiary i próbować oczami dziecka spojrzeć na świat. Przede mną jedne wielkie rekolekcje.
Chwała Panu!

piątek, 19 sierpnia 2011

Przepisy... ruchu drogowego jednakowe dla każdego.

Gdy byłam mała tata zrobił prawo jazdy i kupił samochód. Jeździliśmy dużo i często. Oprócz tych tras po mieście w celu załatwienia różnych spraw i zrobienia zakupów jeździliśmy także do babci na wieś oddaloną o 300km. Podczas podróży tata zawsze zwracał nam uwagę na znaki drogowe i tłumaczył przepisy: kto kiedy ma pierwszeństwo, jaki znak co oznacza, czego się spodziewać, co można, czego nie... 
Mam prawo jazdy kat. B. 
Lubię jeździć na rowerze. Egzamin na kartę rowerową zdałam bezbłędnie.
Na szczęście Tychy mają sieć ścieżek rowerowych :)

Jako, że teraz nie mam samochodu, ani roweru - poruszam się po mieście autobusem lub pieszo. Do pracy chodzę z kijkami marszem nordyckim.
Od małego uczono mnie, że na przejściu dla pieszych pierwszeństwo ma pieszy. Zresztą kierowca ma obowiązek zawsze ustąpić na drodze czemukolwiek. Zawsze musi być przygotowany na to, że pod koła wyskoczy mu pies, czy wybiegnie dziecko... Trzeba jechać z prędkością... bezpieczną. Lubię to określenie, chociaż ma ono tyle znaczeń, ile tylko ludzi spróbuje je wyjaśnić...

Wracając wczoraj pieszo z pracy zatrzymałam się przy przejściu dla pieszych. Akcja działa się na rondzie. Kierowca jadący swoim pasem, zjeżdżający na prawo zatrzymał się, aby mnie przepuścić. Mając przed sobą wysepkę przed pasem dla samochodów zjeżdżających z ronda idę, skoro mnie przepuszczają. Przystając na wysepce widzę, że kierowca, który chce zjechać właśnie z ronda zatrzymuje się i gestem ręki mnie przepuszcza. Więc idę, bo jeśli nie przejdę to całe rondo będzie stać. Przede mną trochę szersza wysepka rozdzielająca pasy o przeciwnych ruchach jazdy. W daleka coraz wolniejszym tempem podjeżdża samochód, więc pewna, że zdążę przejść zanim kierowca podjedzie wchodzę na przejście. Zostałam obtrąbiona i zwyzywana od gówniarzy. Żałuję tylko, że nie zatrzymałam się mu wtedy przed maską i nie pokazałam palcem znaku "przejście dla pieszych". Następnym razem spiszę rejestrację i zadzwonię na komendę, zapytać jakim prawem na mnie trąbią i mnie wyzywają, gdy przechodzę normalnie przez przejście dla pieszych. Rozumiałabym gdybym pakowała się pod koła pojazdu uprzywilejowanego, ale ten nijak takiego nie przypominał.

Niby pierdoła, ale złość na samą myśl o tym jeszcze we mnie siedzi... 

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Perełki z pracy


Znowu pracuję na kasie. Tym razem w markecie budowlanym.
Dziś już prawie każdy klient musiał odpowiedziec na pytanie, czy ma jakies drobniejsze pieniądze niż 100zł lub 200zł. A na pytanie czy mogą zapłacić kartą połowa twierdzi, że wcale nie ma karty wyrobionej (w mieście gdzie jest 130 tysięcy mieszkańców).
Z jednym klientem wywiązał się dłuższy dialog:

[Ja]: A coś drobniej będzie?
[K]lient: Proszę Pani, ja przyszedłem do sklepu.
[Ja]: Ja wiem, że przyszedł Pan do sklepu, ale to nie znaczy, że nie może Pan mieć drobniejszych pieniędzy i wspomóc kasjerkę.
[K]: Proszę Pani, Pani nie ma prawa pytać czy ja mam drobne! Jak ja jeździłem do Związku Radzieckiego to tam trzeba było mieć wszystko przygotowane, tam nikt o nic nie pytał, tylko jak się nie ma to się nie załatwia.

Tu przyszło mi na myśl, że skoro tak, to ten pan powinien mieć już odliczoną kwotę, za towar, który położył mi na taśmie... Jako, że jeszcze kasa nie była całkiem pusta i miałam czym wydać to dłubałam jak umiałam. W tym czasie, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć - wzburzył się [P]an, stojący za owym jeżdżącym do Związku klientem.

[P]: My nie jesteśmy w Związku Radzieckim! Jak tak można!? Chcesz to sobie Pan jedź do tego Związku!
[K]: Przepraszam Pana, ale ja rozmawiam z Panią teraz, a nie z Panem.
[Ja]: Żyjemy w innych czasach. Przepraszam, że Pana uraziłam, nie chciałam.
[K]: Nie uraziła mnie Pani. Tylko stwierdzam fakt, że Pani NIE MA PRAWA pytać mnie o to czy mam jakiekolwiek pieniądze.
[P]: Panie, Pan jest nienormalny!

Klient odebrał bardzo drobną resztę i odeszedł od kasy, a mojego wzburzonego "obrońcę" musiałam jeszcze uspokajać, bo nakręcł się coraz bardziej.

wtorek, 19 lipca 2011

Odpowiedź na demota


Drogie Kobiety!
Może wreszcie zaczniecie się szanować i zachowywać jak damy...
A nie damulki...

Wtedy rozróżnicie mężczyznę od faceta...

poniedziałek, 11 lipca 2011

A ja...

... dzisiaj nie mogłam spać, wierciłam się całą noc. Rozbudzona totalnie o 4:00 postanowiłam wstać, zrobić śniadanie do pracy mężowi i szukam inspiracji na kartki urodzinowe :)

PS Nie mam psa.

środa, 6 lipca 2011

"Sexmisja"

Dziś o seks-misji, jednak nie starym polskim filmie, a o obecnej rzeczywistości. Nie mam w domu telewizora i nie oglądam telewizji. Z tego powodu, jeśli wybieram się do kogoś kto ma tv w domu i jest okazja (lub konieczność) oglądania to zerkam co tam mają nowego w menu. (Może mnie czymś zaskoczą i sprawią, że jednak zatęsknię za tym ekranem?) Dziś słuchałam muzyki na pewnym kanale z kablówki. Od czasu do czasu zerkałam na teledyski. Zawsze słucham radia więc obejrzenie teledysków do utworów, które się zna jest ciekawym doświadczeniem, choć nie czułam nigdy potrzeby, by szukać ich w necie... Po obejrzeniu fragmentów niektórych teledysków już mi się przypomniało dlaczego ich nie oglądam. 

Doszłam do wniosku, że twórcy takiej, ujmijmy to, pop-kultury prowadzą sex-misję! Wszędzie pełno seksu. Nikomu nie przeszkadza, że panie w sznurkach zamiast bielizny, nie wspominając o reszcie ubrań, na które chyba zabrakło pieniędzy (!), kręcą dupami przed kamerą, a zbliżenia na biusty są po kilka razy w refrenie. Nikt się nie oburza, że takie teledyski są puszczane w godzinach, kiedy dzieci i młodzież siadają przed tv. "To przecież nic złego, że kobiety tańczą w teledyskach w strojach kąpielowych. Wystarczy pójść na plażę, a tam też będą takie panie. I się im nie zabroni tak ubierać." Ciekawe tylko, która pani tańczy na plaży w sposób podniecający każdego faceta. 

Efektem takiej sex-misji prowadzonej przez wielkie zagraniczne koncerny jest patologia seksualna. Oglądanie golizny, erotyki, pornografii zniekształca, fałszuje obraz wartościowego seksu

niedziela, 3 lipca 2011

Przepis na idealnego Mężczyznę w świetle nałogów/pasji

Zauroczona Długowłosym dałam się podrywać i zdobywać, podsycając od czasu do czasu jego chęci, by nie przestawał. Rozwijały się nasze relacje tak długo, aż urosły do rangi "chodzenia ze sobą", "posiadania Chłopaka/Dziewczyny". Poznawaliśmy się nawzajem - to co lubimy, czego nie lubimy, co nas w ogóle nie interesuje, a co jest dla nas całym światem. 

Dla mojego Długowłosego całym światem były gry komputerowe. Dokładniej te rozgrywki w sieci, razem z innymi realnymi ludźmi. Opowiadał często różne ich przygody walk i potyczek, śmieszne teksty, sytuacje. Dla mnie gry to czarna magia. Nie umiem sterować WSADem i kreci mi się w głowie jak za długo ścigam się w NFSie, bo mój mózg nie nadąża za grafiką... Ale zawsze chętnie słuchałam jego opowieści. Potrafi tak opowiadać, że wiem o co chodzi i co się dzieje. 
Mój Ardis jest zżyty z Komputerem od Pierwszej Komunii Świętej. I jakie ja - kobieta - mam szanse wykorzenić z niego taki, jak to większość ludzi nazwie, nałóg? 

W tym czasie chodzenia ze sobą uznałam granie za jego pasję. Potrafił pogodzić zajmowanie się mną i grę. Chociaż był też czas, kiedy chciałam mieć go tylko dla siebie, chciałam żeby akurat wtedy nie grał, a zajął się mną. Wtedy musiałam podjąć tę poważną decyzję życiową. Zaakceptować te jego gry, które dla jednych są nałogiem, a dla niego pasją i nauczyć się żyć z tym, albo nie zaakceptować i odejść. 
Nie mogłabym go zmusić, by przestał grać. Bo kim ja jestem i jakie mam prawo rządzić życiem drugiego człowieka? Mogę na nie wpływać, ale nie drastycznie zmieniać wg mojego "widzi-mi-się". 

Ardis, pomimo grania, potrafi się mną zająć, wspiera mnie i pomaga, gdy jest taka potrzeba. Rozumie mnie, zmusza do myślenia, rozśmiesza; przy nim czuję się bezpieczna. 
Zaakceptowałam jego nałóg/pasję. I wielokrotnie słyszę z radosnej twarzyczki komplement: "Najlepsza żona na świecie".

To czego nie mogę robić z Ardisem robię sama lub ze znajomymi. Nauczyłam się, jak to mówimy, "zajmować sobą". Dlatego oboje jesteśmy szczęśliwi. Chociaż nasze pasje są różne - akceptujemy je i wspieramy się wzajemnie. Obecnie pasuje nam taki układ. Pewnie nasz świat stanie na głowie, kiedy rodzinka się powiększy, dojdą nowe obowiązki, radości i problemy... Jednak nie tracimy czasu na domysły jak rozwiązać problemy, których jeszcze nie mamy. 

Jestem szczęśliwa, że mam takiego męża, który potrafi się mną odpowiednio zająć i jednocześnie rozwija swoje pasje. 

Apeluję do wszystkich Dziewczyn 
i Żon, których Mężczyźni grają. 

Żeby Wasz Mężczyzna się o Was odpowiednio troszczył, spędzał z Wami odpowiednią ilość czasu w najwyższej jakości - dajcie mu święty spokój! Niech gra! Niech się spotyka ze znajomymi! Niech robi co chce! A kiedy zrobi coś dla Was DOCEŃCIE TO. Chwalcie i wspierajcie. Mężczyźni są jak dzieci. Jeśli ich pochwalisz i docenisz to będą się starać jeszcze bardziej, by szybko zasłużyć na kolejną pochwałę. I nasi Mężczyźni doskonale wiedzą, co nam sprawia radość i przyjemność. O wiele cenniejszy jest podarunek dany od serca niż wymuszony. Spraw więc, by Twój Mężczyzna chętnie spędzał z Tobą czas, chętnie dawał Ci prezenty, chętnie z Tobą wychodził, etc. Nie zmuszaj go do niczego, ale zachęcaj. 
Bądźżesz tą Szyją, która potrafi kręcić Głową! :) 

PS Myślę, że lepiej spędzić z Mężczyzną godzinę mniej w miłej i sympatycznej atmosferze, niż trzy godziny więcej kłócąc się i dąsając, że on mnie nie rozumie, nie docenia, nie troszczy się... Bo on robi co może, żeby było dobrze. Wierz mi. Tylko to zauważ. I naucz się tak jak on - zajmować sobą. Gdy on rozwija swoje pasje - wykorzystaj ten czas dla siebie. Na swoje pasje i zainteresowania. :) Tak to u mnie działa niezawodnie :) A znamy się już prawie 7 lat. 

sobota, 11 czerwca 2011

Tanya i Daniel

Pierwszy punkt programu był o 10:40 w USC. Na dworze gorąco. Park jest usytuowany na wzgórzu, skąd roztacza się między drzewami widok na miasto zalane słońcem. 









Ślub cywilny nie był długi, jak to ślub cywilny. Tylko, jak to w Niemczech - wszystko było po niemiecku i nic z tego ie zrozumiałam... Poza słowami religionen, Daniel katolisien, Tanya ewangelisien. No to zaczęłam się zastanawiać jak będzie wyglądała msza, której nie mogłam się doczekać... Po ślubie życzenia, zdjęcia, gołębie... I upalne słońce. Młoda para korzystała z pogody robiąc zdjęcia w plenerze. A goście czekali na nich cierpliwie, choć w skwarze...

Z tego malowniczego parku udaliśmy się do miejsca, gdzie miało się odbywać wesele. Poczęstowani kanapeczkami i zimnymi napojami oczekiwaliśmy na kolejny punkt programu. O godzinie 13:00 weszliśmy do kościoła. Oczywiście wszystko działo się po niemiecku.
1. Pieśń na wejście
2. Przemowa księdza (w samej albie i stule)
3. Czytanie
4. Melodyjka zagrana na organach.
5. Znowu jakieś czytanie.
6. Kolejna melodyjka.
7. Przemowa księdza, pt. "Libe Tanya, libe Daniel" [wybaczcie mój niemiecki]
8. Piosenka
9. Ślub
10. coś w stylu modlitwy wiernych
11. the end i wielkie zdziwienie Polaków.

Po ceremonii w kościele wróciliśmy na salę. A dokładniej - przed. Młodzi otworzyli bagażnik i zebrali prezenty. Jednak nie było łatwo wejść na salę, bo organizatorzy zrobili im... bramę.

Tanya i Daniel dostali nożyczki i musieli wyciąć serce, aby można było wejść na salę.
Toast, tort, kawa... kakao i... na specjalne zamówienie herbata. To wszystko przed godziną 15:00. I po tym... nic się nie dzieje...

Widzicie koraliki zdobiące stół? Tak do 18:00 się nimi bawiliśmy... O 18:00 podano jedzenie. Wróć. Wyłożono na szwedzki stół, do którego utworzyła się elegancka kolejka. Myślę, że w Polsce zamiast kolejki - sznurka, byłaby kolejka - kulka ;)

Jedzonko pyszne. Zważywszy, że człowiek głodny...
Po jedzeniu dopiero odbył się pierwszy taniec. Zaskakujące było dla mnie, gdy Tanya podbiegła do teścia, a Daniel do teściowej i porwali ich do tańca. Powoli rozkręcała się impreza. Za oknami było coraz ciemniej. Aż w końcu salę rozświetliły kolorowe, dyskotekowe światła. Muzyka także utrzymywana była w dyskotekowych rytmach. Polacy na parkiecie, a Niemcy przy stołach, trzymają szklanice piwa. Tak wygląda niemieckie wesele.
Chociaż trzeba do tego wziąć pewną poprawkę, ponieważ towarzystwo było nie tylko z Niemiec i z Polski. Byli Włosi, Turek, Grecy, Rosjanin... I nie wiem kto jeszcze... W każdym razie towarzystwo zdecydowanie międzynarodowe. A to dzięki Danielowi, mojemu kuzynowi i Tanji, wybrance jego serca.
Cieszę się, że mogłam tam być, spędzić z nimi ten szczególny czas.
Jestem bogatsza o nowe doświadczenia i będę miło wspominać ten weekend.

Młodej Parze, jeszcze raz wszystkiego dobrego!

niedziela, 8 maja 2011

Telefon do Przyjaciela

Każdy człowiek ma taki specjalny "telefon do Przyjaciela". 
Przyjacielem jest Pan Bóg, a telefonem modlitwa. 
Modlitwa to rozmowa, nie monolog. 
Jednak często nie słyszymy Bożych odpowiedzi. 
Ba! Powiem dosadniej - prawie wcale nie słyszymy Bożych odpowiedzi!
Dlatego modlitwa z czasem staje się nudna. Bo po co odmawiać "Ojcze nasz", po co całe te różańce, litanie, koronki? Skoro Bóg się nam nigdy jeszcze nie objawił, nie zrobił dla nas żadnego cudu, a jak o coś prosimy to zazwyczaj dzieje się odwrotnie - inaczej niż chcemy. 

Przyjacielu. Z modlitwą jest jak z rozmową przez telefon. Musisz mieć sprawny sprzęt, żeby się dogadać. W naszych telefonach bardzo często szwankują głośniki. Tak, głośniczek w słuchawce, przez którą mówi do Ciebie Bóg często jest popsuty. Jedynie mikrofony są zawsze sprawne. Bo za mikrofony odpowiedzialny jest Bóg, a za głośniki - my. Głośnikiem, który umożliwia Bogu mówić do nas bezpośrednio jest nasze serce. Chcesz mieć sprawny głośnik, żeby słyszeć Boże odpowiedzi? Idź do spowiedzi! Odpuszczenie grzechów jest właśnie naprawą głośnika. Bóg może przemawiać bezpośrednio tylko do tych, którzy chcą Go słuchać, którzy żyją w łasce uświęcającej. 

Bóg słyszy każdą modlitwę i na każdą odpowiada. Oczywiście On wie lepiej jak rozwiązać nasze problemy, dlatego nie ma się co złościć, gdy o coś prosimy, a dzieje się coś odwrotnego. Bóg wie co robi! Miej zawsze sprawny głośnik, a może Ci wyjaśni dlaczego robi co robi. Pamiętaj o najważniejszym - On Cię kocha i wszystko co robi, jest dla Twojego najwyższego dobra. Każde cierpienie ma sens. Prowadzi do pełni życia!

sobota, 23 kwietnia 2011

Życzenia Wielkanocne

Z okazji Świąt Wielkanocnych, życzę Tobie Panie Jezu wiele cierpliwości do ludzi i nieustannej wiary w nasze dobre serca. Niechaj Twoja łaska nas zawsze w dobrym wspiera i od złego ochrania. Życzę Ci, by ludzie nie widzieli końca drogi w śmierci, ale by patrzyli dalej... W końcu metą naszego życia nie jest własny grób na cmentarzu, ani metą Twojego życia nie był krzyż. Niechaj zawsze pamiętamy, że krzyż jest częścią życia, którego celem jest szczęście wieczne po śmierci. W końcu każdy ma duszę nieśmiertelną... pragnącą miłości, którą tylko Ty możesz dać...