środa, 2 kwietnia 2014

Recepta na szczęście, cudowny amulet, talizman

Te i jeszcze wiele innych określeń zachęcających do posiadania go posiada to cacko. Może być ze złota, srebra, z byle jakiej blachy, a nawet wysadzany drogimi świecidełkami - kamykami.

Pierścień atlantów.

Jeśli masz na palcu pierścień atlantów lub wisiorek z symbolem atlantów to wiedz, że szatan ma na oścież otwarte drzwi do twojego serca i do całej twojej rodziny.
Osoby posiadające ten element biżuterii często się wzbraniają, że jak to? - od razu szatan? Dostali go od kogoś w prezencie lub sami kupili tak po prostu, bo ładny, bo "na szczęście", bo to nic złego, to tylko głupi pierścionek...

Zdejmij go z siebie TERAZ.

Nie zdjąłeś? Rzadko kto zdejmuje pierścień atlantów tak po prostu. A jeśli zdejmie to i tak go zakłada za jakiś czas. Ten niewinny pierścionek nie może przecież zrobić nic złego. Przyzwyczaiłeś się do niego i żal go ściągać. Albo masz do niego sentyment, bo to prezent od ważnej osoby.

OK. Nie zdejmuj. Noś go nadal. Ale zwróć uwagę na twoje życie duchowe.
Masz je w ogóle? Kiedy ostatnio się modliłeś? Kiedy ostatnio byłeś na mszy świętej i przyjąłeś z czystym sercem Eucharystię? Podejrzewam, że dawno temu. Pewnie gdzieś zanim lub tuż po założeniu owego pierścienia.

No bo widzisz... Te pierścionki są produkowane w atmosferze specjalnych modlitw do szatana. Mają na celu pozyskiwać coraz więcej wyznawców demonów. Co z tego, że nie nazywasz siebie satanistą i uważasz siebie za dobrego człowieka. Rozumiem, że nie robisz nikomu nic złego, a nawet przeciwnie - wiele dobrego działasz dla innych. Nawet uważasz się za człowieka szczęśliwego. Pierścionek przecież musi "działać". Nosisz go na szczęście - masz szczęście.
Ale co z twoją relacją z Bogiem? Jak wygląda twoje duchowe życie? Jeśli nie wygląda w ogóle to wiedz, że nic się nie zmieni dopóki masz ten pierścionek na ręce/przy sobie/w domu. Pozbądź się go jak najprędzej.

Wtedy zobaczysz, że tak na prawdę to szatan miał nad twoim życiem ogromną władzę. Szczęście było tylko pozorne, aby cię trzymać z daleka od Źródła Autentycznego Szczęścia.

Bez pierścionka życie zaczyna się sypać? Normalka. Bo rozpoczyna się o ciebie walka między szatanem, który cię stracił a Bogiem, który chce pokazać ci jak bardzo cię kocha. Teraz, bez pierścienia masz oczy otwarte i możesz to dostrzec.

Szatanowi absolutnie wystarcza twoja niewiara w Boga. Bo żeby pójść do nieba trzeba kochać Jezusa i przyjmować Komunię Świętą. Kto nie kocha Jezusa ten nie może być zbawiony, bo przecież Jezus nie weźmie do nieba kogoś wbrew jego woli. Było by to piekło dla tej osoby.

Zapamiętaj
Pierścień atlantów to klucz dla szatana do twego życia. Zastanów się kto ma być panem twojego życia - szatan, który przed Bogiem może sobie tylko pokrzyczeć, czy Bóg, który nie zniewala a wyzwala.
Podejmij decyzję prędko, bo stawką jest życie wieczne twoje i twoich bliskich.
Ja wybrałam Chrystusa już dawno temu i zapraszam cię, byś też to uczynił.
Jest bardzo ciężko uwolnić się z okultyzmu, ale pamiętaj, że Chrystus jest o wiele silniejszy od szatana.

Zdejmij już ten pierścionek. Zanieś go księdzu, poproś go o pomoc i modlitwę. Wyspowiadaj się. Poznałeś życie z szatanem, a teraz zawalcz o życie wieczne w prawdziwym szczęściu - z Bogiem, który nas stworzył z miłości i daje nam zawsze to co najlepsze w nadmiarze.

poniedziałek, 3 marca 2014

Zbliża się kolejny Wielki Post

Wielkimi krokami zbliża się wielki post. I znowu parę pierwszych dni będzie wspaniałych, z pompą - udanych - dobrzepostnych, a potem nadejdzie kryzys i klapa. I znowu się sumienie obudzi i czas pokaże czy ruszymy z kopyta dalej czy się poddamy już na starcie... 

Wiedząc, że czas postu nadchodzi trzeba się przygotować psychicznie do niego. Będzie łatwiej. 

1. Zakoduj, że w środę popielcową chrześcijanin ma obowiązek pościć ilościowo i jakościowo. Pość.
2. Wymyśl kilka różnych postanowień. 
3. Wypełniaj te postanowienia. Jeśli z jakichkolwiek przyczyn przerwiesz, coś się nie uda, nie będzie ci się chciało - pamiętaj, że post trwa 40 dni, a nie 4 pierwsze po środzie popielcowej. Podejmuj wysiłek trwania w postanowieniach za wszelką cenę. 
4. Zapisz sobie te postanowienia i sprawdzaj regularnie jak się z nich wywiązujesz - samokontrola. 

Zadaniem chrześcijanina jest dążenie do doskonałości na wzór Chrystusa. 
Jezus także pościł, dużo się modlił i nigdy nie odmawiał niczego potrzebującym (jałmużna). 
Bierz przykład z Mistrza - podejmij wezwanie i pość, 
aby się nawrócić do Pana naszego Jezusa Chrystusa. 
Twoja wiara jest martwa jeśli za nią nie idą czyny. 

Przykłady postanowień wielkopostnych:
- będę uczestniczył w drodze krzyżowej w każdy piątek.
- pójdę do spowiedzi na początku i pod koniec wielkiego postu 
- będę rozważał codziennie słowo Boże z ewangelii dnia
- będę uważniej uczestniczył we mszach świętych
- nie będę jeść słodyczy/pić alkoholu
- będę codziennie odmawiać 10-tkę różańca świętego w wybranej, konkretnej intencji
- będę raz w tygodniu przez godzinę adorować Jezusa w Najświętszym Sakramencie
- nie będę słuchać muzyki/grać na komputerze/oglądać filmów...
- będę spędzał więcej czasu z rodziną i przyjaciółmi
- raz w tygodniu pójdę na cmentarz pomodlić się za zmarłych
- będę się częściej uśmiechać do ludzi
- ...


piątek, 31 stycznia 2014

Zetafon, umowa z Orange i jej zerwanie, czyli jak odstąpiłam od umowy

Po kolei.
24. stycznia zadzwoniła do mnie konsultantka Orange z informacją, że mają dla mnie tańsze rozmowy do Orange jeśli podpisze z nimi umowę. Zapewniała, że nic się nie zmieni w moim korzystaniu z ich usług poza tym, że będę płacić mniej za te rozmowy. Powiedziałam grzecznie pani, że nie mam stałej pracy i nie wiem kiedy mi podziękują, a co za tym idzie - czy będę miała z czego doładować konto. Pani powiedziała, że jeśli nie doładuję na czas to po prostu umowa się przedłuży i żadnych więcej problemów. No to spoko. Skoro wszystko będzie jak dotychczas, a mogę rozmawiać taniej, to niech będzie.
Padło pytanie kolejne - jaki chcę telefon. Tradycyjny klawiszowy, z klawiaturą qwerty czy smartfona. Oczywiście już z klawiaturowych nie umiem korzystać więc zaryzykowałam smartfona. Nie było z czego wybierać. No więc wzięłam co było. Jeszcze podkreśliłam babce, że mają mi to wszystko wysłać na początku lutego, bo skoro trzeba zapłacić za telefon przy odbiorze to ja nie mam z czego, czekam na wypłatę. Więc pani zanotowała kurierowi, że wysyłka po 31 stycznia.
Rozmowa z konsultantką zrobiła się bardzo nieprzyjemna, bo dopadł mnie atak kaszlu, ledwo oddychałam, a pani w tym czasie czytała mi i zaznaczała sobie na co wyrażam zgodę a na co nie... Jeszcze nas coś rozłączyło dwa razy podczas rozmowy, za co dostałam po uszach jakby to moja wina była. Po tym ataku kaszlu ledwo mówić mogłam, a pani jeszcze przeciągała rozmowę... ech, szkoda gadać. Cud, że jej nie zjechałam z góry na dół. Pewnie tylko dlatego, że ledwo mogłam wydać głos i marzyłam, żeby zakończyć tą rozmowę jak najprędzej.

Ku mojemu zdziwieniu 28. stycznia zadzwonił do mnie kurier czy może przyjechać z telefonem. Mówię, ze nie, bo nie mam z czego zapłacić. A on mówi, ze mam tylko 1 zł do zapłaty. No to 1 zł mam. Przyjechał. Podpisałam umowę, i po przyjrzeniu się jej bliżej dostrzegłam jaka jestem naiwna i jak mnie zrobili w jajo.
Usiadłam do kompa, przejrzałam historię na koncie bankowym, przejrzałam historię doładowań na stronie orange i liczę. W ciągu całego 2013 r. wydałam na doładowania telefonu 300 zł z czego jeszcze ileś złotówek mam, a zaczyna się zaraz luty 2014. Po podpisaniu umowy musiałabym płacić 50 zł za miesiąc, czyli rocznie 600 zł. To ma być uczciwa oferta? Co dla tej konsultantki znaczy "nic się nie zmieni tylko będzie pani płacić mniej za rozmowy"? Gdyby była uczciwa - powiedziała by, że skoro mam taką sytuację, to stać mnie na telefon klawiszowy, i na doładowania najniższe bo muszę płacić co miesiąc. A nie jak dotychczas w ofercie na kartę 50 zł za 3 miesiące.
Zaproponowała mi telefon, który jest w dwóch miejscach wystawiony w necie, w jednym kosztuje 170 zł a w drugim 260 zł. Nawet gdyby mi się udało sprzedać tego smartfona to nie wystarczyło by mi na dopłacanie do tych "tańszych rozmów do orange". Wiedziałam już, że skorzystam z możliwości odstąpienia od umowy w ciągu 10 dni.

29 stycznia znowu dostałam obuchem w łeb i nie potrzebowałam kawy, żeby podnieść ciśnienie... Drugi kurier puka do drzwi. Z akcesoriami do telefonu. Wyjęłam z portfela ostatnie 30 zł, złotówkę reszty dostałam. Super, za złotówkę wyżyć do 3 lutego... Dobrze, że nie tylko gotówką dysponuję, ale kredytową nie wszędzie się da zapłacić. Plany pójścia na basen szlag trafił, a tak się napaliłam...

Wyskrobałam pismo z rezygnacją z Zetafona. Znalazłam karton na telefon i akcesoria (nawet nie otworzyłam tych pudełek od kurierów). No i zadzwoniłam pod *100, aby się dowiedzieć co dalej.

Najpierw wysłuchałam automatu i wyklikałam ileś cyfr zanim się odezwała żywa osoba. Bardzo miły głos, wszelkie informacje udzielone, nawet adres na który mam wysłać pismo i telefon z akcesoriami dostałam bez problemu. Jeszcze mi pani poradziła, żebym dopisała nr konta, na który mają przelać mi pieniądze. Da się? Da się!

Powinnam mieć przy dokumentach pismo do rezygnacji z umowy, ale widocznie kurier zabrał tą kartkę za sobą. Zatem pani poleciła mi napisać własne pisemko. Oto co napisałam:

Imię i nazwisko Miejscowość, data
ul. Jakaśtam Nr domu
Kod pocztowy, miejscowość

CEVA Centrala Zwrotów PTK
Ołtarzew
ul. Południowa 2
05-850 Orzarów Mazowiecki


Odstąpienie od umowy o świadczeniu usług telekomunikacyjnych w sklepie internetowym i telesprzedaży (dalej zwanej „Umowa”)


Nr: xxxxxxxxxx/2014 sporządzonej w dniu 24.01.2014 r.podpisanej w dniu 28.01.2014 r.
pomiędzy:
Orange Polska Spółka Akcyjna z siedzibą i adresem w Warszawie (02-326) przy
Al. Jerozolimskich 160, REGON: 012100784; NIP: 526-02-50-995.

a Abonentem: Imię i nazwisko zamieszkałą w Miejscowść (kod pocztowy) przy ul. Jakiejstam, nr domu
Nr tel: 5xxxxxxxxx; Seria i Nr dowodu osobistego: XXX 000000000


Korzystając z prawa zerwania umowy w ciągu 10 dni od jej podpisania – odstępuję od tej umowy.

W rozmowach telefonicznych z konsultantami Orange zawsze odmawiałam podpisywania jakichkolwiek umów, gdyż jestem zadowolona z taryfy Orange Na Kartę.
Zostałam wprowadzona w błąd przez panią konsultant, która mówiła, że nic się nie zmieni po podpisaniu umowy, tylko moje rozmowy do Orange będą tańsze. Po takim sformułowaniu oferty zgodziłam się podpisać umowę Zetafon. Po podpisaniu jej i przeliczeniu dokładnie ile razy i na jaką kwotę w ciągu całego 2013 roku doładowywałam konto, stwierdzam, że w Zetafonie musiałabym płacić rocznie drugie tyle, za coś czego nie potrzebuję. Nie potrzebuję tańszych rozmów, za większe pieniądze. Nowy telefon także nie jest mi do niczego potrzebny, a sprzedaż tego telefonu i tak nie pokryłaby kosztów jakie musiałabym uiszczać co miesiąc za Zetafon.

Proszę przelać na moje konto należność za telefon Alcatel 3040 Tribe (1 zł) oraz akcesoria do tego telefonu (29 zł), które do Państwa odsyłam.
Nazwa banku: nr konta bankowego

Nie wyrażam zgody na wykorzystanie przez Orange Polska S.A. moich danych osobowych
w celach marketingowych innym podmiotom z Grupy Kapitałowej Orange Polska oraz współpracujących z Orange Polska S.A.

Nie wyrażam zgody na udostępnianie moich danych osobowych innym podmiotom wchodzącym
w skład Grupy Kapitałowej Orange Polska.

Nie wyrażam zgody na przesyłanie do mnie informacji handlowych dotyczących Orange Polska S.A. środkami komunikacji elektronicznej i telefonicznej.

Nie wyrażam zgody na wykorzystywanie moich danych transmisyjnych w celach marketingu usług telekomunikacyjnych Orange Polska S.A.

Za chwilę pójdę na pocztę odesłać pudło z tym wszystkim i pod koniec tygodnia się upewnię czy anulowali mi umowę czy będę musiała podejmować dalsze kroki. 

sobota, 5 października 2013

Człowiekbóg

Człowiekbóg to osoba, która bawi się w Pana Boga. Są różne rodzaje człowiekbogów, a ten post dedykuję tym, którzy udają Boga Ojca Stworzyciela.

Zacznijmy od początku. A na początku siedziały sobie trzy Duchy w pustce i nicości. Mieszały się ich uczucia - radość i miłość ze smutkiem i samotnością. Te trzy Duchy postanowiły stworzyć aniołów, aby mieli kogo kochać, i by nie byli już więcej samotni. Aniołowie stworzeni przez Boga kochają Go, a Pan Bóg kocha swoje stworzenie. Jednak miłość Pana Boga jest tak wielka, że wszyscy stworzeni aniołowie mają ją już w nadmiarze, a ona nadal poszukuje kogoś do kochania. Pan Bóg stwarza dalej. Postanowił stworzyć osobę podobną do siebie. Zanim stworzył człowieka - stworzył wszystko co człowiek będzie potrzebował, aby żyć: miejsce, warunki bytu... I gdy wszystko było gotowe, Bóg mógł stworzyć Adama i Ewę.

Niektórzy aniołowie robią się zazdrośni, że Bóg jeszcze jakieś inne stworzenie obdarza tak wielką miłością. Buntują się przeciw Bogu i odwracają się od Niego. Pan Bóg cierpi z tego powodu, ale Jego miłość polega na tym, że nie będzie siłą nikogo zmuszał, aby Go ktoś kochał. Pan Bóg daje wolność, która polega na tym, że możemy się od Niego odwrócić. Część aniołów odeszła z raju.
Swoją drogą, Pan Bóg, który jest wszędzie musiał odstąpić im jakieś miejsce. Nazwano to miejsce piekłem. I wszechobecny Bóg już nie jest wszechobecny, bo w piekle Go nie ma. No ale... Upadłych aniołów nazywamy diabłami, szatanami. Znamy nawet kilka imion tych istot. Jeden z nich to Lucyfer = Niosący światło... Taki aniołbóg.

W Starym Testamencie mamy historię Adama i Ewy. I wielu się zastanawia, jakie to wielkie kazirodztwo było skoro z jednej pary cała kula ziemska zaludniona. I w ogóle kto spisał historię stworzenia świata skoro Adam i Ewa byli stworzeni jako ostatni... I nie umieli pisać, bo po co...
1. Historia Adama i Ewy jest opowiadaniem nie koniecznie opartym na faktach, ale przedstawiającym prawdę - ludzie, stworzenie Boże odeszło od Pana Boga. (Podobnie jak aniołowiebogowie.)
2. Pan Bóg, obok Adama i Ewy mógł stworzyć wiele miliardów par jednocześnie. To, że Pismo Św. opisuje Adama i Ewę, a później ich rodzinę, nie znaczy, że inni nie byli tak samo stworzeni jak oni.

Pan Bóg stworzył ludzi, a część ludzi się do niego odwróciła. i to są właśnie człowiekbogowie.

Taki aniołbóg jest istotą duchową, może robić co chce w sferze duchowej. A że uważa się za boga to sobie rządzi po swojemu. Głównym celem aniołówbogów jest oczywiście odciągnąć od Boga Jego stworzenie: aniołów i ludzi. I często trzeba im przyznać: "dobra robota".

Człowiekbóg bawi się w Boga, a tak na prawdę to wszelkie korzyści z takiego osobnika płyną do aniołówbogów. Tylko, że człowiekbóg tego nie widzi i z pewnością będzie się musiał piekielnie mocno natrudzić, żeby to dostrzec.

Sedno sprawy:
Człowiekbóg bawi się w stworzyciela. Nastolatkom proponuje seks z antykoncepcją. Seks jest czymś tak głęboko wpisanym w życie każdego człowieka, że aniołowiebogowie się nie muszą wcale wysilać, żeby nabijać punkty sobie a ujmować Bogu. Seks w wieku gimnazjalnym jest OK, trzeba się tylko zabezpieczyć, żeby nie wyszło na jaw, bo jak taka 14latka będzie miała własnego bachora to będzie koniec świata. W szkole ponadgimnazjalnej już się dziewczyny rozglądają za kimś wartościowym, tak na dłuższy związek (oczywiście są wyjątki). Skoro seks się zaczął w gimnazjum, a jest taki smakowity to w liceum/technikum/zawodówce też go nie zabraknie. Oczywiście idzie za tym antykoncepcja. I tak się człowiekbóg faszeruje stresem - czy nas nie nakryją, czy pigułki będą skuteczne, czy zajdę w ciążę, czy on będzie ze mną do końca życia, co ja mu dam po ślubie skoro już cnoty nie mam. Wróć. Czy będzie chciał ślubu czy mnie zostawi dla młodszej... I tak się człowiebóg faszeruje hormonami - nie ważne, że to tykająca bomba atomowa w ciele kobiety, ważne, że można się pobzykać od czasu do czasu - chociaż na ten seks tez nie ma się ochoty.

Ups. Wpadka. Spoko-loko-luz-i-spontan - ginekolog-to-posprząta. Po co mieć bachora w domu, nie ma kasy, nie ma czasu, co innego mamy w głowach. "Panie doktorze, z ile będziemy mogli znowu się kochać?"

Człowiekbóg po jakimś czasie, jak już się wyszaleje trochę - znowu chodzi po lekarzach bo mieć dziecko chce, a nie może. Znaczy może, ale zrobić nie umie. Aniołbóg już skrzydła zaciera, klaszcze w dłonie - ulotką in vitro przed oczami macha.O jakie to wspaniałe rozwiązanie. Jak się ten cholerny plemnik z tą cholerną komórką jajową połączyć same nie umieją to je pod lupę i siłą trzeba... Potem tylko mały zabieg - wszczepić, poczekać, urodzić i szczęśliwym być.

Człowiekbóg ma wszystko dobrze zaplanowane. A anioolbóg zbiera trofea.

Tylko Bogu Jedynemu serce z żalu pęka.
Bo Bóg seks dla małżonków zarezerwował. W małżeństwie nie ma stresu, że zostawi, że się wyda, że brzuch będzie, że...

Antykoncepcji Bóg wcale sobie nie życzy. Rozum dał po to, by nad ciałem panować - znać swe ciało i jak nie chcesz dziecka teraz to nie wskakuj na penisa. Serio, to działa - najlepsza na świecie antykoncepcja.

Aborcja? O... porozmawiaj tylko z kobietą, która przed tobą usunęła problem. Ale niech to będzie normalna kobieta a nie człowiekbóg.

I in vitro. Ilu Pan Bóg Adamów w raju stworzył? Ile Ew tam było? Po kilka? I te słabsze i gorsze Pan Bóg zutylizował, a najlepsze - najsilniejsze sobie zostawił? Ludzie, czyście do reszty zwariowali? Robi lekarz na szkiełku. z wytarganej z jajnika komórki i wytrząśniętych w obskurnym kiblu plemników - CZŁOWIEKA. I kilka osób powstaje. Większość, a nieraz wszystkie - przed swoim zaistnieniem są na śmierć skazane. Bo się człowiekbóg w stwarzanie bawi.

Jeszcze klonowanie brzmi ciekawie i eutanazja i... cokolwiek jeszcze aniołbóg podsunie do zakutych łbów.

Na koniec
Brawo jeśli tu dobrnąłeś...

Bóg Cię kocha tak bardzo, że Ci  powala na seks przedmałżeński, antykoncepcję, aborcję, in vitro, klonowanie, eutanazję i przeróżne inne przestępstwa. Jak bardzo nisko musisz upaść, żeby dostrzec, że Bóg jest przy Tobie stale, w każdym Twoim śmierdzącym bagnie? Zechciej pokochać Boga, a odkryjesz jak bardzo źle jest być człowiekiembogiem. W wymienionych przeze mnie wyżej sytuacjach nie ma "ale". Zło jest złem niezależnie od okoliczności. Pocieszające jest to, że Jezus już za to nasze zło zapłacił. Trzeba nam tylko pójść do Niego i oddać Mu wszystkie nasze problemy: z seksem (także pornografią, masturbacją, pedofilią, zoofilią, masochizmem, sadyzmem, ...), antykoncepcją, aborcją, desperackim pragnieniem posiadania dziecka kosztem życia innych dzieci...

Człowiekbóg to osoba, która bawi się w Pana Boga. Dlatego jego szczęście także jest zabawkowe.
Chcesz mieć prawdziwe szczęście? Nie baw się w Boga, ale kochaj Boga. Amen.

Zacznij od spowiedzi. Jezus czeka niecierpliwie, by Ci pokazać jak bardzo Cię kocha. I uwierz mi - poczujesz tą Jego miłość całym sobą.

czwartek, 3 października 2013

WOLNOŚĆ * Jak pies spuszczony ze smyczy

Długo czekałam na taki dzień, jak dzisiejszy. Śledzący bloga wiedzą, że jestem mamą, a mamy wiedza jak to czasem ciężko znaleźć czas tylko dla siebie, na to co się chce zrobić wyłącznie dla własnej przyjemności. Dziecko w żłobku. Mąż w pracy, a ja nie muszę dzisiaj NIC.

Mogę nagle robić wszystko to, czego nie mogłam przez ostatnie kilkanaście miesięcy i mam na to jakieś 8 godzin z doby. Oczywiście pomysłów i potrzeb jest tyle, ze trzy dni by zabrakło, aby nadrobić zaległości. Dlatego w sposób rozsądny zaplanowałam sobie wcześniej plan działania na dziś.

A teraz kilka szczegółów z mojego życia, które chcę uwiecznić, aby nie przepadły:
* Szukałam pracy przez całe wakacje. Przeróżnej. Miałam dwa dni szkolenia w ochronie marketu, ale, że z panami ochroniarzami nie szło się po ludzku dogadać to skończyło się na tym, że na początku sierpnia podałam moje wymiary do uszycia munduru (oferowali mi prace tajniaka) i ten mundur (tajniaka) szyją do dziś. Kolejna rozmowa miała miejsce w hotelu i dotyczyła pracy w sklepie, który otwierał kolejny punkt w naszym mieście. Praca polegałaby na kompleksowej obsłudze całego sklepu, począwszy od wymycia podłóg, na kasowaniu towaru i uśmiechaniu się do klientów. Odpowiadało by mi to, ale panowie nie chcieli u siebie nauczyciela, bo jak się nadarzy okazja wrócić do szkoły to na bank tam pójdę. A jeśli nie pójdę, to zaciążę ponownie i będą dokładać do interesu. W końcu oferują umowę na 2-3 lat po okresie próbnym.
Trafiłam na rozmowę na stanowisko ankietera. Po rozmowie wróciłam do domu z wielkim bananem na buzi, bo Panu się w moim CV podobało absolutnie wszystko! I przesiedziałam długo przed komputerem, aby znaleźć w tej firmie haczyk. Nie chcą mnie tam na ankietera, ale na... przedstawiciela regionalnego! Rozeznałam się w temacie i podjęłam się wyzwania. Jeżeli miałeś wypadek w pracy lub jako kierowca, pasażer lub pieszy, albo jeżeli w wypadku straciłeś kogoś bliskiego z rodziny - daj mi znać, a pomogę Ci ustalić czy należy Ci się odszkodowanie z OC sprawcy wypadku. Jeśli się należy, to powiem Ci, jak je uzyskać. I zrobię to za darmo :) Dużo się dowiedziałam o tym jakie prawa i przywileje ma poszkodowany. Sama teraz roszczę o odszkodowanie dla mnie za wypadek z 2006r. a pod lupę bierzemy wypadki, które miały miejsce po 10. sierpnia 1997r. Chętnie pomogę innym uzyskać należną kasę, za cierpienie, koszty leczenia, szkodę moralną, utracone wynagrodzenia... Jeśli wypadek miał ojciec rodziny, który ją utrzymuje to cierpi przecież całą rodzina, bo wypłata za L4 jest niższa - każdy domownik to odczuje. Ale nie o tym ten post :)
W moich poszukiwaniach pracy był także epizod z pracą biurową, przy telefonie - odbieranie połączeń i "pierwsza pomoc" techniczna przy obsłudze pewnego programu/systemu.modułu... I już się szkoliłam, już miałam podpisać umowę - księgowa szykowała dokumenty. A tu zadzwonił telefon - ks. Proboszcz, potrzebuje katechetkę na zastępstwo. Od zaraz. Ale niespodzianka. Bardzo się ucieszyłam. Szkoda tylko, że ta praca w szkole nie mogła poczekać jeszcze miesiąca, lub, że nie dali wcześniej znać. Było mi przykro i głupio, że narobiłam zamieszania przy tej pracy biurowej. W piątek rozmowa, w poniedziałek o 8:00 zaczynam i w południe rezygnuję, na rzeczy szkoły. Cóż. każdy mnie tam zrozumiał. Trzymam kciuki, aby sobie poradzili.
Jeszcze się pochwalę, że w tym roku szkolnym także przygotowuję dzieci do I Komunii Świętej :)

* Darek. Nasz Skarb bezcenny. Jak wrócił z końcem czerwca ze żłobka, od Wesołych Skrzatów tak już tupta. Wszędzie go pełno, a najchętniej tupta wszędzie tam, gdzie ja jestem. Pije sam, uczy się jeść sam łyżeczką, widelcem. Ostatnie jego umiejętności to samodzielne wychodzenie z łóżeczka, klikanie po klawiaturze i trzaskanie myszką, wchodzenie po schodach, gdy go trzymam za rękę. Przesypia już całe noce (zazwyczaj) i śpi raz za dnia. Zaczyna mówić różnymi językami, których nie sposób powtórzyć, a co dopiero zrozumieć :D Rozumie doskonale co się do niego mówi i co się od niego chce. Teraz przyzwyczaja się do żłobka. Jest to dość trudne dla niego. Wcześniej było łatwiej, bo był mniejszy. Ale nie było nas stać, aby chodził przez całe lato do żłobka bez przerwy. Niestety teraz musi się przyzwyczajać znowu. Tym bardziej, że zmieniliśmy żłobek, na bliższy. Z obu jestem zadowolona. Więc jeśli któraś mama będzie miała dylemat, który żłobek w Tychach wybrać, to powiem, że "Wesołe Skrzaty" bardzo dobrze wspominam. a teraz prowadzę malca do "A kuku" i też tam jest w porządku.

* Zapisuję w zeszycie plany, co jest do zrobienia. Nie chcę być zrzędą, która siedzi, narzeka jak ma ciężko i nic nie robi. Dlatego przez te wakacje - poszukiwania pracy trzeba było jakoś się trzymać w ryzach i takie zapisywanie co mam do zrobienia bardzo mi to ułatwiało. Co, gdzie, jak, kiedy - zapisałam i mogłam sprawdzić, czy czegoś ważnego nie pominęłam. Nawet czasem menu na najbliższe dni robiłam i obok listę zakupów, żeby nie biegać co chwilę do sklepu tylko na jednych zakupach zdobyć wszystko. Mam też listę chceń, czyli wypisane rzeczy, które chcę mieć lub zrobić i sprawy, które chce załatwić... Takie moje małe cele do osiągnięcia. Fajnie się potem zaznacza to, co już jest zrealizowane :) Niespełna miesiące temu taką listę zrobiłam i już trzy rzeczy wykreślone: auto przerobione na gaz, praca dla mnie i dziecko w żłobku :)

Koniec na dziś. Pora na kolejny punkt programu "wolność" :) aby tego czasu nie zmarnować.


wtorek, 16 lipca 2013

Refleksja o nawracaniu się

Nawracanie się to powrót na dobrą, właściwą drogę. Czasem Pan Bóg nas nawraca "kiwnięciem palca" - pstryk - jesteśmy nawróceni. Częściej jednak nawrócenie to długotrwały proces. Może się wydawać, że po dobrze odprawionej spowiedzi już jest wszystko ok, możemy przystępować do Komunii Świętej, czujemy w sercu radość, jest wszystko cacy. Ale dość szybko powracamy do naszych grzechów. Bo część z nich stała się już naszym takim życiowym towarzyszem, do którego się przyzwyczailiśmy. Nie jest przecież łatwo nagle przestać popełniać grzechy, które się ciągną za nami od miesięcy czy nawet lat. Trzeba się za te grzechy brać po kolei. Dlatego nawracanie się jest nie raz długotrwałym procesem i ma różną intensywność. Czasem wręcz biegniemy na tą dobrą drogę, czasem na tej drodze powrotu upadamy, czasem nas Pan Bóg trochę "teleportuje" bliżej. Czasem ślimaki i żółwie by nas wyprzedziły.
Jednego jestem pewna. Jeśli chcemy żyć blisko Boga i żyć Jego nauką to On nam zawsze będzie towarzyszył. I nie oczekuje od nas nie wiadomo jak heroicznych czynów. Mamy być święci w naszej codzienności. Więc, jeśli pragniesz żyć z Bogiem to Prz 3,6 i miej oczy duszy szeroko otwarte, a zaczniesz dostrzegać świat Jego oczami i wejdziesz na drogę nawrócenia. To może być Twoja i moja największa życiowa przygoda :)
PS Pokuta jest idealną towarzyszką nawracania się. Sami też możemy sobie zadawać pokutę, oczywiście zawsze odprawiając tą zadaną w konfesjonale.

sobota, 4 maja 2013

Kartka z pamiętnika

Darek skończył 9 miesięcy... Wstaje sam bez podtrzymywania się czegokolwiek i robi pierwsze samodzielne kroki również bez trzymania się czegokolwiek. Na początku kwietnia wyszły mu dwa pierwsze ząbki - górne jedynki. Od kwietnia chodzi do żłobka. Podoba mu się tam - z uśmiechem na buzi wyrywa się do opiekunki, kiedy go tata tam przywozi. Nigdy nie przypuszczałam, że dziecko to taki wielki cud i skarb. Fakt, że nie raz jestem wykończona totalnie i mam wszystkiego serdecznie dość, ale nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne. 

Od 15 kwietnia pracuję na zastępstwie w szkole. Nie ma co tu pisać o pracy... Najważniejsze, że jest :) Oby też na wakacje coś mi się udało znaleźć :) 

Już jutro I Komunia Św. dzieci, które przygotowywałam. Strasznie szybko ten czas zleciał. Dopiero zaczynałam, a tu już koniec... Dzieci przygotowane, próba zrobiona, jutro finish - czternaścioro "moich" dzieci przyjmie Pana Jezusa do serca. Zaczynam się troszeczkę stresować, czy wszystko dobrze pójdzie ;) 

Dni mi uciekają. Cieszyłam się i nadal cieszę, że Darek chodzi do żłobka, bo mam niby więcej czasu dla siebie, ale ten czas zasuwa tak prędko, a ja mam tyle rzeczy do zrobienia, że i tak, kiedy już mam chwilę wolnego to nie wiem w co ręce wsadzić i co robić... 

Pozdrawiam garstkę moich Dobrych Przyjaciół :) 

środa, 19 grudnia 2012

Darek - Skarb bezcenny

Za tydzień Darek skończy piąty miesiąc. 
Strasznie szybko leci mi czas. 
Darek strasznie szybko rośnie. 
Mając 3 miesiące wyglądał na 6. 
Zdrowy, wielki, silny... 
Ma swoje humory i jeszcze nie zawsze wiem czego chce. 
Wczoraj pierwszy raz obrócił się z brzuszka na plecy. 
Dziąsła ma twarde i lada dzień będą pierwsze ząbki. 
W nocy dobrze śpi i coraz rzadziej się budzi głodny. 
Rekordem było przespane 9 godzin bez przerwy :) 
Jeszcze sam nie siada, ale jak się go posadzi 
i podtrzyma to chętnie siedzi ładnie prosto. 
Lubi spacery w spacerówce - ogląda świat. 
Lubi zakupy w marketach - jest tak kolorowo... 
Mogę z nim bez problemów jeździć autobusami. 
W samochodzie zasypia. 
Kąpię go już tylko w dużej wannie. 
Do małej wanienki jeszcze się mieści, 
ale 
na 2 wiaderka wody połowa jednego zalewa mi podłogę, 
bo Darek tak przeplata nogami. 
Jego uśmiech jest powalający. 
Chociaż ma tych uśmiechów kilka, to w sumie każdy z nich zaraża. 

Każdego dnia dziękuję Bogu za ten Skarb.
Czasem mam już serdecznie dość, 
hormony czasem jeszcze buzują, 
ale Dareczkowy uśmiech łagodzi obyczaje. 

Jestem szczęśliwą mamą :) 

piątek, 3 sierpnia 2012

Jak wspominam Szpital Wojewódzki w Tychach należący do Megrez Sp. z o.o.

MEGREZ Sp.z o.o.
Szpital Wojewódzki w Tychach, 
oddział położniczo-ginekologiczny (tzw. septyk), 
porodówka, 
oddział położniczy 

Będzie dużo tekstu, ale dla niecierpliwych i zabieganych - podsumowanie na końcu wpisu :) 


Tam spędziłam 10 dni. Zaczęło się od skierowania od mojej ginekolog z powodu małowodzia w dniu "książkowego" terminu porodu. Zatem następnego dnia od wizyty u mojej pani dr, w czwartek o godzinie 7 rano wyruszyłam z mężem na izbę przyjęć. Na dzień dobry usłyszałam, że nie ma miejsc i mam przyjść jutro :] Ale mogę też poczekać, bo o 8:00 ma przyjść doktor i on będzie decydował. Grubo po 8:00 weszłam do gabinetu położnej na izbie przyjęć i po wywiadzie i badaniu miałam się przebierać w piżamkę i kapcie, bo mnie przyjmują. W dniu przyjęcia zrobiono mi podstawowe badania - badanie szyjki macicy, KTG i USG. Okazało się, że ilość wód mam w normie. Pozostałe wyniki też są ok. No ale decyzję o ewentualnym wypisie lekarze podejmują na porannym obchodzie. Nie wysłali mnie jednak do domu, ale zlecili dalsze badania na poniedziałek. Było mi to na rękę, bo książkowy termin porodu już minął, miałam wszystkie rzeczy przy sobie w jednej torbie i nie uśmiechało mi się wozić tego w tę i we w tę. We wtorek miałam kolejny raz badanie szyjki macicy. KTG robiono mi raz dziennie, a we wtorek chyba ze trzy razy mnie przypinali do tego sprzętu. Co do miejsc - nic dziwnego że ich brakuje skoro wcześniej na sali było 5 łóżek, a teraz są trzy... Wiem, bo leżałam tam też wcześniej, zanim spółka M. przejęła szpital. 

Panie pielęgniarki i położne na septyku są ok. Panie salowe natomiast już niekoniecznie. Swoje obowiązki w salach pacjentek wykonują czasami dość głośno, wyżywają się mopami na łóżkach... Zdarzało się że posiłki przywoziły pielęgniarki, a z tego co wiem, to salowe się tym powinny zajmować, ale widocznie miały co innego do roboty... Koleżanka z sali, leżąca tam już 3 tygodnie, opowiadała, że raz poprosiła salową o zmianę pościeli. Po wielkich upałach nie ma co się dziwić, że człowiekowi przykutemu do łóżka jest źle w przepoconych betach.. Usłyszała oburzony głos: "To ja mam pani co tydzień pościel zmieniać??" i nie było by może w tyn nic dziwnego gdyby nie fakt, że ta pani ani razu nie zmieniła jej pościeli.

Mój mały syneczek wykopał ze mnie wody płodowe o północy w środę. Więc mój poród zaczął się niestandardowo. Skurcze same nie nadeszły. Czekałam na nie od północy do 7 rano już na trakcie porodowym, gdzie około 7:00 podano mi kroplówkę. Dostałam własny boks, który wydawał mi się trochę ciasny, ale komfortowy. Trzeba przyznać, że z estetycznej strony porodówka jest super. Są piłki, krzesełko porodowe, można swobodnie chodzić po korytarzu obok boksów, można korzystać z prysznica... ale pod prysznicem nie wytrzymałam długo... bardzo szybko zrobiło się tam bardzo duszno. Nie było żadnego okienka, a wentylacja.. szkoda gadać. Więc standard prysznica jedynie obniża moją pozytywną ocenę porodówki. Panie położne były miłe, chętne do pomocy. Prowadząca mnie położna często zaglądała do mnie i podsuwała pomysły co robić, żeby w naturalny sposób łagodzić bóle. Co jakiś czas badano tętno dziecka i kilka razy lekarz badał szyjkę. Dużym wsparciem był dla mnie mąż, dzielnie trwający przy mnie od około 5 rano do przewiezienia mnie na oddział położniczy, a synka na noworodki :) Czyli do mniej więcej 16:00. 

Na oddziale położniczym od razu zajęła się mną położna. W ekspresowym tempie pomogła mi się pozbierać i wziąć prysznic. Nie podobało mi się tam to, że do sal pacjentek nie mógł wejść nikt prócz pacjentki, położnej i lekarza. Z jednej strony rozumiem, że na salach leżą kobiety w różnym stanie - wietrzą krocze i karmią piersią... Był jednak moment kiedy na sali leżałam sama, bo trafiła mi się sala dwu osobowa i jedną noc spędziłam sama z dzieckiem... I wtedy ogromnie mi brakowało męża przy łóżku, gdy karmiłam Darka... Krzysiek musiał czekać na nas na specjalnych twardych ławeczkach przy drzwiach, gdzie jest tłum ludzi odwiedzających i często czuć przeciągi. Kobieta może sobie zabrać w wózeczku dziecko i iść z nim do tatusia w tłum i przeciągi... 
Ogromny minus za standard łazienek i WC. W godzinach porannego prysznica kosze ze zużytymi podkładami przebierają, woda stoi na posadzce... Nawet w tej wodzie plama krwi się kiedyś znalazła... Nie ma nikogo kto by tam sprzątał na bieżąco... Gdyby był mop, jakaś szmata z wiaderkiem.. same pacjentki by mogły poprzecierać tą podłogę... Były chętne do tego. Irytowało mnie jeszcze to, że nie miałam gdzie położyć żelu pod prysznic, bo żadnej nawet maleńkiej półeczki nie raczyli zrobić... trzeba było się schylać i kłaść żel pod nogi... W WC - smród. Po prostu. I otwarte jedno okienko... pozostałe klamki powyciągane albo rozkręcone tak, że nie da się otworzyć nic więcej...
Położne zaglądały na salę ze dwa razy dziennie i pytały czy wszystko w porządku. Poza tym podawały też posiłki. Często wnosiły talerze na salę i kładły na stolik. Na innych oddziałach trzeba sobie samemu podejść do drzwi żeby coś zjeść, a tu - pełna obsługa. Duży plus i szacun dla położnych! Zawsze można było podejść i poprosić o pomoc, chętnie jej udzielały. 
Salowe... Olaboga! Nie ważne, która godzina, nie ważne czy się dziecko karmi, przewija czy ono po prostu śpi... wchodzi salowa, trzaska koszem, żeby go otworzyć i zabrać jego zawartość, klapa jej spada, że aż huczy w uszach! Na sali były trzy rodzaje koszów... Na odpady komunalne, na pampersy itp. oraz na brudną bieliznę. Czyli na szpitalne pieluch tetrowe czy ciuszki, które dziecko zbrudzi. Bo w szpitalu mają swoje ubranka, beciki, kocyki.. i przy kąpieli są zawsze przebierane w czyste. Jednak zdarza się, że trzeba poprosić o czysty kaftanik czy śpiochy... wtedy brudne ląduje w koszu nr trzy. Mój mały miał szpitalne pieluchy tetrowe od drugiej doby... Trochę ich schodziło, bo na jeden raz miał zakładane 4, aby podnieść jąderka, żeby się wodniaka pozbyć. Kosz był peeeeeełny. Salowa nie mogła go nie widzieć. Po prostu zmieniała worki w koszach na odpady komunalne i pampersy ale bielizny nie tknęła... Proszę sobie wyobrazić zapach dwudniowej kupy... Tak. Wróćmy do czegoś przyjemniejszego... 

Jeśli chodzi o te kochane panie położne... Nie raz zdarzyło się, że dwie położne mówią co innego na jeden temat. Dlatego trzeba włączyć własny rozum i samemu podejmować decyzje, sugerując się tylko zdaniem położnych. One są doświadczone i mają ogromną wiedzę o połogu i noworodkach, to fakt. Ale jako matka mam własny instynkt macierzyński i tu ja decyduję. Przykład? Proszę... "Dziecko najpierw przewijamy, potem karmimy i czekamy aż zaśnie przy piersi". To sobie tak rób... Mój Darek budzi się z głodu a nie z pełnego pampersa. Najpierw musi zajeść pierwszy głód, a potem pozwoli się przebrać. Przy próbach działania wg porządku położnej... przewijanie było katorgą. Darek krzyczał na pół oddziału. Najgorzej w nocy, jak ludzie śpią / chcą spać. Takie biedne znerwicowane z głodu dziecko potem nawet nie ma siły na przyssanie się do piersi.. chce flachę z mlekiem na JUŻ. 

Oddział noworodków. Korytarz i dyżurka wyglądają luksusowo. Do sal noworodków wejść nie można, więc nie wiem jak tam jest.. Ale panie są bardzo miłe. Służą pomocą. Kiedy Darek tak przeraźliwie płakał przy przewijaniu a jeszcze nie wiedziałam, że to po prostu głód, poszłam z nim na noworodki i pytałam o te schorowane jąderka, tym bardziej, że jakieś czerwone ślady się zaczęły pokazywać. Pani położna najpierw poprosiła panią doktor a potem obie zabrały Darka na salę, pooglądały i zawinęły w tetrę. Dostałam butelkę dla niego żeby go nakarmić. Dopiero wtedy byłam spokojna, że jego tam nic nie boli, a ten płacz to z głodu... Ta akcja miała miejsce w nocy, więc jestem pod wrażeniem, że nawet nocą wezwano panią doktor i udzielono nam pomocy :) Duży plus! Chociaż z drugiej strony... po to jest szpital, żeby doktor był obecny o każdej porze...
Rano gdzieś w okolicy godziny 7:00/8:00 zabierano dzieci z sal na noworodki i tam je panie kąpały, przewijały, ubierały. Jeśli były zlecone jakieś badania to były też od razu robione. I około godziny 9:00/10:00 maluszki wracały na sale do mam. W czasie kąpania maluchów przychodzili ginekolodzy na obchód. A gdy maluszki były już przy mamach - przychodził pediatra i informował o stanie zdrowia dziecka. Reszta dnia mijała na opiece nad dzieckiem i odpoczynku. 

PODSUMOWANIE:
septyk
warunki lokalowe - dobre
pielęgniarki i położne - przeważnie miłe, chętne do pomocy
salowe - hałaśliwie wykonują swoją pracę, rzadko mają dobry humor. 
lekarze - dobra kadra 

porodówka
warunki lokalowe - super, pomijając jakość prysznica (chociaż nie mam porównania, bo rodziłam tylko raz ;) )
położne - pomagają, mówią co robić by łagodzić ból i nie opóźniać za bardzo porodu; sympatyczne, wyrozumiałe,
lekarze - dobra kadra 

położniczy 
warunki lokalowe - sale ok; łazienki i WC - katastrofa. W porze porannego prysznica woda stoi na podłodze, kosze są przepełnione. W WC śmierdzi.
położne - miłe i chętne do pomocy
salowe - jak na septyku - strasznie głośne, kosze wypróżniane selektywnie... kosz z brudną bielizną przepełniony i nie wypróżniony przez co najmniej dwie doby. 
lekarze - dobra kadra 

noworodki
warunki lokalowe - korytarz w dużo lepszym stanie niż na położniczym. Dalej wstępu nie ma. 
pielęgniarki - miłe i chętne do pomocy
lekarze - dobra kadra

Co do pielęgniarek, położnych i lekarzy - zdarza się że mają różne zdania na jeden temat więc trzeba się też kierować instynktem macierzyńskim i własnym rozumem.

niedziela, 15 lipca 2012

Moje oczekiwanie...


Już niedługo. Chociaż jeszcze jest czas. Jeszcze dwa dni do książkowego terminu, który mogłam określić bardzo precyzyjnie. Spodziewamy się Synka, a chłopcy, jak to chłopcy, lubią posiedzieć u mamy dłużej... I jeszcze dwa tygodnie może sobie tak siedzieć. I ja sobie tak spokojnie, cierpliwie czekam na niego. To irytujące jak ludzie patrzą na mnie ze zdziwieniem, że jeszcze nie urodziłam i każą chodzić po schodach i więcej się bzykać, żeby małego pogonić. Ludzie, dajcie żyć ;) Druga sprawa... Wy, wszyscy kochani Przyjaciele, którzy coraz więcej i częściej o nas myślicie... Nie pytajcie: "Jesteś jeszcze w ciąży??", bo co mam powiedzieć?? Nasuwa mi się tylko odszczekujące: "Nie, już usunęłam". I nie liczcie na to, że jak zacznę rodzić to będę do Was dzwonić czy pisać "RODZĘ!", bo nie będę. I Męża mojego też o to nie proście, bo on będzie musiał się mną zajmować, a nie zdawać Wam relacje jak mi idzie.

Jesteśmy gotowi rodzić. Mały przyjdzie w swoim czasie. Módlcie się po prostu za nas, a w końcu dostaniecie wiadomość, że jest już po drugiej stronie brzucha.

Minęła fala upałów więc czuję się świetnie. Nogi już nie puchną. Kondycja jest ok. Śpię jak suseł, rzadko wstaję w nocy za potrzebą. Mąż ma urlop i dni mijają spokojnie, beztrosko. Mały się wierci w brzuchu, lubi siedzieć wysoko tuż pod sercem... Cóż by dodać jeszcze... Jak macie pytania, to w komentarzach proszę.

wtorek, 5 czerwca 2012

Szkoła... rodzenia

Kiedy w 26 tygodniu ciąży wylądowałam na badaniach diagnostycznych w szpitalu i widziałam kobiety w dużo bardziej zaawansowanej ciąży - nasłuchałam się trochę o ciąży, porodzie, połogu, pielęgnacji dziecka etc. Byłam przekonana, że z moją wadą wzroku czeka mnie cesarka, nie myślałam wcale o tym co mnie jeszcze czeka w związku z moim błogosławionym stanem. Skupiłam się na obowiązkach zawodowych. Jednak ta doba w szpitalu dała mi do myślenia. Zrodziły się wątpliwości, czy aby na pewno będą mnie ciąć? Moja pani ginekolog jeszcze ani razu nie zapytała o mój wzrok, chociaż zawsze chodzę w okularach. Może na to za wcześnie, a może to mit, że z dużą wadą wzroku nie można rodzić naturalnie? A może moja duża wada wzroku nie jest wcale duża?
Musiałam zapisać się do szkoły rodzenia. Od razu wiedziałam, którą wybiorę, bo jak się ma w rodzinie doświadczoną położną to trzeba najpierw porozmawiać z nią.

Na początek się dowiedziałam, że kobiety z jeszcze większą wadą wzroku niż moja rodziły naturalnie bez żadnych problemów i powikłań. Więc nie jestem z góry skazana na cesarkę. Później ustaliłyśmy termin spotkania.

Spotkań było w sumie pięć. O czym? O tym co może nas w ciąży spotkać i jak na daną sytuację reagować. Czasem wystarczy telefon do ginekologa, ale często mimo najdokładniejszego opisu sytuacji żaden doktor przez telefon nam nie pomoże. Dwa spotkania dotyczyły samego porodu, jak on przebiega, czego się spodziewać. Była także mowa o tym jak pielęgnować nowego członka rodziny, kiedy już będzie po drugiej stronie brzuszka oraz jak przetrwać połóg.

Co było dla mnie ważne?
Atmosfera tych pięciu spotkań. Przede wszystkim prowadząca zajęcia - Zdzisia nie wykładała nam książkowych teorii jak profesor na uniwersytecie, ale mówiła o konkretach i popierała je przykładami z własnego 20-letniego doświadczenia. Jako położna - dzieli się tą wiedzą, która ma nam pomóc urodzić dziecko, pielęgnować je i zadbać o siebie w połogu. Jako położna środowiskowa i  matka dwóch synów podpowiada jak wychowywać dziecko, na co zwracać uwagę, czego się nie bać, czego się spodziewać i jak reagować.

Tatusiowie też sporo wynieśli z tych lekcji. Nasłuchali się o tym czego mogą się spodziewać i jak powinni reagować. Przecież oni też się boją.
Wspólnie ćwiczyliśmy na piłkach i materacach.

Po tych lekcjach u Zdzisi jestem mądrzejsza, moje wątpliwości zostały rozwiane, na pytania usłyszałam odpowiedzi i posłuchałam jak inni sobie radzili lub nie radzili z ciążą i dzieckiem. Wiem od strony technicznej czego spodziewać się w szpitalu i wiem jakie emocje mogą mi towarzyszyć, na co się nastawiać, do czego dążyć.

Z czystym sercem polecam tą Szkołę Rodzenia.
Tutaj możesz poznać troszkę Zdzisię


Zdzisława Krzykała
tel. 507 541 191
krzykala@op.pl
ul. Pszczyńska 104
43-175 Wyry
(koło Mikołowa, woj. śląskie)




piątek, 20 kwietnia 2012

Warsztat Pana Boga

W warsztacie Pana Boga nie wszystkie narzędzia są doskonałej jakości, jednak Pan Bóg jako idealny Stwórca radzi sobie z tym co ma. Dowodem na to jest sam człowiek. Od wielu tysięcy lat kulę ziemską zamieszkują ludzie. Przystosowani jesteśmy do różnych warunków jakie nam daje ziemia i klimat. Rodzimy się, dojrzewamy, starzejemy i umieramy.

Sami żyjemy coraz szybciej, przez wieki udoskonalamy nasze narzędzia, poszerzamy zainteresowania, podróżujemy. Rozwijamy się. Nauka pozwala nam wyjaśnić coraz więcej różnych zjawisk i pomaga poznać genezę różnych rzeczy. Potrafimy bez problemu rozróżnić dzieła natury od dzieł człowieka. Często, gdy człowiek  coś wymyśli, zaprojektuje, wykona - stworzy, zastrzega sobie prawa autorskie. Pan Bóg musiałaby na każdej istniejącej rzeczy stawiać swoje logo. Przecież bez Bożego błogosławieństwa człowiek by koła nie wymyślił i nie wykonał... Bez Bożego błogosławieństwa, Jego natchnienia i pomocy, nie mielibyśmy dzisiaj np. Internetu. 

Pan Bóg nie zamknął swojego warsztatu w Księdze Rodzaju po szóstym dniu. Fakt, siódmego dnia odpoczywał, jednak gdy nadszedł dzień ósmy, Bóg odlicza od początku - dzień pierwszy, zróbmy człowiekowi koło, aby mógł szybciej się poruszać i żeby mu ułatwić pracę. Dzień piąty, roku któregośtam, zróbmy człowiekowi Internet, aby mógł się komunikować z innymi, przekazywać swoje myśli, wartości... 

W Bożym warsztacie jest takie szczególne miejsce, w którym Bóg tworzy Nowe Życie. Przecież wciąż na świecie poczynają się nowi ludzie. Przez tysiąclecia, w zależności od warunków rodziło się mniej lub więcej dzieci. Część umierała szybko, część żyła długie lata. W tej części Bożego warsztatu praca ciągle wre. Można wygooglować ilu ludzi chodzi teraz po Ziemi, ilu żyło ileś lat temu... Już za czasów Maryi i Józefa robiono spis ludności w Betlejem. A wielu ludzi przecież nie miało nawet szansy odetchnąć powietrzem, bo zginęli zanim wykształciły im się płucka. Nieraz było to z winy innych ludzi, którzy odbierali Bogu prawa autorskie do tworzenia Życia. Ale było nie raz też tak, że Pan Bóg celowo nie tworzył człowieka "do końca". Jakby zaczął, a nie skończył. Dlaczego tak? Zapytamy Go jak przyjdzie na to czas. Sama jestem ciekawa, po co Bogu mój Kotomi* w niebie i dlaczego nie dał mi się nim nacieszyć... 

Nowe Życie to dla mnie jeden z największych cudów. Szczególnie teraz, kiedy już od ponad pół roku siedzę sobie w tej części Bożego warsztatu, gdzie powstaje Człowiek. To jest piękna i trudna lekcja o tym, jak działa Pan Bóg. Często chcemy od Boga natychmiastowego działania, jakiegoś pioruna z nieba, jakiegoś widocznego znaku Jego obecności... Pstryk i gotowe. Tak "szybko" działa szatan. Pan Bóg działa bez pośpiechu. I Pan Bóg jest z nami bez przerwy. Nawet wtedy, gdy zabierał nam Dziecko - był nie tylko po to, by zabrać i odejść, ale był po to, by nas wspierać i podnosić na duchu. Bóg nie opuszcza swojego stworzenia. To szatan ma w zwyczaju znikać jak już mu nie jesteśmy potrzebni, albo jak robimy się zbyt dobrzy. 

Jeszcze jedna refleksja, na koniec. Moja babcia urodziła czwórkę dzieci, teraz ma ośmioro wnucząt. Ona nie była ani razu u ginekologa. Nie wiedziała co to kwas foliowy, jakieś witaminy, kremy na rozstępy etc. Aż do samego porodu nie wiedziała czy ma synka czy córeczkę. Do ostatnich godzin przed porodem pracowała w polu... W wielkanocny poniedziałek świętowaliśmy 56 lat po ślubie babci i dziadka. 

Panem życia jest Bóg. Nie człowiek.

______________________
* Kotomi - imię naszego Dziecka, które odeszło od nas w 9 tygodniu ciąży.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

O pewnej reklamie

Przeglądałam właśnie ulubione strony i ciekawe filmiki. Po obejrzeniu jednego filmiku na czarnym tle youtube pojawiła się reklama, która sprawiła, że poczułam się troszkę nieswojo... Na długim wąskim pasku widać najpierw zdjęcie dziecka, które leży w jakimś specjalnym łóżeczku, jakby szpitalnym, a zaraz za zdjęciem jest tekst: "Dowiedz się, jak im zapobiegać." 

Pierwsze co przychodzi na myśl - jest to reklama antykoncepcji. Dosyć dosadna zresztą. Bo odniosłam wrażenie, że dla jej autora życie to jest coś o czym decydują tylko ludzie. Stawia on przecież pytanie: "Jak im zapobiegać?" To "im" jest określone tylko przez zdjęcie noworodka, więc nasuwa się pytanie - jak zapobiegać dzieciom? Co zrobić, żeby nie nie było dziecka? I czegóż innego można się spodziewać po kliknięciu w "Sprawdź", jak nie reklamy środków antykoncepcyjnych? Zniesmaczona, bo jestem przeciwna antykoncepcji, kliknęłam, aby utwierdzić się w przekonaniu, że ta reklama jest okropna. Oto co zobaczyłam:
I zdębiałam... Chyba ja mam jakieś dziwne pojęcie reklamy. Bo zawsze sądziłam, że reklama ma zachęcać i zapowiadać produkt/usługę. 

Tu jestem zbulwersowana samą formą - pokazać dziecko i pytać jak go uniknąć, a w odpowiedzi pisać na całkiem inny temat. 
To tak, jakby ktoś bez grosza przy duszy i dachu nad głową prosił o bułkę, a dostałby bilet autobusowy... 
No ale ja, to ja... i różne dziwne, czasem normalne rzeczy mnie "bolą"...

niedziela, 18 grudnia 2011

Nadchodzi! Jest coraz bliżej! Szykuj się!

Coraz bliżej święta. 
Coraz mniej czasu na sprzątanie, zakupy... 
Coraz mniej czasu na przygotowanie serca!
W tym roku święta spędzamy w domu, 
to do nas przyjadą Goście. 
Jest więc tyle do zrobienia, 
aby w te dni wszystko było dopięte na ostatni guzik. 

Trzeba przygotować dom dla Gości.
Trzeba przygotować serce dla Nowego Mieszkańca. 
Bo przecież Chrystus musi mieszkać z nami! 
Nie ma innej opcji :) 
A jest już coraz bliżej.
Czas nagli!

Jak się sprząta i robi zakupy, tego nikomu mówić nie będę. Każdy ma swoje nawyki i przyzwyczajenia. Powiem tylko, co można zrobić w tym ostatnim tygodniu adwentu, aby lepiej się przygotować na Boże Narodzenie. 
Już teraz zrób rachunek sumienia z adwentowych postanowień. Były w ogóle? Jak wychodzi ich realizacja? Może trzeba się jeszcze bardziej wysilić? A jak tam Msza Święta? Jeszcze jest okazja by na nią pójść. A jak już będziesz w kościele to skup się na tym, co tam się dzieje. Rozważ każde słowo księdza i głośno mu odpowiedz. Usłyszysz wtedy siebie samego i będziesz mógł lepiej zrozumieć Eucharystię. 
A lektura Pisma Świętego? Jeśli nie masz czasu na otwarcie świętej księgi to może warto zapisać się na http://www.lcwords.com/ ? Będziesz wtedy odstawać codziennie maila z cytatem do rozważenia. 
Różaniec. Wiem, to nie październik, a różaniec jest długi i nudny... I co on w ogóle ma wspólnego z Bożym Narodzeniem? Jeśli zaczniesz rozważać różaniec, a nie klepać, to całą modlitwę bez problemów odmówisz w ciągu 20 minut. W dodatku, jeśli nie masz, w ciągu dnia 20 minut, to rozważanie tajemnic różańca pomoże Ci podzielić modlitwę na kawałki i będziesz mógł odmawiać ją z przerwami. Np. dziesiątka w drodze do pracy, druga dziesiątka podczas przerwy, bo przecież czasem trzeba se dychnąć :) Potem trzecia dziesiątka podczas powrotu... i tak zostaje już niewiele do odmówienia. Na zachętę dodam, że są tacy zapaleńcy, którzy w ciągu dnia odmawiają różaniec 4 razy - aby każdego dnia rozważyć wszystkie 4 tajemnice ;) Ach, jak pomocne są konkretne intencje... one najbardziej mobilizują do modlitwy. Jeśli nie wiesz, o co i za kogo się modlić (chociaż jak się zastanowisz to znajdziesz masę spraw, które możesz powierzyć Bogu...) to zajrzyj tu: Intencje modlitewne na grudzień 2011 

Wysil się. 
Bliskie jest Królestwo Boże! 
Nie lękaj się, tylko bierz za siebie :) 
Nawracaj się i wierz w Ewangelię.  

piątek, 9 grudnia 2011

Wykopalisko

Zdarza mi się czasami wspominać różne dawne dzieje. I tak też dziś, trochę z nudów, trochę z ciekawości wyszperałam w necie mój dawny ukochany boysband - Backstreet Boys`ów. Ciekawa czy jeszcze w ogóle istnieją znalazłam ich stronkę, z której wynika że z pięciu zostało ich czterech. Znalazłam też coś, co mnie w pewien sposób przeraziło. Chodzi mi o ich koncertowe show z 1999r:

http://www.youtube.com/watch?v=JGxJ7xbZqh4

Na początku zawiało nudą. Łażą wokół sceny jak jakieś roboty, Kevin czasem kiwa głową, jakby chciał dać znać pozostałym, że ruszają dalej - tylko pozostali patrzą w tą samą stronę co Kev, więc nie wiem po co to... Druga rzecz - ich stroje... dresy na nogach a nad nimi jakieś kosmiczne napierśniki. Rozbawiło mnie to. Jednak to co widać w okolicy czasu 3:22 sprawiło, że moja opinia o grupie i o całej takiej popowej inicjatywie przeszła swoje trzęsienie ziemi. Ten fragment koncertu otworzył mi oczy. Mając te kilkanaście lat i zachwycając się piątką mniej lub bardziej przystojnych kolesi z Florydy, pewnie bym nie uwierzyła, że mają cokolwiek wspólnego z... szatanem. A na tym filmiku widnieje jak podpis - czerwono na czarnym kształt pentagramu. Może ktoś uznać, że się czepiam i szukam dziury w całym. Proszę jednak zauważyć, że jedynym źródłem wiedzy o tego typu zespołach, dla kogoś kto wychowywał się bez kablówki, porządnej satelity, nie wspominając o internecie... były gazety: bravo i popcorn. Czyli czasopisma, które zakłamują obraz prawdziwej miłości i promują jej imitację.
Ja dziękuję bardzo za taką miłość, która trwa przez tydzień, a ograbia nas z dziewictwa, zaufania do drugiej osoby i jeszcze wprowadza nieopisany lęk przed przedwczesną, niechcianą ciążą i uczy drastycznej w skutkach antykoncepcji.
Dzięki Bogu to czego się naczytałam za "dziecka" z tych gazet potrafiłam odpowiednio ocenić i nie poszłam za ich głosem. Teraz żyję z Chrystusem szczęśliwa i spokojna o przyszłość. I mówię szatanowi: Nie! Nie masz prawa do mego serca! Zajęte jest przez autentyczną Miłość. 

czwartek, 3 listopada 2011

Jabłko

- Mamo... kupisz mi jabłko? - Zapytała mała Gabrysia.
- Przejdź się do babci, u niej jest ich dużo, bo jabłonki obrodziły w tym roku. - Powiedziała mama. Babcia mieszkała po sąsiedzku i Gabrysia mogła do niej sama chodzić.
- Mamo, ale wiesz, że te jabłka od babci są takie brzydkie, robaczywe! Ja chcę takie ładne jabłko za sklepu! Słodziutkie, a nie kwaskowate! - Zaczęła się dąsać dziewczynka. Wtedy do rozmowy włączył się tata.
- Skarbie, to, że jabłko jest robaczywe, oznacza, że to jabłko jest zdrowe, nie pryskane środkami chemicznymi. Urosło tylko i wyłącznie z Bożą pomocą. Tak jak kiedyś w raju. Panu Bogu nie były potrzebne piękne jabłka, ale zdrowe owoce. - odpowiedział córce.
- No dobrze, rozumiem. Faktycznie, robaki byle czego nie jedzą. Ale jabłka babci są kwaśne i twarde, a Małgosia przyniosła do przedszkola ostatnio takie miękkie, słodkie jabłka, dla wszystkich. Ja też chcę takie pyszne!
- Przynieś, córciu kilka tych twardych jabłek, a ja już coś wymyślę. - powiedziała z szerokim uśmiechem mama. Gdy Gabrysia wróciła miała dwie siatki - w jednej jabłka a w drugiej marchewki. Dała siatki mamie i pobiegła do taty. Mama zrobiła sałatkę z marchewki i jabłka, doprawiła całość szczyptą cukru i cała rodzinka zajadała te pyszności. Mała Gabrysia z pustą miseczką podbiegła do mamy.
- Mogę prosić o dokładkę? Teraz już wiem, po co Pan Bóg stworzył tyle różnych jabłek! Jabłka Małgosi nie pasowałyby do tej sałatki, bo była by za słodka!

poniedziałek, 24 października 2011

Gdzie kończy się rozum - zaczyna się wiara

Już któryś raz próbuję coś tu napisać sensownego, mądrego... Tyle myśli kłębi mi się w głowie, że trudno je pozbierać i poukładać w post... Ale dzielnym trzeba być :)

Przeczytałam ostatnio kilka mądrych książeczek. Jeżdżę teraz dużo autobusami, więc mam na to czas. A że książeczki są branżowe, to też o takich sprawach piszę.

Eucharystia
oznacza dziękczynienie. 
Eucharystią nazywamy także 
Mszę świętą, 
Hostię - Komunię świętą. 

Msza święta to jedno wielkie misterium, czyli tajemnica.
[nudny wstęp:] Przychodzimy do kościoła co niedzielę, odbębnić godzinkę, dla świętego spokoju sumienia i dla nie dawania nikomu powodów do plotek. Żyjemy w końcu w chrześcijańskim państwie i nie pójście na mszę odbiło by się echem... Chociaż są i tacy, którzy afiszują się tym, że nie chodzą do kościoła i mają tysiąc jeden argumentów na swoją obronę. Na wszystko, my Polacy, znajdziemy wymówkę i rozwiązanie. Msza święta jest tajemnicą sama w sobie, ale czy my sami nie powiększamy jej tajemniczości? Wbiegamy do świątyni razem z dzwonkami, jeśli nie razem z księdzem... Stajemy tak, aby ksiądz nas nie widział z ambony. Burczymy pod nosem odpowiedzi wykute na pamięć kiedyśtam, w dzieciństwie. Kiedy możemy sobie wygodnie usiąść, nareszcie jest czas na obmyślenie wszystkich nurtujących spraw z całego tygodnia. Taka godzinka wspomnień, co się działo, i refleksji, co by tu zrobić. A jak kazanie jest o polityce to można posłuchać, żeby się pobulwersować. Cieszymy się, że jakaś babcia z przodu zawsze pierwsza pokazuje kiedy trzeba wstać z siedzącej pozycji. O, ludzie idą na ofiarę - trochę świeżego powietrza dostaje się między ławki. Potem chwilę postać, czasem coś odburknąć i znowu poruszenie - dwa razy klęknąć i znowu spacerki (jeśli nie przepychanki) do Komunii. A ogłoszenia to już nie ważne, poczytamy w necie co nas obchodzi, więc już trzeba wyjść autko odpalić, żeby szybko wyjechać z parkingu.
A można by do tego podejść inaczej. [konkret:] Przyjdź na Mszę 15 minut przed rozpoczęciem. Usiądź blisko ołtarza, abyś dobrze widział co tam ksiądz robi i aby inni ludzie Ci nie przeszkadzali. Wyobraź sobie, że jest tam przy ołtarzu Pan - Jezus Chrystus, ten który umarł jakieś dwa tysiące lat temu i trzy dni później zmartwychwstał. Nawet jeśli nie wierzysz to wyobraźnię masz na tyle bujną, że dasz radę! Wypowiedz w sercu intencję - powiedz Bogu, czego chcesz. Następnie zastanów się co Ci nie wyszło ostatnio, w czym zawaliłeś i po prostu przeproś za to, że bardzo zgrzeszyłeś myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Przyznaj się otwarcie, że to Twoja wina - niestety czasem nawalamy. Tutaj przypomina mi się chrzest Jezusa w Jordanie. Jezus nie potrzebował wcale chrztu. Ale chciał być taki jak każdy Izraelita, normalny facet w tamtych czasach, który wierzył w Jednego Boga miał być ochrzczony, na znak zerwania z grzechem i przyjaźni z Bogiem. Tak samo Jezus, chociaż nigdy nie zgrzeszył - chciał pokazać, że nigdy nie zgrzeszy i jest wierny Ojcu. Jak będziesz śpiewał Chwała na wysokości Bogu to spróbuj zrozumieć każde słowo, abyś wiedział co śpiewasz. Wsłuchaj się w czytania, nie skupiaj się, na tym, że kantor fałszuje śpiewając psalm, ale posłuchaj tego dialogu w którym śpiewasz refren... Czytania to ten czas kiedy Jezus chodzi po Jerozolimie i Judei i naucza w synagogach i nad jeziorem... Posłuchaj też kazania. Poznaj zdanie księdza i jeśli się z nim nie zgadzasz - idź po mszy do niego i porozmawiaj z nim kulturalnie. To jest człowiek, którego Bóg wybrał, aby głosił Dobra Nowinę ludziom. Podejdź do niego wielkodusznie, a nie z pretensjami. A na mszy, po kazaniu - wyznaj wiarę. Jeśli nie wierzysz to wyrecytuj regułkę i zastanów się nad jej słowami. Następnie będzie modlitwa wiernych - czas, kiedy masz okazję sam osobiście o coś Boga prosić. Tylko się dobrze zastanów o co prosić. I nie bój się prosić - Bóg Twoją modlitwę usłyszy. Dalej, gdy ludzie siadają w ławkach a ministranci krzątają się przy księdzu pod ołtarzem, Twój Anioł Stróż zanosi przed oblicze Boga to wszystko z czym przyszedłeś na Mszę. Jak nic nie przynosisz, to jego dłonie są puste i cały się przed Bogiem rumieni ze wstydu. Nie rób obciachu swojemu stróżowi - daj Bogu cokolwiek - choćby podziękowanie za ten tydzień, który minął bez większych problemów. Dalszą część uważa się za nudną, bo to taki monolog księdza. Czasem trzeba się odezwać, przyklęknąć; ale na każdej mszy to samo, te same modlitwy, te same odpowiedzi - nuda i monotonia. Pamiętaj, że swoje problemy zostawiłeś przed drzwiami kościoła i teraz słuchasz uważnie tego księdzowego monologu. Musisz przecież wiedzieć o co on się modli w Twoim imieniu... Przeistoczenie. To taka droga krzyżowa - ofiara Jezusa za nasze grzechy. Jak kapłan podnosi Chleb - Ciało i Wino - Krew to patrzysz na Ukrzyżowanego konającego Boga. Przy słowach Oto Baranek Boży, który zgładził grzechy świata - widzisz zmartwychwstałego! Komunia. Kiedy byłeś ostatnio u spowiedzi? Możesz zjeść opłatek? Jeśli możesz, to ustaw się ładnie w kolejce, przyklęknij przed BOGIEM, który daje Ci się cały - tak się poniża, aby Cie uświęcić! Przyjmując Komunię - Zamykasz w swoim sercu tego, który stworzył ten świat i nad nim panuje. Jeśli nie możesz, bo trwasz w ciężkim grzechu (tzn. świadomym i dobrowolnym) to, żeby mi to był ostatni raz! Daruj sobie przychodzenie na mszę, jeśli nie jesteś otwarty na Chrystusa. Bo to nie ma sensu. To jak przychodzenie na wykłady jako wolny student. Przychodzisz, wiesz co się dzieje, ale nic z tego nie masz na przyszłość. Jezus nikogo nie wyrzuca z Kościoła, Jeszcze. Po Komunii jest uwielbienie. Oj, jak trudno wytłumaczyć co to jest to uwielbienie... Bo organista gra jedną pieśń i od razu przechodzimy do krótkiej modlitwy i ogłoszeń, na których robi się szum, bo niektórzy już wychodzą... Uwielbienie to nic innego jak wyrażenie swojej ogromnej radości, że mamy w sercu Boga! Że On żyje w nas! Że Bóg jest Miłością, której każdy człowiek tak łapczywie i zachłannie pragnie! To Bóg! To ta Miłość upragniona! Już nie na wyciągnięcie ręki, ale w samym sercu! Gdy to sobie uświadomisz - nie sposób nie uwielbiać. Wsłuchaj się w tą krótką modlitwę po Komunii. Posłuchaj ogłoszeń i poczekaj na błogosławieństwo i rozesłanie. Pragnij błogosławieństwa. Błogosławieństwo jest jak odbiór dyplomu zdobytego na studiach. Można obronić magisterkę, cieszyć się tytułem, ale bez papierka niewiele możemy zrobić. Potrzebujemy błogosławieństwa Bożego. Takiego zastrzyku szczęścia z esencji Miłości.

Hostia - Ciało Chrystusa. Wierzymy, że chleb przeistoczony w Ciało Chrystusa na Mszy nie zmienia już swojej istoty. Dlatego konsekrowane Hostie zamyka się w metalowych domkach - tabernakulum. Można rozdać konsekrowany Chleb na kolejnej Mszy, lub zanieść chorym. Można też opłatek umieścić w monstrancji i adorować Jezusa. Kiedyś w pewnym kościele skradziono kilkanaście hostii. Złodziej jednak oddał opłatki. nie było wiadomo, czy te konkretne Hostie są konsekrowane, czy nie. Zamknięto je z niekonsekrowanymi opłatkami w wilgotnej, ciemnej piwniczce kościoła. Zapieczętowano drzwi i po pewnym czasie komisyjnie zerknięto do środka. Hostie niekonsekrowane były całe spleśniałe. Hostie zwrócone - były białe, świeże, jakby dopiero wypieczone. Można je adorować do dziś.

Dziękczynienie. Ta, ciągle trwająca, liturgia, to umieranie i zmartwychwstawanie na każdej Mszy to jest dla nas okazja do życia z Jezusem, tak, jak żyli apostołowie i uczniowie Jezusa te dwa tysiące lat temu. Każda Msza ma nas uświęcać. Chociaż każda ma taki sam przebieg techniczny to my na każdej mszy jesteśmy inni. Mamy inne troski i problemy. Każdego dnia potrzebujemy Bożej łaski. Jezus dziękuje Ojcu, za nas, dziękuje nam, że jesteśmy z Nim, że chcemy współpracować z łaską. My uczestnicząc w pełni we Mszy dziękujemy Trojjedynemu Bogu, za całe dobro, którym nas obdarza.

Eucharystia to jedna wielka tajemnica, którą trzeba jak najczęściej rozgryzać i odkrywać na nowo. Dlaczego trzeba? Bo ona jest odpowiedzią na nasze wszystkie rozterki, pytania, trudności, potrzeby. 

niedziela, 11 września 2011

Miłość od pierwszego spojrzenia :)


Next level

Gdy ileś lat temu siedziałam w szkolnej ławce czasami zastanawiałam się, jak to jest z drugiej strony biurka. Mam za sobą dwie praktyki pedagogiczne, dwa miesiące samodzielnej pracy na zastępstwie, a teraz wypłynęłam na głębię - uczę religii w podstawówce na pełny etat. Odkrywam więc ten świat "z drugiej strony biurka".
Uczę dzieci w klasach od I do V. Treści, które mam im przekazać, dla mnie są bardzo proste, oczywiste. Tematy związane są z Eucharystią i Pismem Świętym. Dzieci często dzielą się doświadczeniami z życia, a następnie dowiadują się o prawdach wiary.
Przykład:
Temat: Jezus zaprasza na Mszę Świętą.
Sytuacja autentyczna z mojej lekcji:
[K]atecheta: Czy ktoś cię zaprosił gdzieś na wakacje?
[U]czeń1: Tak, babcia zaprosiła mnie na tydzień.
[K] Czy ty kogoś zaprosiłeś?
[U1] Tak, Zuzię, ale nie przyszła! - i wskazuje na koleżankę siedzącą obok. Obie dziewczynki bardzo smutne...
[U2] Bo nie mogłam! - od razu się broni.

Tu jest element doświadczenia życiowego - zawód Ani, że Zuzia nie przyszła i wielki smutek i żal Zuzi, bo nie mogła wtedy pójść. To nie ze swojej winy nie przyszła.
I gdzie tu prawdy wiary?
Jezus daje nam zaproszenie na coniedzielną Mszę Świętą. Bardzo się cieszy, gdy w niej uczestniczymy. I jest mu bardzo przykro, jak Ani, kiedy kogoś z nas zabraknie w kościółku. Natomiast, my ludzie wierzący jeśli nie będziemy mogli pójść na Mszę Świętą - będziemy czuć się jak Zuzia - smutni.
W tym momencie dzieci podały piękne świadectwo - w jedną niedzielę miały zaplanowane zawody sportowe i nie wiedziały, ile one będą trwać; nie szło określić, czy zdążą na wieczorną Mszę Świętą. Dlatego dzieci wstały wcześnie rano i poszły na pierwszą Eucharystię. Właśnie wtedy Jezus cieszy się tym bardziej.

Dopiero początek września. Jeszcze wiele przede mną. To wielka łaska od Pana Boga, że mogę pracować z dziećmi, przypominać sobie podstawowe, dziecinnie proste prawdy wiary i próbować oczami dziecka spojrzeć na świat. Przede mną jedne wielkie rekolekcje.
Chwała Panu!

piątek, 19 sierpnia 2011

Przepisy... ruchu drogowego jednakowe dla każdego.

Gdy byłam mała tata zrobił prawo jazdy i kupił samochód. Jeździliśmy dużo i często. Oprócz tych tras po mieście w celu załatwienia różnych spraw i zrobienia zakupów jeździliśmy także do babci na wieś oddaloną o 300km. Podczas podróży tata zawsze zwracał nam uwagę na znaki drogowe i tłumaczył przepisy: kto kiedy ma pierwszeństwo, jaki znak co oznacza, czego się spodziewać, co można, czego nie... 
Mam prawo jazdy kat. B. 
Lubię jeździć na rowerze. Egzamin na kartę rowerową zdałam bezbłędnie.
Na szczęście Tychy mają sieć ścieżek rowerowych :)

Jako, że teraz nie mam samochodu, ani roweru - poruszam się po mieście autobusem lub pieszo. Do pracy chodzę z kijkami marszem nordyckim.
Od małego uczono mnie, że na przejściu dla pieszych pierwszeństwo ma pieszy. Zresztą kierowca ma obowiązek zawsze ustąpić na drodze czemukolwiek. Zawsze musi być przygotowany na to, że pod koła wyskoczy mu pies, czy wybiegnie dziecko... Trzeba jechać z prędkością... bezpieczną. Lubię to określenie, chociaż ma ono tyle znaczeń, ile tylko ludzi spróbuje je wyjaśnić...

Wracając wczoraj pieszo z pracy zatrzymałam się przy przejściu dla pieszych. Akcja działa się na rondzie. Kierowca jadący swoim pasem, zjeżdżający na prawo zatrzymał się, aby mnie przepuścić. Mając przed sobą wysepkę przed pasem dla samochodów zjeżdżających z ronda idę, skoro mnie przepuszczają. Przystając na wysepce widzę, że kierowca, który chce zjechać właśnie z ronda zatrzymuje się i gestem ręki mnie przepuszcza. Więc idę, bo jeśli nie przejdę to całe rondo będzie stać. Przede mną trochę szersza wysepka rozdzielająca pasy o przeciwnych ruchach jazdy. W daleka coraz wolniejszym tempem podjeżdża samochód, więc pewna, że zdążę przejść zanim kierowca podjedzie wchodzę na przejście. Zostałam obtrąbiona i zwyzywana od gówniarzy. Żałuję tylko, że nie zatrzymałam się mu wtedy przed maską i nie pokazałam palcem znaku "przejście dla pieszych". Następnym razem spiszę rejestrację i zadzwonię na komendę, zapytać jakim prawem na mnie trąbią i mnie wyzywają, gdy przechodzę normalnie przez przejście dla pieszych. Rozumiałabym gdybym pakowała się pod koła pojazdu uprzywilejowanego, ale ten nijak takiego nie przypominał.

Niby pierdoła, ale złość na samą myśl o tym jeszcze we mnie siedzi...