piątek, 13 listopada 2015

Zachcianka pt. Babka cytrynowa - przepis

Już minął termin porodu, a Ala ciągle się nigdzie nie wybiera... Naszła mnie ochota na babkę cytrynową, ale z tymi babkami to ciężko o dobry przepis. Dodatkowo jeszcze każdy ma trochę inny smak i upodobania... Więc jak jedni się zachwycają jakimś przepisem to jeszcze nie znaczy, że ja też będę. Przejrzałam przepisy w necie. Nie mogłam się zdecydować na żaden... Dlatego zrobiłam babkę cytrynową "na oko" :D Wyszła średnio słodka i wilgotna, tak jak chciałam. Lukier ją dosłodził i jest dla mnie idealna.

Składniki:
1 szklanka cukru
1/2 kostki miękkiego masła
2 jajka
sok z 1 dużej cytryny
1/2 małego opakowania kefiru
szczypta soli
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 szklanki mąki

Lukier: sok z cytryny i cukier puder.

Wszystko ucierałam kulą w kolejności takiej jak lista składników. Utartą na gładką masę babkę przełożyłam do keksówki wyłożonej papierem i piekłam przez godzinę w 180 stopniach C bez
termoobiegu. Po 20 minutach pieczenia nacięłam ją z wierzchu :)


sobota, 31 października 2015

O Słoniku, który słuchał swojej mamy

Pewnego popołudnia Słonik obserwował swoich kolegów i koleżanki jak bawili się w ogromnej kałuży powstałej podczas ostatniej ulewy.
- Mamo, mogę się bawić z innymi? Też chciałbym się chlapać wodą i brudzić trawą i gliną.
- Tutaj możesz się bawić. - Odparła mama, ale też dodała:
- Pamiętaj jednak, że nie każde miejsce jest dobre do takiej kąpieli.
- To gdzie nie można się tak kąpać?
- Są takie wody zatrute, które powodują, że każdy, kto się w nich kąpie może później ciężko chorować. Należy je omijać z daleka, aby się nie narażać na niebezpieczeństwo. Jutro będziemy przechodzić obok takich wód więc pokarzę ci jak je rozpoznać. A teraz biegnij się bawić.
Słonik zaciekawiony opowieścią mamy chciał jeszcze o coś zapytać, ale nogi już pobiegły w stronę orzeźwiającej wody. Następnego dnia słonie wędrowały w poszukiwaniu pożywienia przez lasy i łąki. Nagle mama Słonika zatrzymała się i pokazała Słonikowi ogromne jezioro, którego woda miała dziwny kolor i niezbyt przyjemny zapach.
- To są wody zatrute, takich unikaj. - powiedziała zatroskana mama.
- Mamo, skoro te wody są zatrute to dlaczego tamte zwierzęta się w nich kąpią i piją tą wodę?
- Niektóre zwierzęta czują przyjemność z takich kąpieli i nie zważają na to, że później mogą chorować. Inne lubią mieć nietypową skórę lub sierść i specjalnie tutaj przychodzą, aby później w wyniku choroby mieć krosty i przebarwienia na ciele. Wyglądają później okropnie chociaż wydaje im się, że to jest modne i dobre. Inni przychodzą tu tylko raz w roku, tak po prostu dla zabawy. Wmawiają sobie, że tu im nic nie grozi, że to przecież tylko taka niewinna zabawa, która nie różni się od zabawy w czystej wodzie. Przecież fajnie to wygląda jak jest się tak oblepionym mazią... i śmierdzą przecież wszyscy znajomi więc po co się wyróżniać i odstawać od innych jak można się z nimi świetnie bawić... w truciźnie, której nie potrafią nazwać po imieniu - "Trucizna".
- Mamo, chyba ich rozumiem, bo wczoraj też bardzo chciałem się kąpać z innymi.
- Ja też ich rozumiem. Jest mi ich jednak żal, bo skutki chorób jakie powoduje ta zatruta woda mogą być przeróżne, ale zawsze są złe. Nieważne czy ktoś wchodzi w to jezioro po to, aby się oszpecić, czy ktoś tam wchodzi, żeby się pobawić. Niektóre zwierzęta uważają, że jeśli nie wierzą w zatrucie wody to ona im ze zrobi krzywdy - nie rozchorują się wtedy. I to jest najbardziej niebezpieczne podejście. To, że wielu się kąpało i nie zachorowało nie znaczy, że nie zachorują za jakiś czas.
- Więc od kąpieli w zatrutej wodzie można mieć bąble na ciele?
- Tak, ale nie tylko. Zdarza się bardzo często, że na ciele nie widać żadnych oznak choroby, ale wykąpany w zatrutej wodzie staje się chory w środku. Zanieczyszczenia z tej wody przenikają do ciała i zostają w nim. Bardzo ciężko jest się ich pozbyć. Spójrz na tamte zwierzęta. One tylko przesiadują już w tej wodzie. Nie bawią się, są nieszczęśliwe. Siedzenie w tej truciźnie jest ich sposobem ukojenia choroby. Nie zdają sobie już sprawy z tego, że są tak ciężko chorzy.
- Czyli wystarczy raz wejść do takiej wody, żeby potem chorować jak oni?
- Dla niektórych, silnych zwierząt jednorazowa kąpiel nie będzie szkodliwa. Może nawet stwierdzą, że pomimo kąpieli są całkowicie zdrowi i za rok przyjdą znowu się wykąpać. nie zmienia to jednak faktu, że brali kąpiel w zatrutej wodzie i choroba może się ujawnić za kilka lub kilkanaście lat.
- No tak. Skoro woda jest zatruta to nie ważne w co się wierzy i jak się do niej podchodzi. Naraża się na zatrucie każdy.
- Zgadza się. Chodźmy lepiej kawałek dalej - tam jest woda czysta, tak czysta, że nawet na dużej głębokości widać dno jeziora. Ta woda oczyszcza i przynosi orzeźwienie na długo. Dodaje siły, poprawia nastrój, a wiele zwierząt mówiło, że po kąpieli w niej szybko wyzdrowiało.
- Chodźmy.
I poszedł Słonik za mamą do czystej wody omijając zatrutą wodę szerokim łukiem. Po dłuższej chwili dodał jeszcze:
- Mamo, nigdy nie wejdę do zatrutej wody.
- Cieszę się synku. Biegnij teraz do tej krystalicznej wody przed nami, baw się, szalej. Tam będziesz bezpieczny i nabierzesz sił do dalszego życia.

Całej rozmowie przysłuchiwał się Anioł. Zatrzepotał nagle skrzydłami, wzbił się w górę i wykrzyczał:
- Kochani! Wiem już jak przekonam Tomka, że zabawa w Halloween jest zła!

czwartek, 17 września 2015

Reklama

Ja się znowu doczepię reklam :)

Aż nie wiem od czego zacząć...
To od początku.
Rodzi się maluszek - niech pije super-mleko wspomagające rozwój wszystkiego co się da. Oczywiście w reklamach mleka modyfikowanego zaznaczane jest, że najlepsze jest mleko matki, ale po tym tekście producenci prześcigają się, aby zachęcić do kupna ich produktu.
Jak choruje to niech połyka syropy.
Jak ciut starsze dziecko nie chce jeść to podaj mu syrop. Jak nie chce spać to daj mu syrop.
Jak jest sezon przeziębień - daj mu syrop - nawet jeśli samo jest zdrowe a choruje sąsiad.
Jak dziecko jest już starsze to dawaj mu żelki, cukierki i lizaki z witaminami.


Potem są tabletki na piękne włosy, cerę, paznokcie, nawadnianie, odwadnianie, zgagę, trawienie tłuszczów, odchudzanie, uzupełnianie magnezu, pamięć, koncentrację, potencję, grzybicę pochwy / paznokci, hemoroidy i pękające naczynka krwionośne...

Czy jest coś na co jeszcze nie wymyślili cudownych tabletek?

Żyjemy w świecie faszerowania się garściami cudotwórczych "leków".

A przecież...

Dla niemowlaka to nie ma znaczenia, które mleko modyfikowane wybierzesz, bo każdy producent musi przestrzegać ścisłych norm, aby produkt był bezpieczny. Mogą się różnić smakiem i dziecko może źle reagować na daną markę, ale to nie znaczy, że producent ma zwijać manatki.
Nie ma sensu faszerować dziecka litrami syropów na wszystko, jeśli dolega mu jedno. A jeśli już stosujemy dla dziecka leki to róbmy to z głową - zgodnie z zaleceniami sprawdzonego pediatry.
Hartuj dziecko i pozwól mu swoje odchorować, a nie faszeruj go specyfikami, które i tak nie uchronią go przed kaszlem i katarem.
Dla niejadka - rusz głową, a syropy wspomagające apetyt podaj na prawdę w ostateczności.
Zadbaj o zdrową atmosferę w domu - odpowiedni rytuał wieczorny pozwoli dziecku zasypiać o określonej porze i przesypiać całą noc, bez syropów usypiających.
Cukierki, żelki i lizaki witaminowe zastąp owocami i warzywami. Dużo tańsze i o wiele zdrowsze. Nawyk zostanie i nie trzeba będzie łykać kolejnych garści na super włosy, cerę, paznokcie...
Jak będziesz pić codziennie 1,5 l i więcej wody to odwadnianie/nawadnianie nie będzie ci potrzebne. Regularność posiłków zapobiegnie zgadze, mądry dobór tego co na talerzu zapobiegnie przejedzeniu się tłuszczem. Sport to najlepszy lek na odchudzanie. Magnez też bierzemy z normalnej diety i nie wypłukujemy go kawą czy innymi energetykami. Pamięć i koncentrację ćwiczymy rozwiązując zagadki, łamigłówki, krzyżówki, sudoku i ucząc się tekstów na pamięć.
Potencja? Jeśli nie wystarczy miłość i chęć, szczera rozmowa i wspólne rozwiązywanie problemu traktowane jako zabawa i ciekawe doznania nie koniecznie kończące się szczytowaniem to pora na wizytę u dobrego ginekologa. Z grzybicą pochwy też warto się tam udać. Każde schorzenie lepiej pokazać dobremu lekarzowi niż leczyć za pomocą suplementów diety. Nawet - moim zdaniem - lepiej zapłacić za prywatną wizytę i leczyć skutecznie niż bawić się w suplementy, na które też wydamy kupę kasy, a mogą nam więcej zaszkodzić niż pomóc.

Bo wiesz, jak człowiek wydaje krocie, żeby mieć w domu pół apteki to potem ma mniej lub nie ma wcale na inne super oferty reklamowe. A reklama dosięga już każdego ułamka naszego życia... Czasem się nie da kupić produktu, który by nie był reklamowany...
A największym niebezpieczeństwem jest ulec tej pokusie posiadania i zapętlenie się w długi... Tani kredyt tu, tani kredyt tam... tu ekstra pożyczka, a tam gra na loterii bo nie wygrasz jeśli nie grasz... i człowiek już nie ma siebie, bo opakował się z każdej strony w przedmioty za nie swoje pieniądze... Może wnukom uda się te długi spłacić...

Rusz głową :) Nie daj się omamić reklamom. Spójrz na mnichów i pustelników. Są tacy, którym wystarczy pokoik z łóżkiem, stolikiem, krzesłem i wieszakiem na odświętny strój. I żyją sobie spokojnie, długo i szczęśliwie.

poniedziałek, 14 września 2015

Nasz Przedszkolak

Od 1 września Darek chodzi do przedszkola... Wcześniej chodziliśmy na tydzień adaptacyjny podczas, którego  Darek nie był zainteresowany zabawą z innymi dziećmi. Podobało mu się, że jest z mamą lub tatą wśród nowych zabawek. Największym atutem przedszkola jest oczywiście dziecięca toaleta :)
Przez pierwsze dni odbierałam Darka przed leżakowaniem, aby go stopniowo przyzwyczajać i jednocześnie zapewnić, że po niego przyjdę. W poniedziałek nawet był dłużej niż w poprzednie dni, bo ja byłam na zebraniu i odebrał go Ardis.
We wtorek i środę zrobiliśmy małą przymusową przerwę od przedszkola. I to co działo się w czwartek rano to był horror.
Darek nie chce do przedszkola i koniec. On chce iść do kąta. On pozwoli wyrzucić ulubione autka do kosza. (Jakiś czas temu widział jak wyrzucam tory kolejowe, bo już były połamane i nie do użytku więc wie, że to co się wyrzuci do kosza już nie wraca.) On nie pójdzie i koniec.
Ard pracował z domu więc mi pomógł, bo ja bym się chyba poddała... Po którymś ostrzeżeniu w końcu zaczęłam pakować autka do worka na śmieci. Skoro nie chce iść do przedszkola to w domu też się nie będzie miał czym bawić... Groźba nie wystarczyła. Musiał zrobić autkom "papa". Wzięłam worek z zabawkami, klucz z piwnicy i wyszłam z domu. Jak wróciłam to Darek był gotowy do wyjścia. Musieliśmy podjechać autem, bo najpóźniej o 8:45 mamy być w przedszkolu, żeby nie zaburzać programu dnia - o 9:00 jest śniadanie.
Cały dzień odchorowywałam tą poranną batalię. W piątek Ard też był w pogotowiu, aby w razie czego mi pomóc go szykować. Nie było potrzeby - Darek się ogarnął i pomimo ustnych sprzeciwów ładnie poszedł do przedszkola. Dziś także sukces. Porozbierał się tam bez oporów, dał mi buziaka, zrobił "papa" i poszedł do sali.
Co będzie w kolejne dni - czas pokarze.
Wiem, że w przedszkolu mu się żadna krzywda nie dzieje i jego bunt i chęć zostania w domu to tylko oznaka, że mu ze mną w domu dobrze. Tam jest jednym z 25 dzieci. Musi robić to, co mu pani karze. Musi się bawić i dzielić z dziećmi, których jeszcze dobrze nie zna... Nie ma co mu się dziwić. Chodził wcześniej do żłobka, ale tam nie wymagano od niego tyle co w przedszkolu. No i do żłobka przestał chodzić prawie rok temu.


W dzisiejszym wyjściu na pewno też pomógł "plan lekcji" jaki mu przygotowałam na początku września.
Co jakiś czas, ale w miarę codziennie zerkamy na ten plan i omawiamy, jaka jest pora, którego dnia, co było, co będzie. "Prostokąty" to czas, kiedy Darek jest w przedszkolu, a tata jest w pracy.
Rysunek, jak widać robiony na szybko, ale skuteczny :)

wtorek, 21 lipca 2015

Jestem... Kim jestem?

Po głośnych akcjach Fundacji Mamy i Taty odnośnie macierzyństwa takie mi się refleksje nasunęły...
Kim jestem?
Kobietą. Widać to na pierwszy rzut oka po mojej budowie ciała, sposobie poruszania się, ubiorze.
Mężatką. Widać po obrączce.
Osobą wierzącą. Widać po pierścionku-różańcu na palcu, a czasem po szkaplerzu na szyi. (W upalne dni łańcuszek jest niewygodny... Zdarza mi się więc ściągać tą Szatę. Ufam też, że Maryja pomaga każdemu niezależnie od tego czy ktoś nosi Jej medalik na szyi czy nie.)
Jestem mamą. Po czym poznać mamę? Jeśli idę z dzieckiem i ono się tak do mnie zwraca to nikt nie ma wątpliwości. Jeśli przed moim biustem jest ciążowy brzuch to też nikt nie ma wątpliwości, że jestem/będę mamą.

Tak mnie wychowano, że moja hierarchia wartości była silna i konkretna.
1. zapoznać chłopaka
2. polubić go
3. zaprzyjaźnić się -> zakochać się
4. chodzić ze sobą -> spotykać się i poznawać jacy jesteśmy
5. zaręczyć się -> planować dalsze całe życie razem i na tym etapie poznawać się w każdych warunkach z wyjątkiem seksu i mieszkania razem na próbę
6. ślub, zakładanie rodziny.

Poznałam takiego chłopaka, który poparł te moje "wymagania". Wszystko po kolei, zgodnie z "planem". No może z małym wyjątkiem mieszkania razem przed ślubem. To jednak nie była chęć sprawdzenia siebie czy po ślubie wytrzymamy ze sobą 24/dobę. Wiedzieliśmy, że wytrzymamy, i że tego chcemy. To była konieczność ze względów ekonomicznych. I może nie wszyscy mi uwierzą, ale nasz pierwszy raz był po ślubie.
Jesteśmy otwarci na dzieci. Nie dlatego, że potrzebujemy kogoś, kto będzie zarabiał na naszą emeryturę, ale dlatego, że dla nas dziecko to owoc naszej miłości. Mamy synka. Córcia jest w drodze.
Ludzie nam zazdroszczą.
Nie twierdzę, że wszyscy.
Ominęło nas wiele problemów jak np. błędne koło antykoncepcji, aborcji, in vitro. Nasze dzieci są chciane i kochane od momentu kiedy postanowiliśmy być parą i założyć rodzinę.

Moja przyjaciółka ma zupełnie inną hierarchię wartości jeśli chodzi o zakładanie rodziny. Otóż ona wcale nie chce zakładać rodziny. Poznała wielu chłopaków, wiele randek ma za sobą i z każdą kolejną dochodziła do wniosku, że chce być sama. Nie chce mieć męża, bo by ją ograniczał. Nie chce mieć dzieci, bo nie znosi płaczu noworodków, uciapranych* buziek brzdąców, które się uczą jeść łyżeczką itd.
Jest szczęśliwa w gronie swoich przyjaciół, od których zawsze się może odciąć wracając do domu. Ona dzieci mieć nie będzie. Żadna kampania jej nie namówi. I zapewniam, że habitu zakonnego też nie założy. Jest przykładem stanu wolnego.

Kampania Fundacji Mamy i Taty zwróciła uwagę na te kobiety, których kariera i pragnienia przeszkodziły w zostaniu mamą. "Być mamą" to dla każdej kobiety może oznaczać coś innego.
Każda mama jest inna. Żyje w innej rodzinie, środowisku, warunkach, wśród innych ludzi. Co dla jednej jest szczęściem, dla drugiej będzie utrapieniem.
Uważam, że zamiast od razu krytykować kampanię fundacji - trzeba, by młode kobiety zastanowiły się czego tak na prawdę w życiu chcą.

Kobieto, zastanów się kim jesteś, kim chcesz być, jaka chcesz być. Jak do tego dojść. Czy to na pewno słuszne. Czy nie ma czegoś lepszego. Co jeśli się nie uda - będziesz rozpaczać czy szukać innych rozwiązań. Kobieto, znaj swoją wartość! Dąż do celu (nie po trupach) ale i pozwól sobie przyznać się do błędów i porażek, bo to odskocznia do lepszego jutra.

Jako mama dodam na koniec, że urodzenie dziecka i opieka nad taką malutką bezbronną i całkowicie zależną od matki istotą to największy cud. Miłość przeplata się nie raz z nienawiścią. Mądrość z bezsilnością. Słabość z gigantyczną siłą. Rozpacz z radością. Bilans końcowy plusów i minusów macierzyństwa to dziecięcy uśmiech, który wyraża więcej radości i wdzięczności niż tysiące słów uznania, pochwał, nagród...

niedziela, 17 maja 2015

W skrócie

Niedzielne południe. 
Ard na siłce. 
Daro bawi się klockami (układa: wieże, domki, małe "T" i duże "T", tory etc.) 
Następny brzdąc w drodze. Rozwija się prawidłowo jak dotąd. Ruchów jeszcze nie czuć, ale już można na 80 % przewidzieć płeć ;) 
Dokucza mi ropa, która sobie znalazła miejsce w dziąśle przy ósemce. Jestem na antybiotyku i czuję się fatalnie. 
Zero zapału do czegokolwiek. Jak się zbiorę w sobie, żeby coś porobić to szybko się męczę. 
Cóż mi pozostaje... Odpoczywam :) W końcu nic nie muszę :) 

niedziela, 8 lutego 2015

Tam gdzie cisza może sprawiać ból

Wróciłam własnie z rekolekcji.
Piękny, cichy (aż do bólu) zakątek, z luksusowym chłodnym pokojem i skromną kaplicą. Grupa około 30 rekolektantów i ksiądz rekolekcjonista z bogatą, usłaną cierpieniem historią.
Co wyniosłam?
Nie, nie katar - droga Pani-Koleżanko ze stolika w reflektarzu, która nie byłaś na żadnych konferencjach czy spotkaniach przy kominku.
Moje życie, tak od października mniej więcej to była droga pod prąd z powodu pewnego nieporozumienia. Zrodziły się w sercu nieprzyjemne uczucia, że kogoś skrzywdziłam, że to, co robię, robię źle chociaż staram się jak mogę... Zrobiła mi się rana na sercu i chociaż omodliłam tą sprawę i trwałam blisko Jezusa to ta rana ropiała w sercu. Cała sprawa została wyjaśniona jeszcze przed Bożym Narodzeniem, ale jeszcze trzeba było się tej ropy pozbyć.
Kokoszyce. Rekolekcje z wielką przewagą Ciszy. Konferencje, modlitwy, aż nadszedł czas spowiedzi. Poczytałam sobie, żeby się dobrze do spowiedzi przygotować, nową książeczkę z rachunkiem sumienia. Wzbudziłam w sercu żal. Żal, taki który nie polega na uczuciu, ale na postawie, że coś mnie przed Bogiem blokuje i nie mogę się w pełni cieszyć Jego obecnością w moim życiu. Ciągle jest coś, co mi Go zasłania, chociaż grzechów ciężkich nie mam. Wyczytałam trochę o żalu doskonałym i niedoskonałym. Pomyślałam przez chwilę jak to jest u mnie. Czy ja tęsknię za Bogiem i chcę się wyspowiadać, żeby odnowić z Nim relację? - żal doskonały. Czy ja chcę iść do spowiedzi po to, żeby w razie śmierci - do nieba się dostać, a nie do piekła? - żal niedoskonały. Bo tam, żal doskonały, chcę odbudować relację z Bogiem, który mnie kocha nad życie, a tu, żal niedoskonały, boję się o moją przyszłość i lepiej się zabezpieczyć - wyspowiadać i mieć cień nadziei, że Bóg mnie zechce w niebie przygarnąć.
Wybaczył mi Bóg to, co zrobiłam źle i nie tak. Z czystym sercem wróciłam do domu. Już ropa zebrana, rana oczyszczona i wygojona jakby leczona w komorze hiperbarycznej.
Wystarczy tylko Bóg. Jezus dotknął mnie ponownie. Uzdrowił moje serce. Wróciłam i piszę na świeżo co się tam działo... W tym Domu, gdzie było moje miejsce. Gdzie Jezus przygotował dla mnie pokój i gdzie mnie nakarmił do syta. Czuję się teraz jak źrebak nowo narodzony, który na takich silnych, ale jeszcze koślawych nogach próbuje stanąć obok matki. Jak się odnajdę w rzeczywistości?
Dostałam narzędzia do tego, aby się odnaleźć szybko i aby prowadzić innych, tak jak mnie do tego Bóg już wcześniej powołał.
Takim moim osobistym odkryciem na tych rekolekcjach było dostrzeżenie problemu, że jestem takim niesfornym uczniem Jezusa. Narzekam, że nie wychodzi mi Namiot Spotkania, że ciężko mi się modlić na kolanach, że nie widzę Boga w moim życiu, że Jezus się gdzieś schował przede mną i nic do mnie nie mówi, że... Odkryłam, że Jezus czeka na moje wyciszenie. czeka na ten moment kiedy będę gotowa żeby Go usłyszeć i przyjąć Jego Słowo. Robię to samo na lekcjach. Kiedy uczeń rozmawia to nie ma sensu, żebym ja mu wygłaszała katechezę, bo on jest nastawiony na mówienie, a nie słuchanie. Moim zadaniem jest zamilknąć i dopiero zapatrzeć się w Mistrza i posłuchać Jego cichego, subtelnego, kojącego głosu poruszającego skamieniałe serce do miłości pięknej i czystej. Tego głosu, który potrafi przetopić lody serca. Który wskazuje drogę i który mówi mi konkretnie co robić w życiu.
Zrodziło się w moim sercu pragnienie, aby poznać Jezusa. Po tylu latach służby Jemu i nauki o Nim. Pojawia się ta myśl - Jezu - nie znam Ciebie jeszcze. Już zapomniałam jaki jesteś. Już zapomniałam co robisz. Już nie wiem jak brzmi Twój głos w moim sercu. Rozpędziłam się w życiu, narobiłam bałaganu, wyhamowałam i Ciebie nie widzę. Jesteś dla mnie obcy i pora Cię poznać bliżej. Umówić się na kilka randek z Tobą.
Dziękuję Bogu za ten czas. Nasz Bóg jest wielki, potężny, a jednocześnie czuły i delikatny. Szanuje naszą wolność i nie robi nam nic na siłę. Jemu chwała i cześć i uwielbienie. Amen.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Porcja przemyśleń

Powolutku kończą się wakacje. 
Dawno tu nie pisałam, ale też nie bardzo było o czym. Teraz tak w skrócie, co najważniejsze się działo ostatnio :) 

Rok szkolny 
przeleciał ekspresowo. Nie wiem nawet kiedy minęło przygotowanie dzieci do I Komunii i pielgrzymka do Łagiewnik... Niebawem kolejna grupka dzieci będzie się zaprzyjaźniać z Jezusem na katechezach, które poprowadzę. Już się ciekawię ilu ich będzie w tym roku katechetycznym. Mam też już pomysł na przyciągnięcie dzieci na msze szkolne. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Jeśli będą efekty to podzielę się owocami :) 

Wakacje. 
Upragnione wakacje nadeszły i przeleciały równie szybko. W lipcu Ardis miał urlop wiec wraz z przyjaciółmi pojechaliśmy na 4 dni w góry. Pogoda nie dopisała, ale wyjazd uważamy za udany i na przyszłe wakacje z pewnością też gdzieś pojedziemy. Byliśmy w Węgierskiej Górce. Wracając zahaczyliśmy o Żywiec i Międzybrodzie Żywieckie - z Góry Żar roztaczał się piękny widok - wtedy już pogoda była piękna. Trochę czasu spędziliśmy u mamy Ilony, trochę u mamy Eli... Sierpień przeleciał mi z kanwą, muliną i igłą :) Uśmiechy tutaj do Marty i Adama :) W sobotę świetnie bawiliśmy się na ich weselu. 
Przed nami jeszcze nasza rocznica ślubu, którą tym razem będziemy świętować także na mszy świętej. Już 5 lat razem z obrączkami. 

Darcio. 
Darek już ma 25 miesięcy. Jest uparty, zawzięty, ale też grzeczny, ostrożny, mądry. Mówi swoim językiem. Czasem powtarza po nas jakieś dźwięki. 
Ulubiony kolor - czerwony, ulubiony kształt - kółko. 
Krótki słownik Dareczka ;) 
do - czerwony
re - pomarańczowy
mi - żółty
fa - zielony
so - niebieski ciemny
la - niebieski jasny
si - fioletowy
do (wysokie) - różowy

siapło - światło, słońce, żółty kolor
ciepło - ciepło
io -io - auto
auto - autobus
joo - zjeżdżalnia lub coś pochyłego jak zjeżdżalnia. 
am - jedzenie
papu - kapcie
koko - jajko
nija - kot
łu-łu - pies
ciucia - ciufcia - pociąg
oko
asia/osia/oso - osa
sio! - mucha
fee - coś brudnego, śmieci
sii - coś ciepłego lub gorącego 
kaka - kawa
śo - sok
baba - babcia

Z tych i podobnych słówek składa sobie zdania typu "i tu siapo" "i to io-io" "i nie ma ciuciu", "i tu kóka". Nauczył się liczby mnogiej kończąc wyraz literką "a", dlatego jak jest dużo czerwonych rzeczy to mówi "tu da" ;) 
Umie już pić ze zwykłego kubeczka. Plac zabaw nie jest mu obcy, wdrapie się wszędzie, od dawna sam zjeżdża ze zjeżdżalni. Wie, że po drodze nie wolno chodzić, a jeśli trzeba przejść przez ulicę to podaje rękę. Wie, że nie chodzi się po trawie jeśli jest chodnik. Uwielbia autobusy. Lubi cymbałki ("ki-ki" w jego języku). Po wycieczce pociągiem ułożył z kredek tory i autkiem po nich jeździł udając pociąg :) 
Sama radość z naszego Dareczka. 

Przede mną wyłania się w kalendarzu nowy rok szkolny. Nowe wyzwania i obowiązki. Chciałabym wprowadzić parę pomysłów w życie - zrobić stronkę dla dzieciaków, które uczę, poświęcić więcej czasu na śpiew, aby poprzez śpiew dzieci poznawały bliżej Jezusa. Chciałabym przygotować z dziećmi fantastyczne jasełka. Wiem, sierpień jeszcze ale trzeba myśleć przyszłościowo, a nie na ostatnią chwilę. No i od września chciałabym kontynuować Nowennę Pompejańską :) Ciebie Czytelniku, jeśli w ogóle tu dotarłeś w czytaniu moich wywodów, także serdecznie zachęcam do podjęcia wyzwania i modlitwy tą Nowenną. 



poniedziałek, 7 lipca 2014

O kapłaństwie okiem żony

Temat rzeka, tak na prawdę.
Bo można by spojrzeć na każdego kapłana i na podstawie jego życia snuć eseje o tym stanie duchownym. Dlatego, żeby nie marnować czasu chcę dzisiaj zwrócić Twoją uwagę Czytelniku na fakt, że kapłan to nie tylko człowiek. (Mówi się często przy okazji wytykania księżom błędów i grzechów, że to też ludzie i też mają swoje potrzeby i upadają, a ja chcę dzisiaj przypomnieć że...)


Kapłan to oblubieniec Boga. 

Kapłan swoje stopy dał Jezusowi - chodzi Bożymi drogami, gdzie go papież wyśle tam idzie. Począwszy od konkretnego miejsca na kuli ziemskiej, gdzie ma zamieszkać, skończywszy na każdym chorym, którego ksiądz odwiedza z sakramentami w domu i gdzie z duszpasterską wizytą puka do drzwi.

Kapłan swoje ręce oddał Jezusowi - niesie pomoc potrzebującym, konkretną pomoc. Pomaga przenieść ławkę kościelnemu z lewej nawy bocznej do głównej jeśli będzie tam potrzebna. Pomaga staruszce pozbierać rozsypane przypadkiem gazety. Pomaga ministrantom ustawić poprawnie mikrofon, aby było ich słychać na kościele, gdy czytają modlitwę wiernych. Daje chleb głodnemu, daje Chleb Głodnemu.

Kapłan swoje oczy dał Jezusowi, aby mógł widzieć drugiego człowieka jak Jezus. Z taka samą miłością, czułością i troską. Aby kapłan widział potrzeby Kościoła, musi on mieć Oczy Jezusa.

Kapłan swoje uszy dał Jezusowi, aby mógł słyszeć jakie Kościół ma potrzeby i by mógł je zanosić przed Boży ołtarz, by mógł wypraszać potrzebne łaski, przepraszać za grzechy, dziękować Opatrzności za błogosławieństwo i łaskę.

Kapłan oddał swoje usta Jezusowi, aby Jezus zawsze przez nie przemawiał: w rozmowie indywidualnej, podczas spowiedzi, podczas kazania, podczas zakupów... Aby ustami uwielbiać Boga.

Kapłan oddał swoje serce Jezusowi, aby zawsze, w każdej chwili życia mieć pewność, że związał się z Bogiem - Źródłem Miłości, że nikt i nic nie da mu miłości większej, mocniejszej, piękniejszej... Bo Kapłan już Tą Miłość odkrył i pragnie ją posiadać wiecznie.

Kapłan swój umysł oddał Jezusowi. Pragnie wzrastać w mądrości, aby poznawać i żyć wolą Bożą. Aby także innych prowadzić do Jezusa, żeby każdy człowiek poznał Tę Miłość, w której on się tak bez pamięci zakochał.

Pomyślisz, że jestem idealistką i marzycielką... A ja po prostu jestem mężatką, zakochaną w Jezusie i tak wyobrażam sobie mężczyzn, którzy ślubowali miłość Bogu, jak ja przed pięcioma laty mojemu mężowi.

Moje nogi chodzą za moim mężem, 
moje ręce przygotowują mu śniadanie do pracy o brutalnie wczesnej porze, 
moje oczy rozglądają się za nim i podziwiają go, 
moje uszy słuchają każdego szeptu, abym mogła być posłuszna mężowi,
moje usta o mężu mówią dobrze i tylko prawdę, 
moje serce podskakuje z radości, gdy jest blisko i tęskni, gdy jest daleko, 
mój umysł kieruje moim życiem tak, aby mój mąż był ze mną szczęśliwy. 

Można gdzieś zatracić się w kapłaństwie, odebrać siebie Jezusowi i odejść. Zapomnieć o Nim, pójść swoją drogą. Można też porzucić męża/żonę, odejść, zaczynać coś Nowego... Niektórzy nawet wmawiają sobie, że są szczęśliwsi w tym Nowym, niż kiedyś. Ale osobiście uważam, że największą wartość ma to, co się osiągnęło z wielkim wysiłkiem i bólem.

Więc Kapłanie, jeśli przeżywasz trudności kapłańskie to zastanów się ile siebie odebrałeś już Jezusowi.


środa, 2 kwietnia 2014

Recepta na szczęście, cudowny amulet, talizman

Te i jeszcze wiele innych określeń zachęcających do posiadania go posiada to cacko. Może być ze złota, srebra, z byle jakiej blachy, a nawet wysadzany drogimi świecidełkami - kamykami.

Pierścień atlantów.

Jeśli masz na palcu pierścień atlantów lub wisiorek z symbolem atlantów to wiedz, że szatan ma na oścież otwarte drzwi do twojego serca i do całej twojej rodziny.
Osoby posiadające ten element biżuterii często się wzbraniają, że jak to? - od razu szatan? Dostali go od kogoś w prezencie lub sami kupili tak po prostu, bo ładny, bo "na szczęście", bo to nic złego, to tylko głupi pierścionek...

Zdejmij go z siebie TERAZ.

Nie zdjąłeś? Rzadko kto zdejmuje pierścień atlantów tak po prostu. A jeśli zdejmie to i tak go zakłada za jakiś czas. Ten niewinny pierścionek nie może przecież zrobić nic złego. Przyzwyczaiłeś się do niego i żal go ściągać. Albo masz do niego sentyment, bo to prezent od ważnej osoby.

OK. Nie zdejmuj. Noś go nadal. Ale zwróć uwagę na twoje życie duchowe.
Masz je w ogóle? Kiedy ostatnio się modliłeś? Kiedy ostatnio byłeś na mszy świętej i przyjąłeś z czystym sercem Eucharystię? Podejrzewam, że dawno temu. Pewnie gdzieś zanim lub tuż po założeniu owego pierścienia.

No bo widzisz... Te pierścionki są produkowane w atmosferze specjalnych modlitw do szatana. Mają na celu pozyskiwać coraz więcej wyznawców demonów. Co z tego, że nie nazywasz siebie satanistą i uważasz siebie za dobrego człowieka. Rozumiem, że nie robisz nikomu nic złego, a nawet przeciwnie - wiele dobrego działasz dla innych. Nawet uważasz się za człowieka szczęśliwego. Pierścionek przecież musi "działać". Nosisz go na szczęście - masz szczęście.
Ale co z twoją relacją z Bogiem? Jak wygląda twoje duchowe życie? Jeśli nie wygląda w ogóle to wiedz, że nic się nie zmieni dopóki masz ten pierścionek na ręce/przy sobie/w domu. Pozbądź się go jak najprędzej.

Wtedy zobaczysz, że tak na prawdę to szatan miał nad twoim życiem ogromną władzę. Szczęście było tylko pozorne, aby cię trzymać z daleka od Źródła Autentycznego Szczęścia.

Bez pierścionka życie zaczyna się sypać? Normalka. Bo rozpoczyna się o ciebie walka między szatanem, który cię stracił a Bogiem, który chce pokazać ci jak bardzo cię kocha. Teraz, bez pierścienia masz oczy otwarte i możesz to dostrzec.

Szatanowi absolutnie wystarcza twoja niewiara w Boga. Bo żeby pójść do nieba trzeba kochać Jezusa i przyjmować Komunię Świętą. Kto nie kocha Jezusa ten nie może być zbawiony, bo przecież Jezus nie weźmie do nieba kogoś wbrew jego woli. Było by to piekło dla tej osoby.

Zapamiętaj
Pierścień atlantów to klucz dla szatana do twego życia. Zastanów się kto ma być panem twojego życia - szatan, który przed Bogiem może sobie tylko pokrzyczeć, czy Bóg, który nie zniewala a wyzwala.
Podejmij decyzję prędko, bo stawką jest życie wieczne twoje i twoich bliskich.
Ja wybrałam Chrystusa już dawno temu i zapraszam cię, byś też to uczynił.
Jest bardzo ciężko uwolnić się z okultyzmu, ale pamiętaj, że Chrystus jest o wiele silniejszy od szatana.

Zdejmij już ten pierścionek. Zanieś go księdzu, poproś go o pomoc i modlitwę. Wyspowiadaj się. Poznałeś życie z szatanem, a teraz zawalcz o życie wieczne w prawdziwym szczęściu - z Bogiem, który nas stworzył z miłości i daje nam zawsze to co najlepsze w nadmiarze.

poniedziałek, 3 marca 2014

Zbliża się kolejny Wielki Post

Wielkimi krokami zbliża się wielki post. I znowu parę pierwszych dni będzie wspaniałych, z pompą - udanych - dobrzepostnych, a potem nadejdzie kryzys i klapa. I znowu się sumienie obudzi i czas pokaże czy ruszymy z kopyta dalej czy się poddamy już na starcie... 

Wiedząc, że czas postu nadchodzi trzeba się przygotować psychicznie do niego. Będzie łatwiej. 

1. Zakoduj, że w środę popielcową chrześcijanin ma obowiązek pościć ilościowo i jakościowo. Pość.
2. Wymyśl kilka różnych postanowień. 
3. Wypełniaj te postanowienia. Jeśli z jakichkolwiek przyczyn przerwiesz, coś się nie uda, nie będzie ci się chciało - pamiętaj, że post trwa 40 dni, a nie 4 pierwsze po środzie popielcowej. Podejmuj wysiłek trwania w postanowieniach za wszelką cenę. 
4. Zapisz sobie te postanowienia i sprawdzaj regularnie jak się z nich wywiązujesz - samokontrola. 

Zadaniem chrześcijanina jest dążenie do doskonałości na wzór Chrystusa. 
Jezus także pościł, dużo się modlił i nigdy nie odmawiał niczego potrzebującym (jałmużna). 
Bierz przykład z Mistrza - podejmij wezwanie i pość, 
aby się nawrócić do Pana naszego Jezusa Chrystusa. 
Twoja wiara jest martwa jeśli za nią nie idą czyny. 

Przykłady postanowień wielkopostnych:
- będę uczestniczył w drodze krzyżowej w każdy piątek.
- pójdę do spowiedzi na początku i pod koniec wielkiego postu 
- będę rozważał codziennie słowo Boże z ewangelii dnia
- będę uważniej uczestniczył we mszach świętych
- nie będę jeść słodyczy/pić alkoholu
- będę codziennie odmawiać 10-tkę różańca świętego w wybranej, konkretnej intencji
- będę raz w tygodniu przez godzinę adorować Jezusa w Najświętszym Sakramencie
- nie będę słuchać muzyki/grać na komputerze/oglądać filmów...
- będę spędzał więcej czasu z rodziną i przyjaciółmi
- raz w tygodniu pójdę na cmentarz pomodlić się za zmarłych
- będę się częściej uśmiechać do ludzi
- ...


piątek, 31 stycznia 2014

Zetafon, umowa z Orange i jej zerwanie, czyli jak odstąpiłam od umowy

Po kolei.
24. stycznia zadzwoniła do mnie konsultantka Orange z informacją, że mają dla mnie tańsze rozmowy do Orange jeśli podpisze z nimi umowę. Zapewniała, że nic się nie zmieni w moim korzystaniu z ich usług poza tym, że będę płacić mniej za te rozmowy. Powiedziałam grzecznie pani, że nie mam stałej pracy i nie wiem kiedy mi podziękują, a co za tym idzie - czy będę miała z czego doładować konto. Pani powiedziała, że jeśli nie doładuję na czas to po prostu umowa się przedłuży i żadnych więcej problemów. No to spoko. Skoro wszystko będzie jak dotychczas, a mogę rozmawiać taniej, to niech będzie.
Padło pytanie kolejne - jaki chcę telefon. Tradycyjny klawiszowy, z klawiaturą qwerty czy smartfona. Oczywiście już z klawiaturowych nie umiem korzystać więc zaryzykowałam smartfona. Nie było z czego wybierać. No więc wzięłam co było. Jeszcze podkreśliłam babce, że mają mi to wszystko wysłać na początku lutego, bo skoro trzeba zapłacić za telefon przy odbiorze to ja nie mam z czego, czekam na wypłatę. Więc pani zanotowała kurierowi, że wysyłka po 31 stycznia.
Rozmowa z konsultantką zrobiła się bardzo nieprzyjemna, bo dopadł mnie atak kaszlu, ledwo oddychałam, a pani w tym czasie czytała mi i zaznaczała sobie na co wyrażam zgodę a na co nie... Jeszcze nas coś rozłączyło dwa razy podczas rozmowy, za co dostałam po uszach jakby to moja wina była. Po tym ataku kaszlu ledwo mówić mogłam, a pani jeszcze przeciągała rozmowę... ech, szkoda gadać. Cud, że jej nie zjechałam z góry na dół. Pewnie tylko dlatego, że ledwo mogłam wydać głos i marzyłam, żeby zakończyć tą rozmowę jak najprędzej.

Ku mojemu zdziwieniu 28. stycznia zadzwonił do mnie kurier czy może przyjechać z telefonem. Mówię, ze nie, bo nie mam z czego zapłacić. A on mówi, ze mam tylko 1 zł do zapłaty. No to 1 zł mam. Przyjechał. Podpisałam umowę, i po przyjrzeniu się jej bliżej dostrzegłam jaka jestem naiwna i jak mnie zrobili w jajo.
Usiadłam do kompa, przejrzałam historię na koncie bankowym, przejrzałam historię doładowań na stronie orange i liczę. W ciągu całego 2013 r. wydałam na doładowania telefonu 300 zł z czego jeszcze ileś złotówek mam, a zaczyna się zaraz luty 2014. Po podpisaniu umowy musiałabym płacić 50 zł za miesiąc, czyli rocznie 600 zł. To ma być uczciwa oferta? Co dla tej konsultantki znaczy "nic się nie zmieni tylko będzie pani płacić mniej za rozmowy"? Gdyby była uczciwa - powiedziała by, że skoro mam taką sytuację, to stać mnie na telefon klawiszowy, i na doładowania najniższe bo muszę płacić co miesiąc. A nie jak dotychczas w ofercie na kartę 50 zł za 3 miesiące.
Zaproponowała mi telefon, który jest w dwóch miejscach wystawiony w necie, w jednym kosztuje 170 zł a w drugim 260 zł. Nawet gdyby mi się udało sprzedać tego smartfona to nie wystarczyło by mi na dopłacanie do tych "tańszych rozmów do orange". Wiedziałam już, że skorzystam z możliwości odstąpienia od umowy w ciągu 10 dni.

29 stycznia znowu dostałam obuchem w łeb i nie potrzebowałam kawy, żeby podnieść ciśnienie... Drugi kurier puka do drzwi. Z akcesoriami do telefonu. Wyjęłam z portfela ostatnie 30 zł, złotówkę reszty dostałam. Super, za złotówkę wyżyć do 3 lutego... Dobrze, że nie tylko gotówką dysponuję, ale kredytową nie wszędzie się da zapłacić. Plany pójścia na basen szlag trafił, a tak się napaliłam...

Wyskrobałam pismo z rezygnacją z Zetafona. Znalazłam karton na telefon i akcesoria (nawet nie otworzyłam tych pudełek od kurierów). No i zadzwoniłam pod *100, aby się dowiedzieć co dalej.

Najpierw wysłuchałam automatu i wyklikałam ileś cyfr zanim się odezwała żywa osoba. Bardzo miły głos, wszelkie informacje udzielone, nawet adres na który mam wysłać pismo i telefon z akcesoriami dostałam bez problemu. Jeszcze mi pani poradziła, żebym dopisała nr konta, na który mają przelać mi pieniądze. Da się? Da się!

Powinnam mieć przy dokumentach pismo do rezygnacji z umowy, ale widocznie kurier zabrał tą kartkę za sobą. Zatem pani poleciła mi napisać własne pisemko. Oto co napisałam:

Imię i nazwisko Miejscowość, data
ul. Jakaśtam Nr domu
Kod pocztowy, miejscowość

CEVA Centrala Zwrotów PTK
Ołtarzew
ul. Południowa 2
05-850 Orzarów Mazowiecki


Odstąpienie od umowy o świadczeniu usług telekomunikacyjnych w sklepie internetowym i telesprzedaży (dalej zwanej „Umowa”)


Nr: xxxxxxxxxx/2014 sporządzonej w dniu 24.01.2014 r.podpisanej w dniu 28.01.2014 r.
pomiędzy:
Orange Polska Spółka Akcyjna z siedzibą i adresem w Warszawie (02-326) przy
Al. Jerozolimskich 160, REGON: 012100784; NIP: 526-02-50-995.

a Abonentem: Imię i nazwisko zamieszkałą w Miejscowść (kod pocztowy) przy ul. Jakiejstam, nr domu
Nr tel: 5xxxxxxxxx; Seria i Nr dowodu osobistego: XXX 000000000


Korzystając z prawa zerwania umowy w ciągu 10 dni od jej podpisania – odstępuję od tej umowy.

W rozmowach telefonicznych z konsultantami Orange zawsze odmawiałam podpisywania jakichkolwiek umów, gdyż jestem zadowolona z taryfy Orange Na Kartę.
Zostałam wprowadzona w błąd przez panią konsultant, która mówiła, że nic się nie zmieni po podpisaniu umowy, tylko moje rozmowy do Orange będą tańsze. Po takim sformułowaniu oferty zgodziłam się podpisać umowę Zetafon. Po podpisaniu jej i przeliczeniu dokładnie ile razy i na jaką kwotę w ciągu całego 2013 roku doładowywałam konto, stwierdzam, że w Zetafonie musiałabym płacić rocznie drugie tyle, za coś czego nie potrzebuję. Nie potrzebuję tańszych rozmów, za większe pieniądze. Nowy telefon także nie jest mi do niczego potrzebny, a sprzedaż tego telefonu i tak nie pokryłaby kosztów jakie musiałabym uiszczać co miesiąc za Zetafon.

Proszę przelać na moje konto należność za telefon Alcatel 3040 Tribe (1 zł) oraz akcesoria do tego telefonu (29 zł), które do Państwa odsyłam.
Nazwa banku: nr konta bankowego

Nie wyrażam zgody na wykorzystanie przez Orange Polska S.A. moich danych osobowych
w celach marketingowych innym podmiotom z Grupy Kapitałowej Orange Polska oraz współpracujących z Orange Polska S.A.

Nie wyrażam zgody na udostępnianie moich danych osobowych innym podmiotom wchodzącym
w skład Grupy Kapitałowej Orange Polska.

Nie wyrażam zgody na przesyłanie do mnie informacji handlowych dotyczących Orange Polska S.A. środkami komunikacji elektronicznej i telefonicznej.

Nie wyrażam zgody na wykorzystywanie moich danych transmisyjnych w celach marketingu usług telekomunikacyjnych Orange Polska S.A.

Za chwilę pójdę na pocztę odesłać pudło z tym wszystkim i pod koniec tygodnia się upewnię czy anulowali mi umowę czy będę musiała podejmować dalsze kroki. 

sobota, 5 października 2013

Człowiekbóg

Człowiekbóg to osoba, która bawi się w Pana Boga. Są różne rodzaje człowiekbogów, a ten post dedykuję tym, którzy udają Boga Ojca Stworzyciela.

Zacznijmy od początku. A na początku siedziały sobie trzy Duchy w pustce i nicości. Mieszały się ich uczucia - radość i miłość ze smutkiem i samotnością. Te trzy Duchy postanowiły stworzyć aniołów, aby mieli kogo kochać, i by nie byli już więcej samotni. Aniołowie stworzeni przez Boga kochają Go, a Pan Bóg kocha swoje stworzenie. Jednak miłość Pana Boga jest tak wielka, że wszyscy stworzeni aniołowie mają ją już w nadmiarze, a ona nadal poszukuje kogoś do kochania. Pan Bóg stwarza dalej. Postanowił stworzyć osobę podobną do siebie. Zanim stworzył człowieka - stworzył wszystko co człowiek będzie potrzebował, aby żyć: miejsce, warunki bytu... I gdy wszystko było gotowe, Bóg mógł stworzyć Adama i Ewę.

Niektórzy aniołowie robią się zazdrośni, że Bóg jeszcze jakieś inne stworzenie obdarza tak wielką miłością. Buntują się przeciw Bogu i odwracają się od Niego. Pan Bóg cierpi z tego powodu, ale Jego miłość polega na tym, że nie będzie siłą nikogo zmuszał, aby Go ktoś kochał. Pan Bóg daje wolność, która polega na tym, że możemy się od Niego odwrócić. Część aniołów odeszła z raju.
Swoją drogą, Pan Bóg, który jest wszędzie musiał odstąpić im jakieś miejsce. Nazwano to miejsce piekłem. I wszechobecny Bóg już nie jest wszechobecny, bo w piekle Go nie ma. No ale... Upadłych aniołów nazywamy diabłami, szatanami. Znamy nawet kilka imion tych istot. Jeden z nich to Lucyfer = Niosący światło... Taki aniołbóg.

W Starym Testamencie mamy historię Adama i Ewy. I wielu się zastanawia, jakie to wielkie kazirodztwo było skoro z jednej pary cała kula ziemska zaludniona. I w ogóle kto spisał historię stworzenia świata skoro Adam i Ewa byli stworzeni jako ostatni... I nie umieli pisać, bo po co...
1. Historia Adama i Ewy jest opowiadaniem nie koniecznie opartym na faktach, ale przedstawiającym prawdę - ludzie, stworzenie Boże odeszło od Pana Boga. (Podobnie jak aniołowiebogowie.)
2. Pan Bóg, obok Adama i Ewy mógł stworzyć wiele miliardów par jednocześnie. To, że Pismo Św. opisuje Adama i Ewę, a później ich rodzinę, nie znaczy, że inni nie byli tak samo stworzeni jak oni.

Pan Bóg stworzył ludzi, a część ludzi się do niego odwróciła. i to są właśnie człowiekbogowie.

Taki aniołbóg jest istotą duchową, może robić co chce w sferze duchowej. A że uważa się za boga to sobie rządzi po swojemu. Głównym celem aniołówbogów jest oczywiście odciągnąć od Boga Jego stworzenie: aniołów i ludzi. I często trzeba im przyznać: "dobra robota".

Człowiekbóg bawi się w Boga, a tak na prawdę to wszelkie korzyści z takiego osobnika płyną do aniołówbogów. Tylko, że człowiekbóg tego nie widzi i z pewnością będzie się musiał piekielnie mocno natrudzić, żeby to dostrzec.

Sedno sprawy:
Człowiekbóg bawi się w stworzyciela. Nastolatkom proponuje seks z antykoncepcją. Seks jest czymś tak głęboko wpisanym w życie każdego człowieka, że aniołowiebogowie się nie muszą wcale wysilać, żeby nabijać punkty sobie a ujmować Bogu. Seks w wieku gimnazjalnym jest OK, trzeba się tylko zabezpieczyć, żeby nie wyszło na jaw, bo jak taka 14latka będzie miała własnego bachora to będzie koniec świata. W szkole ponadgimnazjalnej już się dziewczyny rozglądają za kimś wartościowym, tak na dłuższy związek (oczywiście są wyjątki). Skoro seks się zaczął w gimnazjum, a jest taki smakowity to w liceum/technikum/zawodówce też go nie zabraknie. Oczywiście idzie za tym antykoncepcja. I tak się człowiekbóg faszeruje stresem - czy nas nie nakryją, czy pigułki będą skuteczne, czy zajdę w ciążę, czy on będzie ze mną do końca życia, co ja mu dam po ślubie skoro już cnoty nie mam. Wróć. Czy będzie chciał ślubu czy mnie zostawi dla młodszej... I tak się człowiebóg faszeruje hormonami - nie ważne, że to tykająca bomba atomowa w ciele kobiety, ważne, że można się pobzykać od czasu do czasu - chociaż na ten seks tez nie ma się ochoty.

Ups. Wpadka. Spoko-loko-luz-i-spontan - ginekolog-to-posprząta. Po co mieć bachora w domu, nie ma kasy, nie ma czasu, co innego mamy w głowach. "Panie doktorze, z ile będziemy mogli znowu się kochać?"

Człowiekbóg po jakimś czasie, jak już się wyszaleje trochę - znowu chodzi po lekarzach bo mieć dziecko chce, a nie może. Znaczy może, ale zrobić nie umie. Aniołbóg już skrzydła zaciera, klaszcze w dłonie - ulotką in vitro przed oczami macha.O jakie to wspaniałe rozwiązanie. Jak się ten cholerny plemnik z tą cholerną komórką jajową połączyć same nie umieją to je pod lupę i siłą trzeba... Potem tylko mały zabieg - wszczepić, poczekać, urodzić i szczęśliwym być.

Człowiekbóg ma wszystko dobrze zaplanowane. A anioolbóg zbiera trofea.

Tylko Bogu Jedynemu serce z żalu pęka.
Bo Bóg seks dla małżonków zarezerwował. W małżeństwie nie ma stresu, że zostawi, że się wyda, że brzuch będzie, że...

Antykoncepcji Bóg wcale sobie nie życzy. Rozum dał po to, by nad ciałem panować - znać swe ciało i jak nie chcesz dziecka teraz to nie wskakuj na penisa. Serio, to działa - najlepsza na świecie antykoncepcja.

Aborcja? O... porozmawiaj tylko z kobietą, która przed tobą usunęła problem. Ale niech to będzie normalna kobieta a nie człowiekbóg.

I in vitro. Ilu Pan Bóg Adamów w raju stworzył? Ile Ew tam było? Po kilka? I te słabsze i gorsze Pan Bóg zutylizował, a najlepsze - najsilniejsze sobie zostawił? Ludzie, czyście do reszty zwariowali? Robi lekarz na szkiełku. z wytarganej z jajnika komórki i wytrząśniętych w obskurnym kiblu plemników - CZŁOWIEKA. I kilka osób powstaje. Większość, a nieraz wszystkie - przed swoim zaistnieniem są na śmierć skazane. Bo się człowiekbóg w stwarzanie bawi.

Jeszcze klonowanie brzmi ciekawie i eutanazja i... cokolwiek jeszcze aniołbóg podsunie do zakutych łbów.

Na koniec
Brawo jeśli tu dobrnąłeś...

Bóg Cię kocha tak bardzo, że Ci  powala na seks przedmałżeński, antykoncepcję, aborcję, in vitro, klonowanie, eutanazję i przeróżne inne przestępstwa. Jak bardzo nisko musisz upaść, żeby dostrzec, że Bóg jest przy Tobie stale, w każdym Twoim śmierdzącym bagnie? Zechciej pokochać Boga, a odkryjesz jak bardzo źle jest być człowiekiembogiem. W wymienionych przeze mnie wyżej sytuacjach nie ma "ale". Zło jest złem niezależnie od okoliczności. Pocieszające jest to, że Jezus już za to nasze zło zapłacił. Trzeba nam tylko pójść do Niego i oddać Mu wszystkie nasze problemy: z seksem (także pornografią, masturbacją, pedofilią, zoofilią, masochizmem, sadyzmem, ...), antykoncepcją, aborcją, desperackim pragnieniem posiadania dziecka kosztem życia innych dzieci...

Człowiekbóg to osoba, która bawi się w Pana Boga. Dlatego jego szczęście także jest zabawkowe.
Chcesz mieć prawdziwe szczęście? Nie baw się w Boga, ale kochaj Boga. Amen.

Zacznij od spowiedzi. Jezus czeka niecierpliwie, by Ci pokazać jak bardzo Cię kocha. I uwierz mi - poczujesz tą Jego miłość całym sobą.

czwartek, 3 października 2013

WOLNOŚĆ * Jak pies spuszczony ze smyczy

Długo czekałam na taki dzień, jak dzisiejszy. Śledzący bloga wiedzą, że jestem mamą, a mamy wiedza jak to czasem ciężko znaleźć czas tylko dla siebie, na to co się chce zrobić wyłącznie dla własnej przyjemności. Dziecko w żłobku. Mąż w pracy, a ja nie muszę dzisiaj NIC.

Mogę nagle robić wszystko to, czego nie mogłam przez ostatnie kilkanaście miesięcy i mam na to jakieś 8 godzin z doby. Oczywiście pomysłów i potrzeb jest tyle, ze trzy dni by zabrakło, aby nadrobić zaległości. Dlatego w sposób rozsądny zaplanowałam sobie wcześniej plan działania na dziś.

A teraz kilka szczegółów z mojego życia, które chcę uwiecznić, aby nie przepadły:
* Szukałam pracy przez całe wakacje. Przeróżnej. Miałam dwa dni szkolenia w ochronie marketu, ale, że z panami ochroniarzami nie szło się po ludzku dogadać to skończyło się na tym, że na początku sierpnia podałam moje wymiary do uszycia munduru (oferowali mi prace tajniaka) i ten mundur (tajniaka) szyją do dziś. Kolejna rozmowa miała miejsce w hotelu i dotyczyła pracy w sklepie, który otwierał kolejny punkt w naszym mieście. Praca polegałaby na kompleksowej obsłudze całego sklepu, począwszy od wymycia podłóg, na kasowaniu towaru i uśmiechaniu się do klientów. Odpowiadało by mi to, ale panowie nie chcieli u siebie nauczyciela, bo jak się nadarzy okazja wrócić do szkoły to na bank tam pójdę. A jeśli nie pójdę, to zaciążę ponownie i będą dokładać do interesu. W końcu oferują umowę na 2-3 lat po okresie próbnym.
Trafiłam na rozmowę na stanowisko ankietera. Po rozmowie wróciłam do domu z wielkim bananem na buzi, bo Panu się w moim CV podobało absolutnie wszystko! I przesiedziałam długo przed komputerem, aby znaleźć w tej firmie haczyk. Nie chcą mnie tam na ankietera, ale na... przedstawiciela regionalnego! Rozeznałam się w temacie i podjęłam się wyzwania. Jeżeli miałeś wypadek w pracy lub jako kierowca, pasażer lub pieszy, albo jeżeli w wypadku straciłeś kogoś bliskiego z rodziny - daj mi znać, a pomogę Ci ustalić czy należy Ci się odszkodowanie z OC sprawcy wypadku. Jeśli się należy, to powiem Ci, jak je uzyskać. I zrobię to za darmo :) Dużo się dowiedziałam o tym jakie prawa i przywileje ma poszkodowany. Sama teraz roszczę o odszkodowanie dla mnie za wypadek z 2006r. a pod lupę bierzemy wypadki, które miały miejsce po 10. sierpnia 1997r. Chętnie pomogę innym uzyskać należną kasę, za cierpienie, koszty leczenia, szkodę moralną, utracone wynagrodzenia... Jeśli wypadek miał ojciec rodziny, który ją utrzymuje to cierpi przecież całą rodzina, bo wypłata za L4 jest niższa - każdy domownik to odczuje. Ale nie o tym ten post :)
W moich poszukiwaniach pracy był także epizod z pracą biurową, przy telefonie - odbieranie połączeń i "pierwsza pomoc" techniczna przy obsłudze pewnego programu/systemu.modułu... I już się szkoliłam, już miałam podpisać umowę - księgowa szykowała dokumenty. A tu zadzwonił telefon - ks. Proboszcz, potrzebuje katechetkę na zastępstwo. Od zaraz. Ale niespodzianka. Bardzo się ucieszyłam. Szkoda tylko, że ta praca w szkole nie mogła poczekać jeszcze miesiąca, lub, że nie dali wcześniej znać. Było mi przykro i głupio, że narobiłam zamieszania przy tej pracy biurowej. W piątek rozmowa, w poniedziałek o 8:00 zaczynam i w południe rezygnuję, na rzeczy szkoły. Cóż. każdy mnie tam zrozumiał. Trzymam kciuki, aby sobie poradzili.
Jeszcze się pochwalę, że w tym roku szkolnym także przygotowuję dzieci do I Komunii Świętej :)

* Darek. Nasz Skarb bezcenny. Jak wrócił z końcem czerwca ze żłobka, od Wesołych Skrzatów tak już tupta. Wszędzie go pełno, a najchętniej tupta wszędzie tam, gdzie ja jestem. Pije sam, uczy się jeść sam łyżeczką, widelcem. Ostatnie jego umiejętności to samodzielne wychodzenie z łóżeczka, klikanie po klawiaturze i trzaskanie myszką, wchodzenie po schodach, gdy go trzymam za rękę. Przesypia już całe noce (zazwyczaj) i śpi raz za dnia. Zaczyna mówić różnymi językami, których nie sposób powtórzyć, a co dopiero zrozumieć :D Rozumie doskonale co się do niego mówi i co się od niego chce. Teraz przyzwyczaja się do żłobka. Jest to dość trudne dla niego. Wcześniej było łatwiej, bo był mniejszy. Ale nie było nas stać, aby chodził przez całe lato do żłobka bez przerwy. Niestety teraz musi się przyzwyczajać znowu. Tym bardziej, że zmieniliśmy żłobek, na bliższy. Z obu jestem zadowolona. Więc jeśli któraś mama będzie miała dylemat, który żłobek w Tychach wybrać, to powiem, że "Wesołe Skrzaty" bardzo dobrze wspominam. a teraz prowadzę malca do "A kuku" i też tam jest w porządku.

* Zapisuję w zeszycie plany, co jest do zrobienia. Nie chcę być zrzędą, która siedzi, narzeka jak ma ciężko i nic nie robi. Dlatego przez te wakacje - poszukiwania pracy trzeba było jakoś się trzymać w ryzach i takie zapisywanie co mam do zrobienia bardzo mi to ułatwiało. Co, gdzie, jak, kiedy - zapisałam i mogłam sprawdzić, czy czegoś ważnego nie pominęłam. Nawet czasem menu na najbliższe dni robiłam i obok listę zakupów, żeby nie biegać co chwilę do sklepu tylko na jednych zakupach zdobyć wszystko. Mam też listę chceń, czyli wypisane rzeczy, które chcę mieć lub zrobić i sprawy, które chce załatwić... Takie moje małe cele do osiągnięcia. Fajnie się potem zaznacza to, co już jest zrealizowane :) Niespełna miesiące temu taką listę zrobiłam i już trzy rzeczy wykreślone: auto przerobione na gaz, praca dla mnie i dziecko w żłobku :)

Koniec na dziś. Pora na kolejny punkt programu "wolność" :) aby tego czasu nie zmarnować.


wtorek, 16 lipca 2013

Refleksja o nawracaniu się

Nawracanie się to powrót na dobrą, właściwą drogę. Czasem Pan Bóg nas nawraca "kiwnięciem palca" - pstryk - jesteśmy nawróceni. Częściej jednak nawrócenie to długotrwały proces. Może się wydawać, że po dobrze odprawionej spowiedzi już jest wszystko ok, możemy przystępować do Komunii Świętej, czujemy w sercu radość, jest wszystko cacy. Ale dość szybko powracamy do naszych grzechów. Bo część z nich stała się już naszym takim życiowym towarzyszem, do którego się przyzwyczailiśmy. Nie jest przecież łatwo nagle przestać popełniać grzechy, które się ciągną za nami od miesięcy czy nawet lat. Trzeba się za te grzechy brać po kolei. Dlatego nawracanie się jest nie raz długotrwałym procesem i ma różną intensywność. Czasem wręcz biegniemy na tą dobrą drogę, czasem na tej drodze powrotu upadamy, czasem nas Pan Bóg trochę "teleportuje" bliżej. Czasem ślimaki i żółwie by nas wyprzedziły.
Jednego jestem pewna. Jeśli chcemy żyć blisko Boga i żyć Jego nauką to On nam zawsze będzie towarzyszył. I nie oczekuje od nas nie wiadomo jak heroicznych czynów. Mamy być święci w naszej codzienności. Więc, jeśli pragniesz żyć z Bogiem to Prz 3,6 i miej oczy duszy szeroko otwarte, a zaczniesz dostrzegać świat Jego oczami i wejdziesz na drogę nawrócenia. To może być Twoja i moja największa życiowa przygoda :)
PS Pokuta jest idealną towarzyszką nawracania się. Sami też możemy sobie zadawać pokutę, oczywiście zawsze odprawiając tą zadaną w konfesjonale.

sobota, 4 maja 2013

Kartka z pamiętnika

Darek skończył 9 miesięcy... Wstaje sam bez podtrzymywania się czegokolwiek i robi pierwsze samodzielne kroki również bez trzymania się czegokolwiek. Na początku kwietnia wyszły mu dwa pierwsze ząbki - górne jedynki. Od kwietnia chodzi do żłobka. Podoba mu się tam - z uśmiechem na buzi wyrywa się do opiekunki, kiedy go tata tam przywozi. Nigdy nie przypuszczałam, że dziecko to taki wielki cud i skarb. Fakt, że nie raz jestem wykończona totalnie i mam wszystkiego serdecznie dość, ale nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne. 

Od 15 kwietnia pracuję na zastępstwie w szkole. Nie ma co tu pisać o pracy... Najważniejsze, że jest :) Oby też na wakacje coś mi się udało znaleźć :) 

Już jutro I Komunia Św. dzieci, które przygotowywałam. Strasznie szybko ten czas zleciał. Dopiero zaczynałam, a tu już koniec... Dzieci przygotowane, próba zrobiona, jutro finish - czternaścioro "moich" dzieci przyjmie Pana Jezusa do serca. Zaczynam się troszeczkę stresować, czy wszystko dobrze pójdzie ;) 

Dni mi uciekają. Cieszyłam się i nadal cieszę, że Darek chodzi do żłobka, bo mam niby więcej czasu dla siebie, ale ten czas zasuwa tak prędko, a ja mam tyle rzeczy do zrobienia, że i tak, kiedy już mam chwilę wolnego to nie wiem w co ręce wsadzić i co robić... 

Pozdrawiam garstkę moich Dobrych Przyjaciół :) 

środa, 19 grudnia 2012

Darek - Skarb bezcenny

Za tydzień Darek skończy piąty miesiąc. 
Strasznie szybko leci mi czas. 
Darek strasznie szybko rośnie. 
Mając 3 miesiące wyglądał na 6. 
Zdrowy, wielki, silny... 
Ma swoje humory i jeszcze nie zawsze wiem czego chce. 
Wczoraj pierwszy raz obrócił się z brzuszka na plecy. 
Dziąsła ma twarde i lada dzień będą pierwsze ząbki. 
W nocy dobrze śpi i coraz rzadziej się budzi głodny. 
Rekordem było przespane 9 godzin bez przerwy :) 
Jeszcze sam nie siada, ale jak się go posadzi 
i podtrzyma to chętnie siedzi ładnie prosto. 
Lubi spacery w spacerówce - ogląda świat. 
Lubi zakupy w marketach - jest tak kolorowo... 
Mogę z nim bez problemów jeździć autobusami. 
W samochodzie zasypia. 
Kąpię go już tylko w dużej wannie. 
Do małej wanienki jeszcze się mieści, 
ale 
na 2 wiaderka wody połowa jednego zalewa mi podłogę, 
bo Darek tak przeplata nogami. 
Jego uśmiech jest powalający. 
Chociaż ma tych uśmiechów kilka, to w sumie każdy z nich zaraża. 

Każdego dnia dziękuję Bogu za ten Skarb.
Czasem mam już serdecznie dość, 
hormony czasem jeszcze buzują, 
ale Dareczkowy uśmiech łagodzi obyczaje. 

Jestem szczęśliwą mamą :) 

piątek, 3 sierpnia 2012

Jak wspominam Szpital Wojewódzki w Tychach należący do Megrez Sp. z o.o.

MEGREZ Sp.z o.o.
Szpital Wojewódzki w Tychach, 
oddział położniczo-ginekologiczny (tzw. septyk), 
porodówka, 
oddział położniczy 

Będzie dużo tekstu, ale dla niecierpliwych i zabieganych - podsumowanie na końcu wpisu :) 


Tam spędziłam 10 dni. Zaczęło się od skierowania od mojej ginekolog z powodu małowodzia w dniu "książkowego" terminu porodu. Zatem następnego dnia od wizyty u mojej pani dr, w czwartek o godzinie 7 rano wyruszyłam z mężem na izbę przyjęć. Na dzień dobry usłyszałam, że nie ma miejsc i mam przyjść jutro :] Ale mogę też poczekać, bo o 8:00 ma przyjść doktor i on będzie decydował. Grubo po 8:00 weszłam do gabinetu położnej na izbie przyjęć i po wywiadzie i badaniu miałam się przebierać w piżamkę i kapcie, bo mnie przyjmują. W dniu przyjęcia zrobiono mi podstawowe badania - badanie szyjki macicy, KTG i USG. Okazało się, że ilość wód mam w normie. Pozostałe wyniki też są ok. No ale decyzję o ewentualnym wypisie lekarze podejmują na porannym obchodzie. Nie wysłali mnie jednak do domu, ale zlecili dalsze badania na poniedziałek. Było mi to na rękę, bo książkowy termin porodu już minął, miałam wszystkie rzeczy przy sobie w jednej torbie i nie uśmiechało mi się wozić tego w tę i we w tę. We wtorek miałam kolejny raz badanie szyjki macicy. KTG robiono mi raz dziennie, a we wtorek chyba ze trzy razy mnie przypinali do tego sprzętu. Co do miejsc - nic dziwnego że ich brakuje skoro wcześniej na sali było 5 łóżek, a teraz są trzy... Wiem, bo leżałam tam też wcześniej, zanim spółka M. przejęła szpital. 

Panie pielęgniarki i położne na septyku są ok. Panie salowe natomiast już niekoniecznie. Swoje obowiązki w salach pacjentek wykonują czasami dość głośno, wyżywają się mopami na łóżkach... Zdarzało się że posiłki przywoziły pielęgniarki, a z tego co wiem, to salowe się tym powinny zajmować, ale widocznie miały co innego do roboty... Koleżanka z sali, leżąca tam już 3 tygodnie, opowiadała, że raz poprosiła salową o zmianę pościeli. Po wielkich upałach nie ma co się dziwić, że człowiekowi przykutemu do łóżka jest źle w przepoconych betach.. Usłyszała oburzony głos: "To ja mam pani co tydzień pościel zmieniać??" i nie było by może w tyn nic dziwnego gdyby nie fakt, że ta pani ani razu nie zmieniła jej pościeli.

Mój mały syneczek wykopał ze mnie wody płodowe o północy w środę. Więc mój poród zaczął się niestandardowo. Skurcze same nie nadeszły. Czekałam na nie od północy do 7 rano już na trakcie porodowym, gdzie około 7:00 podano mi kroplówkę. Dostałam własny boks, który wydawał mi się trochę ciasny, ale komfortowy. Trzeba przyznać, że z estetycznej strony porodówka jest super. Są piłki, krzesełko porodowe, można swobodnie chodzić po korytarzu obok boksów, można korzystać z prysznica... ale pod prysznicem nie wytrzymałam długo... bardzo szybko zrobiło się tam bardzo duszno. Nie było żadnego okienka, a wentylacja.. szkoda gadać. Więc standard prysznica jedynie obniża moją pozytywną ocenę porodówki. Panie położne były miłe, chętne do pomocy. Prowadząca mnie położna często zaglądała do mnie i podsuwała pomysły co robić, żeby w naturalny sposób łagodzić bóle. Co jakiś czas badano tętno dziecka i kilka razy lekarz badał szyjkę. Dużym wsparciem był dla mnie mąż, dzielnie trwający przy mnie od około 5 rano do przewiezienia mnie na oddział położniczy, a synka na noworodki :) Czyli do mniej więcej 16:00. 

Na oddziale położniczym od razu zajęła się mną położna. W ekspresowym tempie pomogła mi się pozbierać i wziąć prysznic. Nie podobało mi się tam to, że do sal pacjentek nie mógł wejść nikt prócz pacjentki, położnej i lekarza. Z jednej strony rozumiem, że na salach leżą kobiety w różnym stanie - wietrzą krocze i karmią piersią... Był jednak moment kiedy na sali leżałam sama, bo trafiła mi się sala dwu osobowa i jedną noc spędziłam sama z dzieckiem... I wtedy ogromnie mi brakowało męża przy łóżku, gdy karmiłam Darka... Krzysiek musiał czekać na nas na specjalnych twardych ławeczkach przy drzwiach, gdzie jest tłum ludzi odwiedzających i często czuć przeciągi. Kobieta może sobie zabrać w wózeczku dziecko i iść z nim do tatusia w tłum i przeciągi... 
Ogromny minus za standard łazienek i WC. W godzinach porannego prysznica kosze ze zużytymi podkładami przebierają, woda stoi na posadzce... Nawet w tej wodzie plama krwi się kiedyś znalazła... Nie ma nikogo kto by tam sprzątał na bieżąco... Gdyby był mop, jakaś szmata z wiaderkiem.. same pacjentki by mogły poprzecierać tą podłogę... Były chętne do tego. Irytowało mnie jeszcze to, że nie miałam gdzie położyć żelu pod prysznic, bo żadnej nawet maleńkiej półeczki nie raczyli zrobić... trzeba było się schylać i kłaść żel pod nogi... W WC - smród. Po prostu. I otwarte jedno okienko... pozostałe klamki powyciągane albo rozkręcone tak, że nie da się otworzyć nic więcej...
Położne zaglądały na salę ze dwa razy dziennie i pytały czy wszystko w porządku. Poza tym podawały też posiłki. Często wnosiły talerze na salę i kładły na stolik. Na innych oddziałach trzeba sobie samemu podejść do drzwi żeby coś zjeść, a tu - pełna obsługa. Duży plus i szacun dla położnych! Zawsze można było podejść i poprosić o pomoc, chętnie jej udzielały. 
Salowe... Olaboga! Nie ważne, która godzina, nie ważne czy się dziecko karmi, przewija czy ono po prostu śpi... wchodzi salowa, trzaska koszem, żeby go otworzyć i zabrać jego zawartość, klapa jej spada, że aż huczy w uszach! Na sali były trzy rodzaje koszów... Na odpady komunalne, na pampersy itp. oraz na brudną bieliznę. Czyli na szpitalne pieluch tetrowe czy ciuszki, które dziecko zbrudzi. Bo w szpitalu mają swoje ubranka, beciki, kocyki.. i przy kąpieli są zawsze przebierane w czyste. Jednak zdarza się, że trzeba poprosić o czysty kaftanik czy śpiochy... wtedy brudne ląduje w koszu nr trzy. Mój mały miał szpitalne pieluchy tetrowe od drugiej doby... Trochę ich schodziło, bo na jeden raz miał zakładane 4, aby podnieść jąderka, żeby się wodniaka pozbyć. Kosz był peeeeeełny. Salowa nie mogła go nie widzieć. Po prostu zmieniała worki w koszach na odpady komunalne i pampersy ale bielizny nie tknęła... Proszę sobie wyobrazić zapach dwudniowej kupy... Tak. Wróćmy do czegoś przyjemniejszego... 

Jeśli chodzi o te kochane panie położne... Nie raz zdarzyło się, że dwie położne mówią co innego na jeden temat. Dlatego trzeba włączyć własny rozum i samemu podejmować decyzje, sugerując się tylko zdaniem położnych. One są doświadczone i mają ogromną wiedzę o połogu i noworodkach, to fakt. Ale jako matka mam własny instynkt macierzyński i tu ja decyduję. Przykład? Proszę... "Dziecko najpierw przewijamy, potem karmimy i czekamy aż zaśnie przy piersi". To sobie tak rób... Mój Darek budzi się z głodu a nie z pełnego pampersa. Najpierw musi zajeść pierwszy głód, a potem pozwoli się przebrać. Przy próbach działania wg porządku położnej... przewijanie było katorgą. Darek krzyczał na pół oddziału. Najgorzej w nocy, jak ludzie śpią / chcą spać. Takie biedne znerwicowane z głodu dziecko potem nawet nie ma siły na przyssanie się do piersi.. chce flachę z mlekiem na JUŻ. 

Oddział noworodków. Korytarz i dyżurka wyglądają luksusowo. Do sal noworodków wejść nie można, więc nie wiem jak tam jest.. Ale panie są bardzo miłe. Służą pomocą. Kiedy Darek tak przeraźliwie płakał przy przewijaniu a jeszcze nie wiedziałam, że to po prostu głód, poszłam z nim na noworodki i pytałam o te schorowane jąderka, tym bardziej, że jakieś czerwone ślady się zaczęły pokazywać. Pani położna najpierw poprosiła panią doktor a potem obie zabrały Darka na salę, pooglądały i zawinęły w tetrę. Dostałam butelkę dla niego żeby go nakarmić. Dopiero wtedy byłam spokojna, że jego tam nic nie boli, a ten płacz to z głodu... Ta akcja miała miejsce w nocy, więc jestem pod wrażeniem, że nawet nocą wezwano panią doktor i udzielono nam pomocy :) Duży plus! Chociaż z drugiej strony... po to jest szpital, żeby doktor był obecny o każdej porze...
Rano gdzieś w okolicy godziny 7:00/8:00 zabierano dzieci z sal na noworodki i tam je panie kąpały, przewijały, ubierały. Jeśli były zlecone jakieś badania to były też od razu robione. I około godziny 9:00/10:00 maluszki wracały na sale do mam. W czasie kąpania maluchów przychodzili ginekolodzy na obchód. A gdy maluszki były już przy mamach - przychodził pediatra i informował o stanie zdrowia dziecka. Reszta dnia mijała na opiece nad dzieckiem i odpoczynku. 

PODSUMOWANIE:
septyk
warunki lokalowe - dobre
pielęgniarki i położne - przeważnie miłe, chętne do pomocy
salowe - hałaśliwie wykonują swoją pracę, rzadko mają dobry humor. 
lekarze - dobra kadra 

porodówka
warunki lokalowe - super, pomijając jakość prysznica (chociaż nie mam porównania, bo rodziłam tylko raz ;) )
położne - pomagają, mówią co robić by łagodzić ból i nie opóźniać za bardzo porodu; sympatyczne, wyrozumiałe,
lekarze - dobra kadra 

położniczy 
warunki lokalowe - sale ok; łazienki i WC - katastrofa. W porze porannego prysznica woda stoi na podłodze, kosze są przepełnione. W WC śmierdzi.
położne - miłe i chętne do pomocy
salowe - jak na septyku - strasznie głośne, kosze wypróżniane selektywnie... kosz z brudną bielizną przepełniony i nie wypróżniony przez co najmniej dwie doby. 
lekarze - dobra kadra 

noworodki
warunki lokalowe - korytarz w dużo lepszym stanie niż na położniczym. Dalej wstępu nie ma. 
pielęgniarki - miłe i chętne do pomocy
lekarze - dobra kadra

Co do pielęgniarek, położnych i lekarzy - zdarza się że mają różne zdania na jeden temat więc trzeba się też kierować instynktem macierzyńskim i własnym rozumem.

niedziela, 15 lipca 2012

Moje oczekiwanie...


Już niedługo. Chociaż jeszcze jest czas. Jeszcze dwa dni do książkowego terminu, który mogłam określić bardzo precyzyjnie. Spodziewamy się Synka, a chłopcy, jak to chłopcy, lubią posiedzieć u mamy dłużej... I jeszcze dwa tygodnie może sobie tak siedzieć. I ja sobie tak spokojnie, cierpliwie czekam na niego. To irytujące jak ludzie patrzą na mnie ze zdziwieniem, że jeszcze nie urodziłam i każą chodzić po schodach i więcej się bzykać, żeby małego pogonić. Ludzie, dajcie żyć ;) Druga sprawa... Wy, wszyscy kochani Przyjaciele, którzy coraz więcej i częściej o nas myślicie... Nie pytajcie: "Jesteś jeszcze w ciąży??", bo co mam powiedzieć?? Nasuwa mi się tylko odszczekujące: "Nie, już usunęłam". I nie liczcie na to, że jak zacznę rodzić to będę do Was dzwonić czy pisać "RODZĘ!", bo nie będę. I Męża mojego też o to nie proście, bo on będzie musiał się mną zajmować, a nie zdawać Wam relacje jak mi idzie.

Jesteśmy gotowi rodzić. Mały przyjdzie w swoim czasie. Módlcie się po prostu za nas, a w końcu dostaniecie wiadomość, że jest już po drugiej stronie brzucha.

Minęła fala upałów więc czuję się świetnie. Nogi już nie puchną. Kondycja jest ok. Śpię jak suseł, rzadko wstaję w nocy za potrzebą. Mąż ma urlop i dni mijają spokojnie, beztrosko. Mały się wierci w brzuchu, lubi siedzieć wysoko tuż pod sercem... Cóż by dodać jeszcze... Jak macie pytania, to w komentarzach proszę.

wtorek, 5 czerwca 2012

Szkoła... rodzenia

Kiedy w 26 tygodniu ciąży wylądowałam na badaniach diagnostycznych w szpitalu i widziałam kobiety w dużo bardziej zaawansowanej ciąży - nasłuchałam się trochę o ciąży, porodzie, połogu, pielęgnacji dziecka etc. Byłam przekonana, że z moją wadą wzroku czeka mnie cesarka, nie myślałam wcale o tym co mnie jeszcze czeka w związku z moim błogosławionym stanem. Skupiłam się na obowiązkach zawodowych. Jednak ta doba w szpitalu dała mi do myślenia. Zrodziły się wątpliwości, czy aby na pewno będą mnie ciąć? Moja pani ginekolog jeszcze ani razu nie zapytała o mój wzrok, chociaż zawsze chodzę w okularach. Może na to za wcześnie, a może to mit, że z dużą wadą wzroku nie można rodzić naturalnie? A może moja duża wada wzroku nie jest wcale duża?
Musiałam zapisać się do szkoły rodzenia. Od razu wiedziałam, którą wybiorę, bo jak się ma w rodzinie doświadczoną położną to trzeba najpierw porozmawiać z nią.

Na początek się dowiedziałam, że kobiety z jeszcze większą wadą wzroku niż moja rodziły naturalnie bez żadnych problemów i powikłań. Więc nie jestem z góry skazana na cesarkę. Później ustaliłyśmy termin spotkania.

Spotkań było w sumie pięć. O czym? O tym co może nas w ciąży spotkać i jak na daną sytuację reagować. Czasem wystarczy telefon do ginekologa, ale często mimo najdokładniejszego opisu sytuacji żaden doktor przez telefon nam nie pomoże. Dwa spotkania dotyczyły samego porodu, jak on przebiega, czego się spodziewać. Była także mowa o tym jak pielęgnować nowego członka rodziny, kiedy już będzie po drugiej stronie brzuszka oraz jak przetrwać połóg.

Co było dla mnie ważne?
Atmosfera tych pięciu spotkań. Przede wszystkim prowadząca zajęcia - Zdzisia nie wykładała nam książkowych teorii jak profesor na uniwersytecie, ale mówiła o konkretach i popierała je przykładami z własnego 20-letniego doświadczenia. Jako położna - dzieli się tą wiedzą, która ma nam pomóc urodzić dziecko, pielęgnować je i zadbać o siebie w połogu. Jako położna środowiskowa i  matka dwóch synów podpowiada jak wychowywać dziecko, na co zwracać uwagę, czego się nie bać, czego się spodziewać i jak reagować.

Tatusiowie też sporo wynieśli z tych lekcji. Nasłuchali się o tym czego mogą się spodziewać i jak powinni reagować. Przecież oni też się boją.
Wspólnie ćwiczyliśmy na piłkach i materacach.

Po tych lekcjach u Zdzisi jestem mądrzejsza, moje wątpliwości zostały rozwiane, na pytania usłyszałam odpowiedzi i posłuchałam jak inni sobie radzili lub nie radzili z ciążą i dzieckiem. Wiem od strony technicznej czego spodziewać się w szpitalu i wiem jakie emocje mogą mi towarzyszyć, na co się nastawiać, do czego dążyć.

Z czystym sercem polecam tą Szkołę Rodzenia.
Tutaj możesz poznać troszkę Zdzisię


Zdzisława Krzykała
tel. 507 541 191
krzykala@op.pl
ul. Pszczyńska 104
43-175 Wyry
(koło Mikołowa, woj. śląskie)




piątek, 20 kwietnia 2012

Warsztat Pana Boga

W warsztacie Pana Boga nie wszystkie narzędzia są doskonałej jakości, jednak Pan Bóg jako idealny Stwórca radzi sobie z tym co ma. Dowodem na to jest sam człowiek. Od wielu tysięcy lat kulę ziemską zamieszkują ludzie. Przystosowani jesteśmy do różnych warunków jakie nam daje ziemia i klimat. Rodzimy się, dojrzewamy, starzejemy i umieramy.

Sami żyjemy coraz szybciej, przez wieki udoskonalamy nasze narzędzia, poszerzamy zainteresowania, podróżujemy. Rozwijamy się. Nauka pozwala nam wyjaśnić coraz więcej różnych zjawisk i pomaga poznać genezę różnych rzeczy. Potrafimy bez problemu rozróżnić dzieła natury od dzieł człowieka. Często, gdy człowiek  coś wymyśli, zaprojektuje, wykona - stworzy, zastrzega sobie prawa autorskie. Pan Bóg musiałaby na każdej istniejącej rzeczy stawiać swoje logo. Przecież bez Bożego błogosławieństwa człowiek by koła nie wymyślił i nie wykonał... Bez Bożego błogosławieństwa, Jego natchnienia i pomocy, nie mielibyśmy dzisiaj np. Internetu. 

Pan Bóg nie zamknął swojego warsztatu w Księdze Rodzaju po szóstym dniu. Fakt, siódmego dnia odpoczywał, jednak gdy nadszedł dzień ósmy, Bóg odlicza od początku - dzień pierwszy, zróbmy człowiekowi koło, aby mógł szybciej się poruszać i żeby mu ułatwić pracę. Dzień piąty, roku któregośtam, zróbmy człowiekowi Internet, aby mógł się komunikować z innymi, przekazywać swoje myśli, wartości... 

W Bożym warsztacie jest takie szczególne miejsce, w którym Bóg tworzy Nowe Życie. Przecież wciąż na świecie poczynają się nowi ludzie. Przez tysiąclecia, w zależności od warunków rodziło się mniej lub więcej dzieci. Część umierała szybko, część żyła długie lata. W tej części Bożego warsztatu praca ciągle wre. Można wygooglować ilu ludzi chodzi teraz po Ziemi, ilu żyło ileś lat temu... Już za czasów Maryi i Józefa robiono spis ludności w Betlejem. A wielu ludzi przecież nie miało nawet szansy odetchnąć powietrzem, bo zginęli zanim wykształciły im się płucka. Nieraz było to z winy innych ludzi, którzy odbierali Bogu prawa autorskie do tworzenia Życia. Ale było nie raz też tak, że Pan Bóg celowo nie tworzył człowieka "do końca". Jakby zaczął, a nie skończył. Dlaczego tak? Zapytamy Go jak przyjdzie na to czas. Sama jestem ciekawa, po co Bogu mój Kotomi* w niebie i dlaczego nie dał mi się nim nacieszyć... 

Nowe Życie to dla mnie jeden z największych cudów. Szczególnie teraz, kiedy już od ponad pół roku siedzę sobie w tej części Bożego warsztatu, gdzie powstaje Człowiek. To jest piękna i trudna lekcja o tym, jak działa Pan Bóg. Często chcemy od Boga natychmiastowego działania, jakiegoś pioruna z nieba, jakiegoś widocznego znaku Jego obecności... Pstryk i gotowe. Tak "szybko" działa szatan. Pan Bóg działa bez pośpiechu. I Pan Bóg jest z nami bez przerwy. Nawet wtedy, gdy zabierał nam Dziecko - był nie tylko po to, by zabrać i odejść, ale był po to, by nas wspierać i podnosić na duchu. Bóg nie opuszcza swojego stworzenia. To szatan ma w zwyczaju znikać jak już mu nie jesteśmy potrzebni, albo jak robimy się zbyt dobrzy. 

Jeszcze jedna refleksja, na koniec. Moja babcia urodziła czwórkę dzieci, teraz ma ośmioro wnucząt. Ona nie była ani razu u ginekologa. Nie wiedziała co to kwas foliowy, jakieś witaminy, kremy na rozstępy etc. Aż do samego porodu nie wiedziała czy ma synka czy córeczkę. Do ostatnich godzin przed porodem pracowała w polu... W wielkanocny poniedziałek świętowaliśmy 56 lat po ślubie babci i dziadka. 

Panem życia jest Bóg. Nie człowiek.

______________________
* Kotomi - imię naszego Dziecka, które odeszło od nas w 9 tygodniu ciąży.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

O pewnej reklamie

Przeglądałam właśnie ulubione strony i ciekawe filmiki. Po obejrzeniu jednego filmiku na czarnym tle youtube pojawiła się reklama, która sprawiła, że poczułam się troszkę nieswojo... Na długim wąskim pasku widać najpierw zdjęcie dziecka, które leży w jakimś specjalnym łóżeczku, jakby szpitalnym, a zaraz za zdjęciem jest tekst: "Dowiedz się, jak im zapobiegać." 

Pierwsze co przychodzi na myśl - jest to reklama antykoncepcji. Dosyć dosadna zresztą. Bo odniosłam wrażenie, że dla jej autora życie to jest coś o czym decydują tylko ludzie. Stawia on przecież pytanie: "Jak im zapobiegać?" To "im" jest określone tylko przez zdjęcie noworodka, więc nasuwa się pytanie - jak zapobiegać dzieciom? Co zrobić, żeby nie nie było dziecka? I czegóż innego można się spodziewać po kliknięciu w "Sprawdź", jak nie reklamy środków antykoncepcyjnych? Zniesmaczona, bo jestem przeciwna antykoncepcji, kliknęłam, aby utwierdzić się w przekonaniu, że ta reklama jest okropna. Oto co zobaczyłam:
I zdębiałam... Chyba ja mam jakieś dziwne pojęcie reklamy. Bo zawsze sądziłam, że reklama ma zachęcać i zapowiadać produkt/usługę. 

Tu jestem zbulwersowana samą formą - pokazać dziecko i pytać jak go uniknąć, a w odpowiedzi pisać na całkiem inny temat. 
To tak, jakby ktoś bez grosza przy duszy i dachu nad głową prosił o bułkę, a dostałby bilet autobusowy... 
No ale ja, to ja... i różne dziwne, czasem normalne rzeczy mnie "bolą"...

niedziela, 18 grudnia 2011

Nadchodzi! Jest coraz bliżej! Szykuj się!

Coraz bliżej święta. 
Coraz mniej czasu na sprzątanie, zakupy... 
Coraz mniej czasu na przygotowanie serca!
W tym roku święta spędzamy w domu, 
to do nas przyjadą Goście. 
Jest więc tyle do zrobienia, 
aby w te dni wszystko było dopięte na ostatni guzik. 

Trzeba przygotować dom dla Gości.
Trzeba przygotować serce dla Nowego Mieszkańca. 
Bo przecież Chrystus musi mieszkać z nami! 
Nie ma innej opcji :) 
A jest już coraz bliżej.
Czas nagli!

Jak się sprząta i robi zakupy, tego nikomu mówić nie będę. Każdy ma swoje nawyki i przyzwyczajenia. Powiem tylko, co można zrobić w tym ostatnim tygodniu adwentu, aby lepiej się przygotować na Boże Narodzenie. 
Już teraz zrób rachunek sumienia z adwentowych postanowień. Były w ogóle? Jak wychodzi ich realizacja? Może trzeba się jeszcze bardziej wysilić? A jak tam Msza Święta? Jeszcze jest okazja by na nią pójść. A jak już będziesz w kościele to skup się na tym, co tam się dzieje. Rozważ każde słowo księdza i głośno mu odpowiedz. Usłyszysz wtedy siebie samego i będziesz mógł lepiej zrozumieć Eucharystię. 
A lektura Pisma Świętego? Jeśli nie masz czasu na otwarcie świętej księgi to może warto zapisać się na http://www.lcwords.com/ ? Będziesz wtedy odstawać codziennie maila z cytatem do rozważenia. 
Różaniec. Wiem, to nie październik, a różaniec jest długi i nudny... I co on w ogóle ma wspólnego z Bożym Narodzeniem? Jeśli zaczniesz rozważać różaniec, a nie klepać, to całą modlitwę bez problemów odmówisz w ciągu 20 minut. W dodatku, jeśli nie masz, w ciągu dnia 20 minut, to rozważanie tajemnic różańca pomoże Ci podzielić modlitwę na kawałki i będziesz mógł odmawiać ją z przerwami. Np. dziesiątka w drodze do pracy, druga dziesiątka podczas przerwy, bo przecież czasem trzeba se dychnąć :) Potem trzecia dziesiątka podczas powrotu... i tak zostaje już niewiele do odmówienia. Na zachętę dodam, że są tacy zapaleńcy, którzy w ciągu dnia odmawiają różaniec 4 razy - aby każdego dnia rozważyć wszystkie 4 tajemnice ;) Ach, jak pomocne są konkretne intencje... one najbardziej mobilizują do modlitwy. Jeśli nie wiesz, o co i za kogo się modlić (chociaż jak się zastanowisz to znajdziesz masę spraw, które możesz powierzyć Bogu...) to zajrzyj tu: Intencje modlitewne na grudzień 2011 

Wysil się. 
Bliskie jest Królestwo Boże! 
Nie lękaj się, tylko bierz za siebie :) 
Nawracaj się i wierz w Ewangelię.  

piątek, 9 grudnia 2011

Wykopalisko

Zdarza mi się czasami wspominać różne dawne dzieje. I tak też dziś, trochę z nudów, trochę z ciekawości wyszperałam w necie mój dawny ukochany boysband - Backstreet Boys`ów. Ciekawa czy jeszcze w ogóle istnieją znalazłam ich stronkę, z której wynika że z pięciu zostało ich czterech. Znalazłam też coś, co mnie w pewien sposób przeraziło. Chodzi mi o ich koncertowe show z 1999r:

http://www.youtube.com/watch?v=JGxJ7xbZqh4

Na początku zawiało nudą. Łażą wokół sceny jak jakieś roboty, Kevin czasem kiwa głową, jakby chciał dać znać pozostałym, że ruszają dalej - tylko pozostali patrzą w tą samą stronę co Kev, więc nie wiem po co to... Druga rzecz - ich stroje... dresy na nogach a nad nimi jakieś kosmiczne napierśniki. Rozbawiło mnie to. Jednak to co widać w okolicy czasu 3:22 sprawiło, że moja opinia o grupie i o całej takiej popowej inicjatywie przeszła swoje trzęsienie ziemi. Ten fragment koncertu otworzył mi oczy. Mając te kilkanaście lat i zachwycając się piątką mniej lub bardziej przystojnych kolesi z Florydy, pewnie bym nie uwierzyła, że mają cokolwiek wspólnego z... szatanem. A na tym filmiku widnieje jak podpis - czerwono na czarnym kształt pentagramu. Może ktoś uznać, że się czepiam i szukam dziury w całym. Proszę jednak zauważyć, że jedynym źródłem wiedzy o tego typu zespołach, dla kogoś kto wychowywał się bez kablówki, porządnej satelity, nie wspominając o internecie... były gazety: bravo i popcorn. Czyli czasopisma, które zakłamują obraz prawdziwej miłości i promują jej imitację.
Ja dziękuję bardzo za taką miłość, która trwa przez tydzień, a ograbia nas z dziewictwa, zaufania do drugiej osoby i jeszcze wprowadza nieopisany lęk przed przedwczesną, niechcianą ciążą i uczy drastycznej w skutkach antykoncepcji.
Dzięki Bogu to czego się naczytałam za "dziecka" z tych gazet potrafiłam odpowiednio ocenić i nie poszłam za ich głosem. Teraz żyję z Chrystusem szczęśliwa i spokojna o przyszłość. I mówię szatanowi: Nie! Nie masz prawa do mego serca! Zajęte jest przez autentyczną Miłość. 

czwartek, 3 listopada 2011

Jabłko

- Mamo... kupisz mi jabłko? - Zapytała mała Gabrysia.
- Przejdź się do babci, u niej jest ich dużo, bo jabłonki obrodziły w tym roku. - Powiedziała mama. Babcia mieszkała po sąsiedzku i Gabrysia mogła do niej sama chodzić.
- Mamo, ale wiesz, że te jabłka od babci są takie brzydkie, robaczywe! Ja chcę takie ładne jabłko za sklepu! Słodziutkie, a nie kwaskowate! - Zaczęła się dąsać dziewczynka. Wtedy do rozmowy włączył się tata.
- Skarbie, to, że jabłko jest robaczywe, oznacza, że to jabłko jest zdrowe, nie pryskane środkami chemicznymi. Urosło tylko i wyłącznie z Bożą pomocą. Tak jak kiedyś w raju. Panu Bogu nie były potrzebne piękne jabłka, ale zdrowe owoce. - odpowiedział córce.
- No dobrze, rozumiem. Faktycznie, robaki byle czego nie jedzą. Ale jabłka babci są kwaśne i twarde, a Małgosia przyniosła do przedszkola ostatnio takie miękkie, słodkie jabłka, dla wszystkich. Ja też chcę takie pyszne!
- Przynieś, córciu kilka tych twardych jabłek, a ja już coś wymyślę. - powiedziała z szerokim uśmiechem mama. Gdy Gabrysia wróciła miała dwie siatki - w jednej jabłka a w drugiej marchewki. Dała siatki mamie i pobiegła do taty. Mama zrobiła sałatkę z marchewki i jabłka, doprawiła całość szczyptą cukru i cała rodzinka zajadała te pyszności. Mała Gabrysia z pustą miseczką podbiegła do mamy.
- Mogę prosić o dokładkę? Teraz już wiem, po co Pan Bóg stworzył tyle różnych jabłek! Jabłka Małgosi nie pasowałyby do tej sałatki, bo była by za słodka!