Jestem katechetką. Więc z automatu każdy sądzi, że wierzę w Boga. A z tą wiarą bywa różnie. Wiara to łaska dana każdemu podczas chrztu świętego. Możemy ją stracić, zniszczyć, zdeptać, odrzucić, pielęgnować, pomnażać itd.
Jak nie wierzyć mając wokół tyle! cudów?
Wczorajsza niedziela była wyjątkowa dla naszej rodziny. W kaplicy szpitala Wojewódzkiego w Rybniku odbyła się msza święta w intencji moich dziadków z okazji 62 rocznicy ślubu (słownie: sześćdziesiątej drugiej!). Chociaż babcia z dziadkiem nie byli na tej mszy ze względu na wiek i stan zdrowia to, gdy przyszliśmy do domu - siedzieli pięknie ubrani z różańcem w rękach. Zanim najbliższa rodzina zasiadła do obiadu przyszedł szafarz z Eucharystią.
Dla niewierzących to może być zwykła szopka. A dla mnie?
Pierwszy raz miałam "okazję" być podczas przyjścia szafarza z Komunią do chorych. Dla niektórych to codzienność, normalność... Dla mnie cenne przeżycie. Zawsze to ja idę do kościoła, modlę się, adoruję Najświętszy Sakrament, przyjmuję Komunię... Zdarzało mi się przyjmować Komunię w szpitalu... a teraz... Szafarz przyniósł Chrystusa do domu. Przyprowadził. Pomodliliśmy się całą rodziną. Babcia i dziadek przyjęli Komunię. Szafarz poszedł, a Chrystus został z nami w domu!
Swoją drogą - szafarz przyznał, że po raz pierwszy zdarzyło się, że cała rodzina się tak modliła jak my... Zawsze ludzie zostawiają go samego z chorymi - uciekają gdzieś z pokoju, chowają się... Ale po co uciekać od Miłości? Dopiero wróciliśmy z mszy świętej - moja mama, jej siostra z mężem i synem, ja z moim mężem i dwójką cudownych dzieci... Spotkania rodzinne mamy we krwi.
I co jakiś czas powraca ta myśl - szafarz przyprowadził nam Jezusa - zostawił nam go w domu... Chwila! Ja też Go przyniosłam, też przyjęłam Komunię...
I konkluzja - całe życie może być modlitwą.
Każdą myśl Bogu powierzam, łapię się na tym, że nucę pod nosem pieśni dla Niego.
Mam czas szczęścia i radości więc moje nucenie jest pełne wdzięczności, uwielbienia, ale był czas wielkiego stresu więc - pamiętam - prośby i błagania miałam w głowie co chwilę... Co mnie czeka? - nie wiem. Czego pragnę? - oj wiem, choć jeszcze nie wiem jak by To miało wyglądać... ale wszystko co mam - Bogu powierzam dziś. I spokojnie patrzę w przyszłość.
Ale nie będę chodzić po domach i wygłaszać kazań i morałów i nikogo do wiary namawiać i przekonywać, że tylko ja mam rację... Wierz, w co i w kogo chcesz.
W mojej rodzinie doświadczyłam, że Bóg JEST. Żyję Nim na co dzień. Powierzam Jemu wszystkich moich bliskich i tych, których Bóg stawia na mej drodze...
Chwała Panu!
Skarby młodości... czyli to wszystko co jest dla mnie cenne, co chcę zachować w pamięci i czym chcę się dzielić z Tobą, Czytelniku. Agadea
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
piątek, 20 kwietnia 2018
Doczekałam się
Już mam. Już gotowe. Marzenie spełnione. Kilku Dobrych Ludzi włożyło swój czas i wysiłek w remont naszego salonu. Kto co umiał - wykonał najlepiej jak potrafil.
Dziękuję. Serdeczne Bóg zapłać!
Otaczam modlitwą!
Chcę tu gorąco polecić Usługi Stolarskie, jakie oferuje Pan Janusz Grzesica z Tychów.
Moja opinia na temat jego usług - rewelacja!
Pełen profesjonalizm.
Wysoka kultura osobista.
Ogromne doświadczenie.
Genialne porady i rozwiązania.
Po prostu wspaniały Człowiek.
Od pierwszej rozmowy telefonicznej byłam pod wielkim wrażeniem.
Różni ludzie z różnych dziedzin już dla nas coś robili. Żaden nie miał w sobie takiej pasji i radości z pracy jak pan Janusz.
Każdy szczegół mojego projektu meblli omówiliśmy przed wykonaniem, aby wszystko było dopracowane idealnie. Porady, sygestie, szkice, rzeczywisty model drzwi do szafy rogowej... Jestem zachwycona efektem koncowym. Nasze nowe meble wyglądają wspaniale i są na prawdę solidne.
tychystolarz.pl
Będzie Pan miał jeszcze parę rzeczy do zrobienia u nas, bo nie zamierzam szukać innego stolarza.
Dziękuję. Serdeczne Bóg zapłać!
Otaczam modlitwą!
Chcę tu gorąco polecić Usługi Stolarskie, jakie oferuje Pan Janusz Grzesica z Tychów.
Moja opinia na temat jego usług - rewelacja!
Pełen profesjonalizm.
Wysoka kultura osobista.
Ogromne doświadczenie.
Genialne porady i rozwiązania.
Po prostu wspaniały Człowiek.
Od pierwszej rozmowy telefonicznej byłam pod wielkim wrażeniem.
Różni ludzie z różnych dziedzin już dla nas coś robili. Żaden nie miał w sobie takiej pasji i radości z pracy jak pan Janusz.
Każdy szczegół mojego projektu meblli omówiliśmy przed wykonaniem, aby wszystko było dopracowane idealnie. Porady, sygestie, szkice, rzeczywisty model drzwi do szafy rogowej... Jestem zachwycona efektem koncowym. Nasze nowe meble wyglądają wspaniale i są na prawdę solidne.
tychystolarz.pl
Będzie Pan miał jeszcze parę rzeczy do zrobienia u nas, bo nie zamierzam szukać innego stolarza.
sobota, 7 kwietnia 2018
Świt dobry!
Znowu. Od godziny 4 nie śpię. I zasnąć nie umiem. Już prawie się udało - potworny katar żyć nie daje. No i ciągle myślę o naszym dużym pokoju i o ludziach, którzy pomagają zrealizować nasze pomysły na idealne wnętrze. Od wtorku poza pracą w przedszkolach miałam pełne ręce roboty - tapetowanie, malowanie, sprzatanie... Już jest cudownie! Już coraz bliżej końca.
Mam nadzieję, że nikt z naszych Dobroczyńców nie odmówi mi spotkania przy stole, gdy już salon będzie dokończony. Chcę świętować i cieszyć się razem z Wami.
Mam nadzieję, że nikt z naszych Dobroczyńców nie odmówi mi spotkania przy stole, gdy już salon będzie dokończony. Chcę świętować i cieszyć się razem z Wami.
środa, 4 kwietnia 2018
Meble. Remont. Meble, meble, meble...
Coraz bliżej końca naszego remontu. Już trzy miesiące trwa. Już coraz bardziej widać koniec. Jeszcze tylko kilka dni potrzebuję na dopracowanie szczegółów - tapeta przy oknie, malowanie, sprzątanie...
Nie mogę się doczekać kiedy w tym pokoju będzie już wszystko dopracowane, czyste i gotowe na przyjazd Pana Janusza z meblami.
Nie dosypiam. Budzę się w nocy i w głowie mam nowe meble. Malując ściany, klejąc tapetę, ogarniając co sie da... Pijąc kawę... Na treningu... W pracy... W autobusie... Meble, meble, meble... Jeszcze potrzebuję kilka dni i będzie wszystko gotowe. I mam cichą nadzieję, że to nasz salon będzie czekał na Pana Janusza, a nie Pan Janusz na nasz salon 🤗
Kończy mi się melisa w kubku... Może mi to pomoże spać bez myślenia o remoncie i meblach. Choć nie lubie melisy. Wolę kawę lub zwykłą herbatę w dobrym towarzystwie. Może kidyś...
Nie mogę się doczekać kiedy w tym pokoju będzie już wszystko dopracowane, czyste i gotowe na przyjazd Pana Janusza z meblami.
Nie dosypiam. Budzę się w nocy i w głowie mam nowe meble. Malując ściany, klejąc tapetę, ogarniając co sie da... Pijąc kawę... Na treningu... W pracy... W autobusie... Meble, meble, meble... Jeszcze potrzebuję kilka dni i będzie wszystko gotowe. I mam cichą nadzieję, że to nasz salon będzie czekał na Pana Janusza, a nie Pan Janusz na nasz salon 🤗
Kończy mi się melisa w kubku... Może mi to pomoże spać bez myślenia o remoncie i meblach. Choć nie lubie melisy. Wolę kawę lub zwykłą herbatę w dobrym towarzystwie. Może kidyś...
sobota, 24 marca 2018
Myśli rozczochrane
1. Nie tylko posiadanie czegoś sprawia radość. Czekanie może być równie a nawet bardziej ekscytujące.
2. Im więcej mam na głowie tym lepiej jestem zorganizowana.
3. Znam wspaniałych ludzi, z którymi nie wypada mi się zaprzyjaźniać. Szkoda. Ale nie tracę nadziei. Jak będziemy w niebie - będziemy mieli mnóstwo czasu na rozmowy.
4. Jest wiele imitacji szczescia: pycha, chciwość, nieczystość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, lenistwo, cukier...
5. Wiedza to nie to samo co mądrość. Można wiedzieć wiele i nadal być niemądrym.
6. Dobrze, że czas tak szybko płynie. Jeszcze chwila i się doczekam!
7. Dobrym Rękom Szczęśliwe Serce dziękuje już dziś, bo pomnażają szczęście.
8. To będzie dobry dzień. Nawet jeśli coś się spartoli, to przyjmę to z uśmiechem, 🎶 bo moc pochodzi z Nieba 🎵 No to góry do góry
2. Im więcej mam na głowie tym lepiej jestem zorganizowana.
3. Znam wspaniałych ludzi, z którymi nie wypada mi się zaprzyjaźniać. Szkoda. Ale nie tracę nadziei. Jak będziemy w niebie - będziemy mieli mnóstwo czasu na rozmowy.
4. Jest wiele imitacji szczescia: pycha, chciwość, nieczystość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, lenistwo, cukier...
5. Wiedza to nie to samo co mądrość. Można wiedzieć wiele i nadal być niemądrym.
6. Dobrze, że czas tak szybko płynie. Jeszcze chwila i się doczekam!
7. Dobrym Rękom Szczęśliwe Serce dziękuje już dziś, bo pomnażają szczęście.
8. To będzie dobry dzień. Nawet jeśli coś się spartoli, to przyjmę to z uśmiechem, 🎶 bo moc pochodzi z Nieba 🎵 No to góry do góry
piątek, 23 marca 2018
Pierwsza pomoc przedmedyczna
Byłam wczoraj na spotkaniu z ratownikiem medycznym dotyczącym udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej. To było jedno z najlepszych "szkoleń" na jakich w życiu byłam. Jeśli mielibyście okazję na takim spotkaniu być to ja gorąco polecam.
Niby wiedza na temat pierwszej pomocy jest ogólna, znana i każdy powinien wiedzieć jak tej pomocy udzielić. Jednak wczorajsze spotkanie oprócz odświeżenia wiedzy uświadomiło mi wiele nowych aspektow. Oto kilka punktów, które chce zapamiętać:
1. Mamy obowiązek pomóc poszkodowanym, z zachowaniem bezpieczeństwa swojego i innych.
Nie mogę zostawić córci niespełna trzyletniej na chodniku i biedz sprawdzać stan zdrowia potraconego. W tym czasie jestem odpowiedzialna za córkę. Mogę wołać o pomoc, dzwonić po pogotowie, ale dbam o bezpieczeństwo dziecka.
2. Najczęściej jeśli tylko nastawimy się na pomoc poszkodowanym to udzielimy jej automatycznie poprawnie. Jeśli się oparzysz to czym prędzej ochładzasz ranę nie zastanawiając się nad tym czym, jak, jak długo... Jeśli rozetniesz palec i leje się krew to też uciskasz ranę nie zastanawiając się czy i jak założyć opaskę uciskową... Jeśli leje się krew z rany - robimy korek, jeśli krew się leje z naturalnych otworów (nos, usta, uszy, itd) - pozwalamy jej spłynąć. Można ją "łapać", ale nie tamować.
3. Jeśli poszkodowany jest przytomny to jest dobrze. Rozmawiamy, pocieszamy, okrywamy kocem szczelnie, aby odczuł komfort.
4. Jeśli poszkodowany jest nieprzytomny i oddycha to jeszcze nie jest źle. Dbamy, by oddychał - niech leży na boku lub jeśli musi na plecach - odchylamy brodę od klatki piersiowej. Okrywamy szczelnie kocem.
Jeśli poszkodowany jest nieprzytomny i nie oddycha to już nie dobrze. Czas na reanimację. Jeśli nie mamy ustnika to nie musimy wdmuchiwać powietrza poszkodowanemu. Jeśli mamy ustnik to warto sprawdzić na sucho czy "działa", czy dmuchamy z właściwej strony.
Sa filmiki instruktażowe jak reanimować i jak prawidłowo i bezpiecznie wykonać "usta-usta".
5. Wyznaczamy konkretną osobę do konkretnego działania. "Pan, dzwoni po pogotowie, pan przynosi apteczkę, pani mi pomoże ją odwrócić." Gdy dzwonimy po pomoc na 112 lub 997 lub 998 lub 999 warto zacząć od adresu, bo wtedy służby już wiedzą gdzie coś się dzieje. Miejscowość, ulica, nr domu, znak szczegolny (sklep, przedszkole, parking przy...), droga między miastami X - Y... I dalej rozmawiamy z dyspozytorem, odpowiadamy na wszystkie pytania. Choćby "głupie" np. w sytuacji, gdy ktoś się dusi a pani pyta nas o wiek, choroby i zażywane leki poszkodowanego. Szkoda czasu na krzyki do słuchawki ponaglające dyspozytora. Jeśli nie znam odpowiedzi to mówię wprost "nie wiem".
6. Najbardziej niebezpieczny w kontakcie z poszkodowanym jest kontakt z jego krwią. Ślina, pot, bród, wymiociny chociaż są odrażające, ohydne to nie niosą ze sobą takich poważnych zagrożeń jak krew.
7. Przy drgawkach - jeśli poszkodowany oddycha to mamy do czynienia z padaczką. Stajemy za głową leżącego. Robimy z dłoni koszyczek i asekurujemy głowę. Czekamy aż atak minie. Oczywiście należy powiadomić pogotowie. Nic nie wkładamy do ust. Jeśli przy drgawkach poszkodowany nie oddycha - reanimujemy.
8. Nie każdy może być bohaterem. Są sytuacje, gdy nie jesteśmy w stanie się przełamać, spojrzeć na krew. Słabość i obrzydzenie nie pozwala nam pomóc. Wołanie o pomoc też jest rodzajem pomocy...
Jeszcze jeden wątek, ze spotkania ze strażakiem. W przypadku pożaru warto dzwonić od razu na 998. Ogień w ciągu 5 minut może zająć cały pokój. W trzeciej minucie nie da się oddychać z powodu zadymienia. Każda sekunda jest cenna. Gdy dzwonimy pod 112 telefon odbierze dyspozytor, który musi przekazać informację dalej. Możemy go pominąć - straż dotrze szybciej.
Niby wiedza na temat pierwszej pomocy jest ogólna, znana i każdy powinien wiedzieć jak tej pomocy udzielić. Jednak wczorajsze spotkanie oprócz odświeżenia wiedzy uświadomiło mi wiele nowych aspektow. Oto kilka punktów, które chce zapamiętać:
1. Mamy obowiązek pomóc poszkodowanym, z zachowaniem bezpieczeństwa swojego i innych.
Nie mogę zostawić córci niespełna trzyletniej na chodniku i biedz sprawdzać stan zdrowia potraconego. W tym czasie jestem odpowiedzialna za córkę. Mogę wołać o pomoc, dzwonić po pogotowie, ale dbam o bezpieczeństwo dziecka.
2. Najczęściej jeśli tylko nastawimy się na pomoc poszkodowanym to udzielimy jej automatycznie poprawnie. Jeśli się oparzysz to czym prędzej ochładzasz ranę nie zastanawiając się nad tym czym, jak, jak długo... Jeśli rozetniesz palec i leje się krew to też uciskasz ranę nie zastanawiając się czy i jak założyć opaskę uciskową... Jeśli leje się krew z rany - robimy korek, jeśli krew się leje z naturalnych otworów (nos, usta, uszy, itd) - pozwalamy jej spłynąć. Można ją "łapać", ale nie tamować.
3. Jeśli poszkodowany jest przytomny to jest dobrze. Rozmawiamy, pocieszamy, okrywamy kocem szczelnie, aby odczuł komfort.
4. Jeśli poszkodowany jest nieprzytomny i oddycha to jeszcze nie jest źle. Dbamy, by oddychał - niech leży na boku lub jeśli musi na plecach - odchylamy brodę od klatki piersiowej. Okrywamy szczelnie kocem.
Jeśli poszkodowany jest nieprzytomny i nie oddycha to już nie dobrze. Czas na reanimację. Jeśli nie mamy ustnika to nie musimy wdmuchiwać powietrza poszkodowanemu. Jeśli mamy ustnik to warto sprawdzić na sucho czy "działa", czy dmuchamy z właściwej strony.
Sa filmiki instruktażowe jak reanimować i jak prawidłowo i bezpiecznie wykonać "usta-usta".
5. Wyznaczamy konkretną osobę do konkretnego działania. "Pan, dzwoni po pogotowie, pan przynosi apteczkę, pani mi pomoże ją odwrócić." Gdy dzwonimy po pomoc na 112 lub 997 lub 998 lub 999 warto zacząć od adresu, bo wtedy służby już wiedzą gdzie coś się dzieje. Miejscowość, ulica, nr domu, znak szczegolny (sklep, przedszkole, parking przy...), droga między miastami X - Y... I dalej rozmawiamy z dyspozytorem, odpowiadamy na wszystkie pytania. Choćby "głupie" np. w sytuacji, gdy ktoś się dusi a pani pyta nas o wiek, choroby i zażywane leki poszkodowanego. Szkoda czasu na krzyki do słuchawki ponaglające dyspozytora. Jeśli nie znam odpowiedzi to mówię wprost "nie wiem".
6. Najbardziej niebezpieczny w kontakcie z poszkodowanym jest kontakt z jego krwią. Ślina, pot, bród, wymiociny chociaż są odrażające, ohydne to nie niosą ze sobą takich poważnych zagrożeń jak krew.
7. Przy drgawkach - jeśli poszkodowany oddycha to mamy do czynienia z padaczką. Stajemy za głową leżącego. Robimy z dłoni koszyczek i asekurujemy głowę. Czekamy aż atak minie. Oczywiście należy powiadomić pogotowie. Nic nie wkładamy do ust. Jeśli przy drgawkach poszkodowany nie oddycha - reanimujemy.
8. Nie każdy może być bohaterem. Są sytuacje, gdy nie jesteśmy w stanie się przełamać, spojrzeć na krew. Słabość i obrzydzenie nie pozwala nam pomóc. Wołanie o pomoc też jest rodzajem pomocy...
Jeszcze jeden wątek, ze spotkania ze strażakiem. W przypadku pożaru warto dzwonić od razu na 998. Ogień w ciągu 5 minut może zająć cały pokój. W trzeciej minucie nie da się oddychać z powodu zadymienia. Każda sekunda jest cenna. Gdy dzwonimy pod 112 telefon odbierze dyspozytor, który musi przekazać informację dalej. Możemy go pominąć - straż dotrze szybciej.
czwartek, 15 marca 2018
Nasza "seria niefortunnych zdarzeń"
Styczeń.
Alicja kaszle i ma zielony katar. Czas wziąć opiekę na tydzień. W tamtym tygodniu w środę dostrzegłam jakieś dziwne trzy krosty u Darka. W czwartek już było oczywiste - ospa. Tydzień opieki na Darka. Tłumaczenie, że biorę opiekę tylko w ostateczności, bo czasem po prostu nie ma kto siedzieć z moimi chorymi dziećmi.
Luty.
Ospa Darka się skończyła, po paru dniach obsypało Alę. Kto mógł ten jej pilnował. Po ospie Ala wróciła do żłobka. Minął tydzień. Minął poniedziałek. We wtorek pani ze żłobka informuje mnie o konieczności zbadania Ali przez pediatrę, bo strasznie kaszle. W środę Ala ze mną... No kaszle... Badanie... Zapalenie oskrzeli - antybiotyk. Znowu Ala zostaje z kim może...
Marzec.
Mąż nie dojechał do pracy, bo Corsa się zepsuła. Trzask - silnik zgasł. Holowanie, warsztat - silnik do wymiany. Koszty wymiany przewyższają wartość samochodu... Szybka decyzja - auto do demontażu. Symboliczny pogrzeb poprzez wbicie gwoździ w rejestracje na złomowisku... Szybka decyzja - kupujemy nowe, prosto z salonu... Wybraliśmy, kredyt przyznany, pieniądze na koncie. Trzeba czekać 10 tygodni na zrobienie wersji z wybranymi bajerami.
Tydzień po zezłomowaniu Corsy tracimy Cinquecento. Pani wjechała mi w drzwi pasażera na rondzie zamiast przyhamować odpowiednio wcześniej. Oczywiście na nowym rondzie w Tychach, przy Teatrze Małym. Tam, gdzie już miało być super bezpiecznie.
Jest połowa marca.
Cieszę się drobiazgami i dziękuję Bogu za każde dobro:
- za wspaniałego męża i cudowne dzieci
- za prawdziwych przyjaciół i spotkania z Bliskimi (Baby w góry, Gostyń, FitCurves)
- za postępy w remoncie, pracę i pomoc Heńka
- za pana Janusza, stolarza z powołania
- za pana Łukasza, świadka stłuczki, który chętnie udzielił mi pomocy i wsparcia
- za moje sukcesy w wyzwaniach, które sobie stawiam...
I klika linków ku pamięci:
Jeśli tylko chcesz - wielu artystów
Exodus 15 - Nasz Bóg
Małe TGD - Góry do góry
Alicja kaszle i ma zielony katar. Czas wziąć opiekę na tydzień. W tamtym tygodniu w środę dostrzegłam jakieś dziwne trzy krosty u Darka. W czwartek już było oczywiste - ospa. Tydzień opieki na Darka. Tłumaczenie, że biorę opiekę tylko w ostateczności, bo czasem po prostu nie ma kto siedzieć z moimi chorymi dziećmi.
Luty.
Ospa Darka się skończyła, po paru dniach obsypało Alę. Kto mógł ten jej pilnował. Po ospie Ala wróciła do żłobka. Minął tydzień. Minął poniedziałek. We wtorek pani ze żłobka informuje mnie o konieczności zbadania Ali przez pediatrę, bo strasznie kaszle. W środę Ala ze mną... No kaszle... Badanie... Zapalenie oskrzeli - antybiotyk. Znowu Ala zostaje z kim może...
Marzec.
Mąż nie dojechał do pracy, bo Corsa się zepsuła. Trzask - silnik zgasł. Holowanie, warsztat - silnik do wymiany. Koszty wymiany przewyższają wartość samochodu... Szybka decyzja - auto do demontażu. Symboliczny pogrzeb poprzez wbicie gwoździ w rejestracje na złomowisku... Szybka decyzja - kupujemy nowe, prosto z salonu... Wybraliśmy, kredyt przyznany, pieniądze na koncie. Trzeba czekać 10 tygodni na zrobienie wersji z wybranymi bajerami.
Tydzień po zezłomowaniu Corsy tracimy Cinquecento. Pani wjechała mi w drzwi pasażera na rondzie zamiast przyhamować odpowiednio wcześniej. Oczywiście na nowym rondzie w Tychach, przy Teatrze Małym. Tam, gdzie już miało być super bezpiecznie.
Jest połowa marca.
Cieszę się drobiazgami i dziękuję Bogu za każde dobro:
- za wspaniałego męża i cudowne dzieci
- za prawdziwych przyjaciół i spotkania z Bliskimi (Baby w góry, Gostyń, FitCurves)
- za postępy w remoncie, pracę i pomoc Heńka
- za pana Janusza, stolarza z powołania
- za pana Łukasza, świadka stłuczki, który chętnie udzielił mi pomocy i wsparcia
- za moje sukcesy w wyzwaniach, które sobie stawiam...
I klika linków ku pamięci:
Jeśli tylko chcesz - wielu artystów
Exodus 15 - Nasz Bóg
Małe TGD - Góry do góry
środa, 5 lipca 2017
Rok w pigułce
Dopiero teraz widzę, że ostatnio pisałam prawie rok temu.
Przez ten rok to tak wiele się działo, że do głowy mi nie przyszło, że w ogóle mam bloga.
Był to bardzo ciężki czas. Dni mijały mniej więcej tak samo. Darka do przedszkola, Alicję do żłobka, ja do pracy. W jednej szkole 18 godzin w tygodniu. W drugiej szkole 8 godzin... Zakupy, gotowanie, sprzątanie, lekcje, dzieci, mąż... Dla mnie samej brakło doby. Nigdy więcej. Nie będę wchodzić w szczegóły. Istotne jest to, że będąc na macierzyńskim zaczęłam pracę ponad moje siły. Wytrwałam do końca chociaż bardzo wiele mnie to kosztowało.
Rozkoszuję się wakacjami i planuję czas: spotkania, jednodniowe wycieczki, wyjazd w góry całą rodziną i przyjaciółmi. Czy będę miała pracę od września? Nie wiem. Nie mam siły (ochoty) szukać. Zapisałam się na fitness. Staram się nie jeść byle czego. Starannie planuję każdy dzień. Nie wszystko wychodzi jak w planach, ale tym się nie przejmuję. Moje pomysły - mogę je zamienić w każdej chwili. Nie ciąży już nade mną żaden Przymus, Obowiązek. Zadania żony i matki wykonuję z przyjemnością i mam czas dla Siebie. Powoli odżywam.
Przez ten rok to tak wiele się działo, że do głowy mi nie przyszło, że w ogóle mam bloga.
Był to bardzo ciężki czas. Dni mijały mniej więcej tak samo. Darka do przedszkola, Alicję do żłobka, ja do pracy. W jednej szkole 18 godzin w tygodniu. W drugiej szkole 8 godzin... Zakupy, gotowanie, sprzątanie, lekcje, dzieci, mąż... Dla mnie samej brakło doby. Nigdy więcej. Nie będę wchodzić w szczegóły. Istotne jest to, że będąc na macierzyńskim zaczęłam pracę ponad moje siły. Wytrwałam do końca chociaż bardzo wiele mnie to kosztowało.
Rozkoszuję się wakacjami i planuję czas: spotkania, jednodniowe wycieczki, wyjazd w góry całą rodziną i przyjaciółmi. Czy będę miała pracę od września? Nie wiem. Nie mam siły (ochoty) szukać. Zapisałam się na fitness. Staram się nie jeść byle czego. Starannie planuję każdy dzień. Nie wszystko wychodzi jak w planach, ale tym się nie przejmuję. Moje pomysły - mogę je zamienić w każdej chwili. Nie ciąży już nade mną żaden Przymus, Obowiązek. Zadania żony i matki wykonuję z przyjemnością i mam czas dla Siebie. Powoli odżywam.
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Skarby moje...
Nie ma to jak zasnąć z trudem po północy, obudzić się niedługo później, żeby Małą nakarmić, ogrzać... Następnie o 3 w nocy usłyszeć wołanie Dużego, że chce pić i jeść... Łaskawie pozwolił iść do sypialni o 4... Za to o 6:38 Mała już wyspana harcuje na łóżku co oznacza koniec spania dla mnie...
Darek wspaniale dba o siostrę. Czasem ją zabawia, a gdy zauważy, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo to od razu ją przegania, ostrzega, ochrania - gdy się bawi blisko kontaktu, krzyczy: "Nie! Nie ruszaj! Prąd może zabić!" Gdy siedzi na kanapie to pilnuje, żeby nie spadła (oczywiście sama jeszcze zejść nie umie więc ktoś dorosły także jest na tyle blisko, by katastrofy nie było...). A czasem wystarczy zwykłe pytanie: "Co Alicja robi?" I już wiemy, że dobrze jest mieć przynajmniej dwójkę dzieci :D Gdyby nie synek, cała drogę by tak przejechała bidulka...
Darek ma już 4 lata. Mądry chłopak, ogólnie grzeczny, choć lubi się buntować. Najtrudniej mu ubierać buty kiedy mama lub tata karzą. Cóż to będzie, gdy zacznie się chodzenie do przedszkola to nie wiem... Trzeba już chyba szukać "marchewek" na zachętę.
Alicja skończyła 9 miesięcy. Już 4 ząbki świecą w buzince. Wstaje sama podciągając się rączkami, uwielbia chodzić trzymając kogoś za ręce. Zabawki są mało ciekawe, lepszy jest długopis, śrubokręt, własne paluszki... Kąpiele w basenie i wannie? Zawsze chętnie. Z jedzeniem nie ma problemów.
Darek wspaniale dba o siostrę. Czasem ją zabawia, a gdy zauważy, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo to od razu ją przegania, ostrzega, ochrania - gdy się bawi blisko kontaktu, krzyczy: "Nie! Nie ruszaj! Prąd może zabić!" Gdy siedzi na kanapie to pilnuje, żeby nie spadła (oczywiście sama jeszcze zejść nie umie więc ktoś dorosły także jest na tyle blisko, by katastrofy nie było...). A czasem wystarczy zwykłe pytanie: "Co Alicja robi?" I już wiemy, że dobrze jest mieć przynajmniej dwójkę dzieci :D Gdyby nie synek, cała drogę by tak przejechała bidulka... środa, 6 lipca 2016
To i owo... I o służbie zdrowia.
Nie wiadomo kiedy przeleciał ten rok, kiedy to Darek chodził do przedszkola... Już ma wakacje... Ala już skończyła 7 miesięcy. Sama siada, raczkuje, podciąga się, aby samodzielnie stać. Gaworzy, jej śmiech słychać w całym domu. Darek pięknie rysuje autobusy i auta, rozpoznaje marki samochodów zerkając na ich logo. Liczy bezbłędnie, myślę, że do tysiąca dałby radę gdyby mu się chciało. Nawet od 109 do 0 mu się udało.
To jest prawdziwe błogosławieństwo móc oglądać jak dzieci się rozwijają. Chociaż czasem się dostaje obuchem w łeb i człowieka ściąga na ziemię szara rzeczywistość... Np wczoraj... Darek opanował umiejętność zeskakiwania z podestu zjeżdżalni... Radość nie trwała długo, bo raz mu się nie udało i niefortunnie spadł na łokieć. Moje podejrzenia złamania potwierdziły się na Ligocie. Obyło się bez nastawiania pod narkozą, ale gips jest. Pan doktor dał skierowanie z tekstem "pilne", kazał dzwonić pod wskazany nr żeby się umówić na za tydzień... Jak już się dodzwoniłam to odczułam na własnej skórze to, co słyszałam z legend i opowiadań...
Ja: Dzień dobry, dostałam ten numer wczoraj od pana doktora XY, bo syn złamał rękę i chciałam się umówić do kontroli...
Pani w słuchawce: Dobrze. Terminy są na październik.
Ja: No pan doktor kazał się umówić na poniedziałek, na skierowaniu napisał "pilne".
Pani: A to w takim razie terminy są na... koniec sierpnia.
Wyszukałam ortopedę, który przyjmuje prywatnie i ma pozytywne opinie. Jest w sieci podany do kontaktu nr komórkowy więc dzwonię. Słyszę męski głos, mówię, że chciałabym się umówić do kontroli... Pan okazał się być tym ortopedą, od razu wypytał o co chodzi, powiedział co i jak robić, mógłby przyjąć nas już jutro gdyby była potrzeba. Zupełnie inna rozmowa niż z panią z przychodni. Jeśli po wizycie nadal będę tak zadowolona z tego lekarza jak przy umawianiu się na spotkanie to z chęcią napiszę kto to i gdzie go znaleźć.
Póki co mogę z czystym sumieniem polecić laryngologa - pan Marek Czerwiński zajmuje się Darkowymi migdałkami. Na wizyty chodzimy prywatnie, ale pan doktor wypisuje leczenie długoterminowe i nie trzeba do niego chodzić "co chwilę". Już dwa razy odratował te migdałki przed wycięciem. Ostatnio zaproponował szczepionkę wzmacniającą odporność, dokładnie wyjaśnił jak ona działa, jak ją stosować, bo to proszek w saszetkach do rozpuszczania w wodzie/herbacie/soku... To doświadczony lekarz z powołania.
Od razu przypomina mi się mój ginekolog - Tomasz Zieliński... Jeśli znów zaciążę to od razu pójdę do niego. A na położną nie wyobrażam sobie kogoś innego niż pani Gabriela Kurzyca, chociaż nie twierdzę, że inni nie są równie dobrzy lub lepsi, jednak z nimi miałam do czynienia przy Alicji i jestem z tego powodu bardzo zadowolona.
Przy okazji pomarudzę na stronę http://szukaj.sluzbazdrowia.pl/ bo już któryś raz szukałam tam numerów kontaktowych do poradni specjalistycznej i okazało się, że podane numery są do zupełnie innych miejsc.
Bycie mamą wiąże się z jeszcze jednym... Zaczynałam pisać posta, gdy było jasno za oknem... Teraz dochodzi północ... Pomiędzy linijkami tego wpisu ogarnęłam z grubsza dom i zadbałam, by dzieci były wymyte i najedzone... Teraz grzecznie śpią - oby tak do rana. Idę teraz spać bo od 7:00 ja przejmuję Darka, gdyby coś potrzebował biedak-połamaniec...
Wykończona i szczęśliwa zarazem.
PS Byliśmy dziś w sklepie medycznym po temblak. Darek był wtedy czwartym dzieckiem tego dnia po taki sprzęt...
To jest prawdziwe błogosławieństwo móc oglądać jak dzieci się rozwijają. Chociaż czasem się dostaje obuchem w łeb i człowieka ściąga na ziemię szara rzeczywistość... Np wczoraj... Darek opanował umiejętność zeskakiwania z podestu zjeżdżalni... Radość nie trwała długo, bo raz mu się nie udało i niefortunnie spadł na łokieć. Moje podejrzenia złamania potwierdziły się na Ligocie. Obyło się bez nastawiania pod narkozą, ale gips jest. Pan doktor dał skierowanie z tekstem "pilne", kazał dzwonić pod wskazany nr żeby się umówić na za tydzień... Jak już się dodzwoniłam to odczułam na własnej skórze to, co słyszałam z legend i opowiadań...
Ja: Dzień dobry, dostałam ten numer wczoraj od pana doktora XY, bo syn złamał rękę i chciałam się umówić do kontroli...
Pani w słuchawce: Dobrze. Terminy są na październik.
Ja: No pan doktor kazał się umówić na poniedziałek, na skierowaniu napisał "pilne".
Pani: A to w takim razie terminy są na... koniec sierpnia.
Wyszukałam ortopedę, który przyjmuje prywatnie i ma pozytywne opinie. Jest w sieci podany do kontaktu nr komórkowy więc dzwonię. Słyszę męski głos, mówię, że chciałabym się umówić do kontroli... Pan okazał się być tym ortopedą, od razu wypytał o co chodzi, powiedział co i jak robić, mógłby przyjąć nas już jutro gdyby była potrzeba. Zupełnie inna rozmowa niż z panią z przychodni. Jeśli po wizycie nadal będę tak zadowolona z tego lekarza jak przy umawianiu się na spotkanie to z chęcią napiszę kto to i gdzie go znaleźć.
Póki co mogę z czystym sumieniem polecić laryngologa - pan Marek Czerwiński zajmuje się Darkowymi migdałkami. Na wizyty chodzimy prywatnie, ale pan doktor wypisuje leczenie długoterminowe i nie trzeba do niego chodzić "co chwilę". Już dwa razy odratował te migdałki przed wycięciem. Ostatnio zaproponował szczepionkę wzmacniającą odporność, dokładnie wyjaśnił jak ona działa, jak ją stosować, bo to proszek w saszetkach do rozpuszczania w wodzie/herbacie/soku... To doświadczony lekarz z powołania.
Od razu przypomina mi się mój ginekolog - Tomasz Zieliński... Jeśli znów zaciążę to od razu pójdę do niego. A na położną nie wyobrażam sobie kogoś innego niż pani Gabriela Kurzyca, chociaż nie twierdzę, że inni nie są równie dobrzy lub lepsi, jednak z nimi miałam do czynienia przy Alicji i jestem z tego powodu bardzo zadowolona.
Przy okazji pomarudzę na stronę http://szukaj.sluzbazdrowia.pl/ bo już któryś raz szukałam tam numerów kontaktowych do poradni specjalistycznej i okazało się, że podane numery są do zupełnie innych miejsc.
Bycie mamą wiąże się z jeszcze jednym... Zaczynałam pisać posta, gdy było jasno za oknem... Teraz dochodzi północ... Pomiędzy linijkami tego wpisu ogarnęłam z grubsza dom i zadbałam, by dzieci były wymyte i najedzone... Teraz grzecznie śpią - oby tak do rana. Idę teraz spać bo od 7:00 ja przejmuję Darka, gdyby coś potrzebował biedak-połamaniec...
Wykończona i szczęśliwa zarazem.
PS Byliśmy dziś w sklepie medycznym po temblak. Darek był wtedy czwartym dzieckiem tego dnia po taki sprzęt...
czwartek, 28 stycznia 2016
Wypadkowe miejsce w Tychach przy Teatrze Małym
Skrzyżowanie w Tychach obok Teatru Małego. Ulice: Bocheńskiego - Hlonda - Boczna. Widoczność za dnia - rewelacja. Otwarta przestrzeń. W nocy kiepskie oświetlenie, ale przecież nikt bez świateł nocą nie jeździ i z daleka widać nadjeżdżający samochód. Gorzej z rowerzystami, a z pieszymi bez odblasków to już tragedia... W jednym miejscu główną ulicę przecina obok pasów dla pieszych ścieżka rowerowa. Główna droga prowadzi z Hotelowca na Rynek i odwrotnie. Kierowcy z ulic Bocznej i Hlonda muszą ustąpić pierwszeństwa. Już w podstawówce wiedziałam jak się poruszać po takim skrzyżowaniu, bo tata zawsze omawiał znaki i sytuacje na drodze kiedy jechaliśmy razem autem.
Co sprawia, że średnio dwa razy w miesiącu na tym skrzyżowaniu kierowcy zbierają resztki swoich aut na lawetę? Może ktoś kto tam miał wypadek/stłuczkę/kolizję się wypowie?
Po każdej stłuczce Internauci mają milion pomysłów jak zaradzić następnym wypadkom: zamontować światła, wybudować rondo, zrobić progi zwalniające, zamienić znaki "ustąp pierwszeństwa" na "stop" itd. I zawsze ktoś doda, że nic się tam nie zmieni dopóki ktoś nie zginie.
Ja mam trochę inny apel do szanownych Kierowców.
Jeśli wsiadasz za kierownicę i włączasz silnik, to oprócz tych rzeczy, które musisz sprawdzić zanim ruszysz - typu lusterka, światła, pasy bezpieczeństwa... Sprawdź, proszę, czy Twój umysł jest gotowy do jazdy. Z pewnością masz obrany cel swojej drogi. Prowadzi Cię rutyna lub GPS. Dojedziesz do celu na czas i droga będzie przyjemnością jeśli będziesz jechać bezpiecznie. Brawurę zostaw do innych zabaw. Dumę schowaj do pudełka. Weź głęboki oddech i pomyśl, że "głupszemu" trzeba ustąpić i dobrze się porozglądaj dojeżdżając do skrzyżowań, rond, przejść dla pieszych, szkół, kościołów... i wszelkich miejsc, gdzie możesz trafić na innego użytkownika drogi lub pobocza.
Teraz do tych, którzy na tym skrzyżowaniu wyjeżdżają z podporządkowanej: Kierowco, zajrzyj na lewo i prawo trzy razy zanim ruszysz i wylądujesz na środku, bo jeśli spojrzysz tylko raz, może się okazać, że nie zauważyłeś auta, które zasłonił Ci Twój własny samochód słupkiem pomiędzy szybą przednią, a bocznym oknem.
Co sprawia, że średnio dwa razy w miesiącu na tym skrzyżowaniu kierowcy zbierają resztki swoich aut na lawetę? Może ktoś kto tam miał wypadek/stłuczkę/kolizję się wypowie?
Po każdej stłuczce Internauci mają milion pomysłów jak zaradzić następnym wypadkom: zamontować światła, wybudować rondo, zrobić progi zwalniające, zamienić znaki "ustąp pierwszeństwa" na "stop" itd. I zawsze ktoś doda, że nic się tam nie zmieni dopóki ktoś nie zginie.
Ja mam trochę inny apel do szanownych Kierowców.
Jeśli wsiadasz za kierownicę i włączasz silnik, to oprócz tych rzeczy, które musisz sprawdzić zanim ruszysz - typu lusterka, światła, pasy bezpieczeństwa... Sprawdź, proszę, czy Twój umysł jest gotowy do jazdy. Z pewnością masz obrany cel swojej drogi. Prowadzi Cię rutyna lub GPS. Dojedziesz do celu na czas i droga będzie przyjemnością jeśli będziesz jechać bezpiecznie. Brawurę zostaw do innych zabaw. Dumę schowaj do pudełka. Weź głęboki oddech i pomyśl, że "głupszemu" trzeba ustąpić i dobrze się porozglądaj dojeżdżając do skrzyżowań, rond, przejść dla pieszych, szkół, kościołów... i wszelkich miejsc, gdzie możesz trafić na innego użytkownika drogi lub pobocza.
Teraz do tych, którzy na tym skrzyżowaniu wyjeżdżają z podporządkowanej: Kierowco, zajrzyj na lewo i prawo trzy razy zanim ruszysz i wylądujesz na środku, bo jeśli spojrzysz tylko raz, może się okazać, że nie zauważyłeś auta, które zasłonił Ci Twój własny samochód słupkiem pomiędzy szybą przednią, a bocznym oknem.
Drugie dziecko w domu
Zawsze jest pewien stresik jak starsze dziecko przyjmie obecność nowego dziecka w domu... Opiszę jak to jest u nas :) 11 miesięcy przed przyjściem na świat Alicji pojawiła się mała Ewa w rodzinie naszych przyjaciół. Darek miał wtedy 2 latka. Widział wielki brzuch Cioci Asi, widział jak Ciocia karmi małą Ewę piersią, widział jak ja ją trzymam na rękach. Obserwował i zajmował się sobą. Zresztą już od początku uczyłam Darka, że musi też umieć sam się sobą zająć - niech też umie się bawić sam przy mamie, która musi coś zrobić, albo po prostu odpocząć. Jestem obok, obserwuję, słucham, ale nie bawię się z nim cały czas. Wykazuję zainteresowanie, ale robię swoje. Tak więc kiedy dowiedzieliśmy się, że pod moim sercem rośnie Ziarenko i gdy lekarz potwierdził, że wszystko jest OK to powiedzieliśmy Darkowi, że mama ma w brzuszku dzidziusia. Co za tym idzie trzeba na mamę i jej brzuszek uważać, żeby nie zrobić krzywdy dzidziusiowi. Nawet pozwoliliśmy Darkowi przekazywać wiadomość o ciąży bliskim :) Zobacz filmik :)
Z czasem brzuch rósł, a w domu przybywało rzeczy dla Alicji. Za podpowiedzią ginekologa nie od razu mówiliśmy Darkowi, że będzie miał siostrę. Bo gdyby się jednak okazało, że będzie brat - czułby się oszukany... Ale gdy kolejne badania usg potwierdzały płeć dzieciątka to już zwracaliśmy się do brzucha per Alicja i mówiliśmy Darkowi co nas czeka: to jest kołyska dla Alicji, jak wyjdzie z brzuszka to tu będzie spać; a to są ubranka dla Ali; Ala będzie siedzieć w swoim foteliku w aucie jak będziemy gdzieś jechać; to jest wózek Ali, ty Darku jesteś za duży, żeby jeździć we wózku, etc.
Gdy zbliżał się czas porodu to mówiliśmy Darkowi, że przez jakiś czas będzie w domu tylko z tatą, bo mama będzie w szpitalu, żeby Alicja mogła wyjść z brzuszka. Nawet uprzedzaliśmy, że może być potrzeba, że w środku nocy go obudzimy i pojedzie do Cioci Asi na noc. Jednak tak się potoczyło, że dostałam skierowanie do szpitala zanim zaczęłam rodzić i mąż z Darkiem mnie zawieźli i zaprowadzili aż pod salę. Więc Darek widział gdzie zostaję. Odwiedzili mnie też parę razy w szpitalu przed porodem, a potem po porodzie i Darek mógł już zobaczyć Alę :) Uśmiechał się, spojrzał na siostrę, powiedział: "to Alicja" i zajął się sobą i swoją zabawą.
Przeprawę przez zazdrość i odtrącenie też mamy za sobą. Była to jednak jednorazowa akcja. W wieczór kiedy wróciłam ze szpitala i karmiłam Alę Darek wymuszał ode mnie, żebym mu zaświeciła światło w łazience i na muszlę położyła jego deskę sedesową. Doskonale umie to robić sam, ale uparł się, żebym się nim zajęła. Tęsknił i w ten sposób chciał mojej uwagi. Jednak nie mogłam mu pomóc i musiałam twardo postawić na swoim, że karmię Alicję i NIE MOGĘ się nim zająć w takiej kwestii. Musiał ogarnąć się sam - nie pomogłam mu. Jednak, gdy skończyłam karmić, podeszłam do niego i porozmawialiśmy o tym. Odtrąciłam go, aby wiedział, że już nie jest sam i nie tylko on mnie potrzebuje. Ale gdy tylko mogłam znów poświęciłam jemu czas. Przykładowo: "Nie muszę teraz karmić Alicji to mogę Ci obrać mandarynkę, proszę." Załapał dość szybko na czym to polega. Jest pomocny i na ogół grzeczny.
Zainteresowanie jakie okazujemy Darkowi i czas, który mu poświęcamy sprawiają, że całkiem dobrze znosi obecność siostry w domu. Potrafi poczekać, gdy muszę zająć się tylko Alą, rozumie, że jak karmię to nie mogę podejść do niego z byle powodu. Przeważnie wtedy idzie tata.
Jest miedzy nimi 3 lata różnicy. Jestem dumna z Darka, bo jest świetnym starszym braciszkiem. Kiedy Ala płacze podchodzi do niej, mówi: "Nie płacz Alicjo" i głaszcze ją po brzuszku lub buja w foteliku. Ostatnio dla niej włączył bajkę z fajną muzyczką, bo: "Alicja lubi muzykę" ;)
Z czasem brzuch rósł, a w domu przybywało rzeczy dla Alicji. Za podpowiedzią ginekologa nie od razu mówiliśmy Darkowi, że będzie miał siostrę. Bo gdyby się jednak okazało, że będzie brat - czułby się oszukany... Ale gdy kolejne badania usg potwierdzały płeć dzieciątka to już zwracaliśmy się do brzucha per Alicja i mówiliśmy Darkowi co nas czeka: to jest kołyska dla Alicji, jak wyjdzie z brzuszka to tu będzie spać; a to są ubranka dla Ali; Ala będzie siedzieć w swoim foteliku w aucie jak będziemy gdzieś jechać; to jest wózek Ali, ty Darku jesteś za duży, żeby jeździć we wózku, etc.
Gdy zbliżał się czas porodu to mówiliśmy Darkowi, że przez jakiś czas będzie w domu tylko z tatą, bo mama będzie w szpitalu, żeby Alicja mogła wyjść z brzuszka. Nawet uprzedzaliśmy, że może być potrzeba, że w środku nocy go obudzimy i pojedzie do Cioci Asi na noc. Jednak tak się potoczyło, że dostałam skierowanie do szpitala zanim zaczęłam rodzić i mąż z Darkiem mnie zawieźli i zaprowadzili aż pod salę. Więc Darek widział gdzie zostaję. Odwiedzili mnie też parę razy w szpitalu przed porodem, a potem po porodzie i Darek mógł już zobaczyć Alę :) Uśmiechał się, spojrzał na siostrę, powiedział: "to Alicja" i zajął się sobą i swoją zabawą.
Przeprawę przez zazdrość i odtrącenie też mamy za sobą. Była to jednak jednorazowa akcja. W wieczór kiedy wróciłam ze szpitala i karmiłam Alę Darek wymuszał ode mnie, żebym mu zaświeciła światło w łazience i na muszlę położyła jego deskę sedesową. Doskonale umie to robić sam, ale uparł się, żebym się nim zajęła. Tęsknił i w ten sposób chciał mojej uwagi. Jednak nie mogłam mu pomóc i musiałam twardo postawić na swoim, że karmię Alicję i NIE MOGĘ się nim zająć w takiej kwestii. Musiał ogarnąć się sam - nie pomogłam mu. Jednak, gdy skończyłam karmić, podeszłam do niego i porozmawialiśmy o tym. Odtrąciłam go, aby wiedział, że już nie jest sam i nie tylko on mnie potrzebuje. Ale gdy tylko mogłam znów poświęciłam jemu czas. Przykładowo: "Nie muszę teraz karmić Alicji to mogę Ci obrać mandarynkę, proszę." Załapał dość szybko na czym to polega. Jest pomocny i na ogół grzeczny.
Zainteresowanie jakie okazujemy Darkowi i czas, który mu poświęcamy sprawiają, że całkiem dobrze znosi obecność siostry w domu. Potrafi poczekać, gdy muszę zająć się tylko Alą, rozumie, że jak karmię to nie mogę podejść do niego z byle powodu. Przeważnie wtedy idzie tata.
Jest miedzy nimi 3 lata różnicy. Jestem dumna z Darka, bo jest świetnym starszym braciszkiem. Kiedy Ala płacze podchodzi do niej, mówi: "Nie płacz Alicjo" i głaszcze ją po brzuszku lub buja w foteliku. Ostatnio dla niej włączył bajkę z fajną muzyczką, bo: "Alicja lubi muzykę" ;)
Etykiety:
Alicja,
Darek,
dzieci,
wspomnienia,
wychowanie
środa, 27 stycznia 2016
Mój drugi poród w Tychach :)
Gdy minął przewidywany termin porodu dostałam skierowanie do Szpitala Wojewódzkiego w Tychach - MEGREZ. Trafiłam na oddział położniczy, aby tam pod okiem położnych doczekać się porodu. Panie położne są super. Każda pomocna, sympatyczna. O lekarzach nie mam co za bardzo pisać. Mój ginekolog, który pracuje w tym szpitalu fantastycznie się mną zajął i miałam wrażenie, że pozostali nie wchodzą mu w drogę. Pani ordynator była przesympatyczna i pomocna.
Trafiłam na oddział w piątkowy wieczór, na poniedziałek miałam zaplanowany test OCT, ale z powodu skurczy, które pojawiły się same mój gin. stwierdził, że nie ma sensu podawać dodatkowo kroplówki bo wszystko jest ok. Pani ordynator na wtorkowym obchodzie zleciła kroplówkę na środę jednak nasza Ala już w nocy zaczęła zbierać manatki i przy bólach krzyżowych wychodzić na świat.
Zaczęło się o 2 w nocy... Skurcze co 3 - 5 minut, trwające około 1 minutę. Chodziłam po korytarzu, na skurczu kucałam, kręciłam biodrami, a gdy ból krzyża był coraz silniejszy to masowałam plecy. Pomógł także ciepły prysznic. Szkoda tylko, że musiałam czekać na niego aż do godziny 5 rano kiedy to pojawia się w rurach ciepłą woda... Około godziny 7 przyjechał Ardis. Darek był już w przedszkolu więc mąż mógł się mną zająć :)
Jako, że porodówka była przez całą noc zajęta to dostałam się tam dopiero o 8:00. Pani położna przypięła sprzęty pomiarowe i zrobiła ze mną wywiad. Dzięki jej doświadczeniu i chęci pomocy o 8:45 Ala była już po drugiej stronie brzuszka :) Pani Ilono - DZIĘKUJĘ :)
Poród uważam za fantastyczny. Spodziewałam się dużo, dużo, dużo większego bólu pamiętając poród synka. Więc jak już mała się wygramoliła - położna zaprowadziła nas do pokoju gdzie była sofa, worek sako i święty spokój. Przy wschodzącym słońcu trzymałam Alicję na piersi, a mąż karmił mnie czekoladą i podawał wodę. Gdy minął odpowiedni czas - zabrali małą na oddział noworodków, a ja mogłam wziąć prysznic i na oddział położniczy jechałam już czysta, odświeżona i uśmiechnięta. Tam położna, która zawoziła mnie o 8 na trakt "przyłapała" mnie o godzinie 11 na szykowaniu bułki z szynką ;)
Niestety nie każda miała tyle szczęścia co ja. Dziewczyny z mojej "sali oczekiwań" przeważnie kończyły poród cesarką. Każdy przypadek jest inny. Kochane, namęczyłyście się, ale ja potem i tak miałam przerąbane, bo chociaż poród był cudowny to miałam problemy z karmieniem. Nie umiałam porządnie przystawić Ali do piersi. Pierwsza kropelka siary pojawiła się w piątek rano dopiero, a rodziłam w środę. Każdy dotyk piersi to był straszny ból. Nie raz wyciskał łzy. Tak przez pierwszy miesiąc moje piersi musiały się zgrać z buzinką Alicji. Jak Ala zgryzła mi sutek aż do krwi to używałam kapturków. Przez kilka dni pomagały, ale potem z nimi było gorzej niż bez nich, więc je odstawiłam i przy każdym karmieniu wbijałam stopy w podłogę i zaciskałam pięści.
Ala już ma skończone dwa miesiące. Nie wiem kiedy to zleciało :)
Na koniec gorąco polecam:
http://www.szkolarodzenia.tychy.pl/
Trafiłam na oddział w piątkowy wieczór, na poniedziałek miałam zaplanowany test OCT, ale z powodu skurczy, które pojawiły się same mój gin. stwierdził, że nie ma sensu podawać dodatkowo kroplówki bo wszystko jest ok. Pani ordynator na wtorkowym obchodzie zleciła kroplówkę na środę jednak nasza Ala już w nocy zaczęła zbierać manatki i przy bólach krzyżowych wychodzić na świat.
Zaczęło się o 2 w nocy... Skurcze co 3 - 5 minut, trwające około 1 minutę. Chodziłam po korytarzu, na skurczu kucałam, kręciłam biodrami, a gdy ból krzyża był coraz silniejszy to masowałam plecy. Pomógł także ciepły prysznic. Szkoda tylko, że musiałam czekać na niego aż do godziny 5 rano kiedy to pojawia się w rurach ciepłą woda... Około godziny 7 przyjechał Ardis. Darek był już w przedszkolu więc mąż mógł się mną zająć :)
Jako, że porodówka była przez całą noc zajęta to dostałam się tam dopiero o 8:00. Pani położna przypięła sprzęty pomiarowe i zrobiła ze mną wywiad. Dzięki jej doświadczeniu i chęci pomocy o 8:45 Ala była już po drugiej stronie brzuszka :) Pani Ilono - DZIĘKUJĘ :)
Poród uważam za fantastyczny. Spodziewałam się dużo, dużo, dużo większego bólu pamiętając poród synka. Więc jak już mała się wygramoliła - położna zaprowadziła nas do pokoju gdzie była sofa, worek sako i święty spokój. Przy wschodzącym słońcu trzymałam Alicję na piersi, a mąż karmił mnie czekoladą i podawał wodę. Gdy minął odpowiedni czas - zabrali małą na oddział noworodków, a ja mogłam wziąć prysznic i na oddział położniczy jechałam już czysta, odświeżona i uśmiechnięta. Tam położna, która zawoziła mnie o 8 na trakt "przyłapała" mnie o godzinie 11 na szykowaniu bułki z szynką ;)
Niestety nie każda miała tyle szczęścia co ja. Dziewczyny z mojej "sali oczekiwań" przeważnie kończyły poród cesarką. Każdy przypadek jest inny. Kochane, namęczyłyście się, ale ja potem i tak miałam przerąbane, bo chociaż poród był cudowny to miałam problemy z karmieniem. Nie umiałam porządnie przystawić Ali do piersi. Pierwsza kropelka siary pojawiła się w piątek rano dopiero, a rodziłam w środę. Każdy dotyk piersi to był straszny ból. Nie raz wyciskał łzy. Tak przez pierwszy miesiąc moje piersi musiały się zgrać z buzinką Alicji. Jak Ala zgryzła mi sutek aż do krwi to używałam kapturków. Przez kilka dni pomagały, ale potem z nimi było gorzej niż bez nich, więc je odstawiłam i przy każdym karmieniu wbijałam stopy w podłogę i zaciskałam pięści.
Ala już ma skończone dwa miesiące. Nie wiem kiedy to zleciało :)
Na koniec gorąco polecam:
http://www.szkolarodzenia.tychy.pl/
![]() |
| Pierwszy wieczór w domu |
![]() |
| W drodze do przedszkola |
piątek, 13 listopada 2015
Zachcianka pt. Babka cytrynowa - przepis
Już minął termin porodu, a Ala ciągle się nigdzie nie wybiera... Naszła mnie ochota na babkę cytrynową, ale z tymi babkami to ciężko o dobry przepis. Dodatkowo jeszcze każdy ma trochę inny smak i upodobania... Więc jak jedni się zachwycają jakimś przepisem to jeszcze nie znaczy, że ja też będę. Przejrzałam przepisy w necie. Nie mogłam się zdecydować na żaden... Dlatego zrobiłam babkę cytrynową "na oko" :D Wyszła średnio słodka i wilgotna, tak jak chciałam. Lukier ją dosłodził i jest dla mnie idealna.Składniki:
1 szklanka cukru
1/2 kostki miękkiego masła
2 jajka
sok z 1 dużej cytryny
1/2 małego opakowania kefiru
szczypta soli
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 szklanki mąki
Lukier: sok z cytryny i cukier puder.
Wszystko ucierałam kulą w kolejności takiej jak lista składników. Utartą na gładką masę babkę przełożyłam do keksówki wyłożonej papierem i piekłam przez godzinę w 180 stopniach C bez
termoobiegu. Po 20 minutach pieczenia nacięłam ją z wierzchu :)
sobota, 31 października 2015
O Słoniku, który słuchał swojej mamy
Pewnego popołudnia Słonik obserwował swoich kolegów i koleżanki jak bawili się w ogromnej kałuży powstałej podczas ostatniej ulewy.
- Mamo, mogę się bawić z innymi? Też chciałbym się chlapać wodą i brudzić trawą i gliną.
- Tutaj możesz się bawić. - Odparła mama, ale też dodała:
- Pamiętaj jednak, że nie każde miejsce jest dobre do takiej kąpieli.
- To gdzie nie można się tak kąpać?
- Są takie wody zatrute, które powodują, że każdy, kto się w nich kąpie może później ciężko chorować. Należy je omijać z daleka, aby się nie narażać na niebezpieczeństwo. Jutro będziemy przechodzić obok takich wód więc pokarzę ci jak je rozpoznać. A teraz biegnij się bawić.
Słonik zaciekawiony opowieścią mamy chciał jeszcze o coś zapytać, ale nogi już pobiegły w stronę orzeźwiającej wody. Następnego dnia słonie wędrowały w poszukiwaniu pożywienia przez lasy i łąki. Nagle mama Słonika zatrzymała się i pokazała Słonikowi ogromne jezioro, którego woda miała dziwny kolor i niezbyt przyjemny zapach.
- To są wody zatrute, takich unikaj. - powiedziała zatroskana mama.
- Mamo, skoro te wody są zatrute to dlaczego tamte zwierzęta się w nich kąpią i piją tą wodę?
- Niektóre zwierzęta czują przyjemność z takich kąpieli i nie zważają na to, że później mogą chorować. Inne lubią mieć nietypową skórę lub sierść i specjalnie tutaj przychodzą, aby później w wyniku choroby mieć krosty i przebarwienia na ciele. Wyglądają później okropnie chociaż wydaje im się, że to jest modne i dobre. Inni przychodzą tu tylko raz w roku, tak po prostu dla zabawy. Wmawiają sobie, że tu im nic nie grozi, że to przecież tylko taka niewinna zabawa, która nie różni się od zabawy w czystej wodzie. Przecież fajnie to wygląda jak jest się tak oblepionym mazią... i śmierdzą przecież wszyscy znajomi więc po co się wyróżniać i odstawać od innych jak można się z nimi świetnie bawić... w truciźnie, której nie potrafią nazwać po imieniu - "Trucizna".
- Mamo, chyba ich rozumiem, bo wczoraj też bardzo chciałem się kąpać z innymi.
- Ja też ich rozumiem. Jest mi ich jednak żal, bo skutki chorób jakie powoduje ta zatruta woda mogą być przeróżne, ale zawsze są złe. Nieważne czy ktoś wchodzi w to jezioro po to, aby się oszpecić, czy ktoś tam wchodzi, żeby się pobawić. Niektóre zwierzęta uważają, że jeśli nie wierzą w zatrucie wody to ona im ze zrobi krzywdy - nie rozchorują się wtedy. I to jest najbardziej niebezpieczne podejście. To, że wielu się kąpało i nie zachorowało nie znaczy, że nie zachorują za jakiś czas.
- Więc od kąpieli w zatrutej wodzie można mieć bąble na ciele?
- Tak, ale nie tylko. Zdarza się bardzo często, że na ciele nie widać żadnych oznak choroby, ale wykąpany w zatrutej wodzie staje się chory w środku. Zanieczyszczenia z tej wody przenikają do ciała i zostają w nim. Bardzo ciężko jest się ich pozbyć. Spójrz na tamte zwierzęta. One tylko przesiadują już w tej wodzie. Nie bawią się, są nieszczęśliwe. Siedzenie w tej truciźnie jest ich sposobem ukojenia choroby. Nie zdają sobie już sprawy z tego, że są tak ciężko chorzy.
- Czyli wystarczy raz wejść do takiej wody, żeby potem chorować jak oni?
- Dla niektórych, silnych zwierząt jednorazowa kąpiel nie będzie szkodliwa. Może nawet stwierdzą, że pomimo kąpieli są całkowicie zdrowi i za rok przyjdą znowu się wykąpać. nie zmienia to jednak faktu, że brali kąpiel w zatrutej wodzie i choroba może się ujawnić za kilka lub kilkanaście lat.
- No tak. Skoro woda jest zatruta to nie ważne w co się wierzy i jak się do niej podchodzi. Naraża się na zatrucie każdy.
- Zgadza się. Chodźmy lepiej kawałek dalej - tam jest woda czysta, tak czysta, że nawet na dużej głębokości widać dno jeziora. Ta woda oczyszcza i przynosi orzeźwienie na długo. Dodaje siły, poprawia nastrój, a wiele zwierząt mówiło, że po kąpieli w niej szybko wyzdrowiało.
- Chodźmy.
I poszedł Słonik za mamą do czystej wody omijając zatrutą wodę szerokim łukiem. Po dłuższej chwili dodał jeszcze:
- Mamo, nigdy nie wejdę do zatrutej wody.
- Cieszę się synku. Biegnij teraz do tej krystalicznej wody przed nami, baw się, szalej. Tam będziesz bezpieczny i nabierzesz sił do dalszego życia.
Całej rozmowie przysłuchiwał się Anioł. Zatrzepotał nagle skrzydłami, wzbił się w górę i wykrzyczał:
- Kochani! Wiem już jak przekonam Tomka, że zabawa w Halloween jest zła!
- Mamo, mogę się bawić z innymi? Też chciałbym się chlapać wodą i brudzić trawą i gliną.
- Tutaj możesz się bawić. - Odparła mama, ale też dodała:
- Pamiętaj jednak, że nie każde miejsce jest dobre do takiej kąpieli.
- To gdzie nie można się tak kąpać?
- Są takie wody zatrute, które powodują, że każdy, kto się w nich kąpie może później ciężko chorować. Należy je omijać z daleka, aby się nie narażać na niebezpieczeństwo. Jutro będziemy przechodzić obok takich wód więc pokarzę ci jak je rozpoznać. A teraz biegnij się bawić.
Słonik zaciekawiony opowieścią mamy chciał jeszcze o coś zapytać, ale nogi już pobiegły w stronę orzeźwiającej wody. Następnego dnia słonie wędrowały w poszukiwaniu pożywienia przez lasy i łąki. Nagle mama Słonika zatrzymała się i pokazała Słonikowi ogromne jezioro, którego woda miała dziwny kolor i niezbyt przyjemny zapach.
- To są wody zatrute, takich unikaj. - powiedziała zatroskana mama.
- Mamo, skoro te wody są zatrute to dlaczego tamte zwierzęta się w nich kąpią i piją tą wodę?
- Niektóre zwierzęta czują przyjemność z takich kąpieli i nie zważają na to, że później mogą chorować. Inne lubią mieć nietypową skórę lub sierść i specjalnie tutaj przychodzą, aby później w wyniku choroby mieć krosty i przebarwienia na ciele. Wyglądają później okropnie chociaż wydaje im się, że to jest modne i dobre. Inni przychodzą tu tylko raz w roku, tak po prostu dla zabawy. Wmawiają sobie, że tu im nic nie grozi, że to przecież tylko taka niewinna zabawa, która nie różni się od zabawy w czystej wodzie. Przecież fajnie to wygląda jak jest się tak oblepionym mazią... i śmierdzą przecież wszyscy znajomi więc po co się wyróżniać i odstawać od innych jak można się z nimi świetnie bawić... w truciźnie, której nie potrafią nazwać po imieniu - "Trucizna".
- Mamo, chyba ich rozumiem, bo wczoraj też bardzo chciałem się kąpać z innymi.
- Ja też ich rozumiem. Jest mi ich jednak żal, bo skutki chorób jakie powoduje ta zatruta woda mogą być przeróżne, ale zawsze są złe. Nieważne czy ktoś wchodzi w to jezioro po to, aby się oszpecić, czy ktoś tam wchodzi, żeby się pobawić. Niektóre zwierzęta uważają, że jeśli nie wierzą w zatrucie wody to ona im ze zrobi krzywdy - nie rozchorują się wtedy. I to jest najbardziej niebezpieczne podejście. To, że wielu się kąpało i nie zachorowało nie znaczy, że nie zachorują za jakiś czas.
- Więc od kąpieli w zatrutej wodzie można mieć bąble na ciele?
- Tak, ale nie tylko. Zdarza się bardzo często, że na ciele nie widać żadnych oznak choroby, ale wykąpany w zatrutej wodzie staje się chory w środku. Zanieczyszczenia z tej wody przenikają do ciała i zostają w nim. Bardzo ciężko jest się ich pozbyć. Spójrz na tamte zwierzęta. One tylko przesiadują już w tej wodzie. Nie bawią się, są nieszczęśliwe. Siedzenie w tej truciźnie jest ich sposobem ukojenia choroby. Nie zdają sobie już sprawy z tego, że są tak ciężko chorzy.
- Czyli wystarczy raz wejść do takiej wody, żeby potem chorować jak oni?
- Dla niektórych, silnych zwierząt jednorazowa kąpiel nie będzie szkodliwa. Może nawet stwierdzą, że pomimo kąpieli są całkowicie zdrowi i za rok przyjdą znowu się wykąpać. nie zmienia to jednak faktu, że brali kąpiel w zatrutej wodzie i choroba może się ujawnić za kilka lub kilkanaście lat.
- No tak. Skoro woda jest zatruta to nie ważne w co się wierzy i jak się do niej podchodzi. Naraża się na zatrucie każdy.
- Zgadza się. Chodźmy lepiej kawałek dalej - tam jest woda czysta, tak czysta, że nawet na dużej głębokości widać dno jeziora. Ta woda oczyszcza i przynosi orzeźwienie na długo. Dodaje siły, poprawia nastrój, a wiele zwierząt mówiło, że po kąpieli w niej szybko wyzdrowiało.
- Chodźmy.
I poszedł Słonik za mamą do czystej wody omijając zatrutą wodę szerokim łukiem. Po dłuższej chwili dodał jeszcze:
- Mamo, nigdy nie wejdę do zatrutej wody.
- Cieszę się synku. Biegnij teraz do tej krystalicznej wody przed nami, baw się, szalej. Tam będziesz bezpieczny i nabierzesz sił do dalszego życia.
Całej rozmowie przysłuchiwał się Anioł. Zatrzepotał nagle skrzydłami, wzbił się w górę i wykrzyczał:
- Kochani! Wiem już jak przekonam Tomka, że zabawa w Halloween jest zła!
czwartek, 17 września 2015
Reklama
Ja się znowu doczepię reklam :)
Aż nie wiem od czego zacząć...
To od początku.
Rodzi się maluszek - niech pije super-mleko wspomagające rozwój wszystkiego co się da. Oczywiście w reklamach mleka modyfikowanego zaznaczane jest, że najlepsze jest mleko matki, ale po tym tekście producenci prześcigają się, aby zachęcić do kupna ich produktu.
Jak choruje to niech połyka syropy.
Jak ciut starsze dziecko nie chce jeść to podaj mu syrop. Jak nie chce spać to daj mu syrop.
Jak jest sezon przeziębień - daj mu syrop - nawet jeśli samo jest zdrowe a choruje sąsiad.
Jak dziecko jest już starsze to dawaj mu żelki, cukierki i lizaki z witaminami.
Potem są tabletki na piękne włosy, cerę, paznokcie, nawadnianie, odwadnianie, zgagę, trawienie tłuszczów, odchudzanie, uzupełnianie magnezu, pamięć, koncentrację, potencję, grzybicę pochwy / paznokci, hemoroidy i pękające naczynka krwionośne...
Czy jest coś na co jeszcze nie wymyślili cudownych tabletek?
Żyjemy w świecie faszerowania się garściami cudotwórczych "leków".
A przecież...
Dla niemowlaka to nie ma znaczenia, które mleko modyfikowane wybierzesz, bo każdy producent musi przestrzegać ścisłych norm, aby produkt był bezpieczny. Mogą się różnić smakiem i dziecko może źle reagować na daną markę, ale to nie znaczy, że producent ma zwijać manatki.
Nie ma sensu faszerować dziecka litrami syropów na wszystko, jeśli dolega mu jedno. A jeśli już stosujemy dla dziecka leki to róbmy to z głową - zgodnie z zaleceniami sprawdzonego pediatry.
Hartuj dziecko i pozwól mu swoje odchorować, a nie faszeruj go specyfikami, które i tak nie uchronią go przed kaszlem i katarem.
Dla niejadka - rusz głową, a syropy wspomagające apetyt podaj na prawdę w ostateczności.
Zadbaj o zdrową atmosferę w domu - odpowiedni rytuał wieczorny pozwoli dziecku zasypiać o określonej porze i przesypiać całą noc, bez syropów usypiających.
Cukierki, żelki i lizaki witaminowe zastąp owocami i warzywami. Dużo tańsze i o wiele zdrowsze. Nawyk zostanie i nie trzeba będzie łykać kolejnych garści na super włosy, cerę, paznokcie...
Jak będziesz pić codziennie 1,5 l i więcej wody to odwadnianie/nawadnianie nie będzie ci potrzebne. Regularność posiłków zapobiegnie zgadze, mądry dobór tego co na talerzu zapobiegnie przejedzeniu się tłuszczem. Sport to najlepszy lek na odchudzanie. Magnez też bierzemy z normalnej diety i nie wypłukujemy go kawą czy innymi energetykami. Pamięć i koncentrację ćwiczymy rozwiązując zagadki, łamigłówki, krzyżówki, sudoku i ucząc się tekstów na pamięć.
Potencja? Jeśli nie wystarczy miłość i chęć, szczera rozmowa i wspólne rozwiązywanie problemu traktowane jako zabawa i ciekawe doznania nie koniecznie kończące się szczytowaniem to pora na wizytę u dobrego ginekologa. Z grzybicą pochwy też warto się tam udać. Każde schorzenie lepiej pokazać dobremu lekarzowi niż leczyć za pomocą suplementów diety. Nawet - moim zdaniem - lepiej zapłacić za prywatną wizytę i leczyć skutecznie niż bawić się w suplementy, na które też wydamy kupę kasy, a mogą nam więcej zaszkodzić niż pomóc.
Bo wiesz, jak człowiek wydaje krocie, żeby mieć w domu pół apteki to potem ma mniej lub nie ma wcale na inne super oferty reklamowe. A reklama dosięga już każdego ułamka naszego życia... Czasem się nie da kupić produktu, który by nie był reklamowany...
A największym niebezpieczeństwem jest ulec tej pokusie posiadania i zapętlenie się w długi... Tani kredyt tu, tani kredyt tam... tu ekstra pożyczka, a tam gra na loterii bo nie wygrasz jeśli nie grasz... i człowiek już nie ma siebie, bo opakował się z każdej strony w przedmioty za nie swoje pieniądze... Może wnukom uda się te długi spłacić...
Rusz głową :) Nie daj się omamić reklamom. Spójrz na mnichów i pustelników. Są tacy, którym wystarczy pokoik z łóżkiem, stolikiem, krzesłem i wieszakiem na odświętny strój. I żyją sobie spokojnie, długo i szczęśliwie.
Aż nie wiem od czego zacząć...
To od początku.
Rodzi się maluszek - niech pije super-mleko wspomagające rozwój wszystkiego co się da. Oczywiście w reklamach mleka modyfikowanego zaznaczane jest, że najlepsze jest mleko matki, ale po tym tekście producenci prześcigają się, aby zachęcić do kupna ich produktu.
Jak choruje to niech połyka syropy.
Jak ciut starsze dziecko nie chce jeść to podaj mu syrop. Jak nie chce spać to daj mu syrop.
Jak jest sezon przeziębień - daj mu syrop - nawet jeśli samo jest zdrowe a choruje sąsiad.
Jak dziecko jest już starsze to dawaj mu żelki, cukierki i lizaki z witaminami.
Potem są tabletki na piękne włosy, cerę, paznokcie, nawadnianie, odwadnianie, zgagę, trawienie tłuszczów, odchudzanie, uzupełnianie magnezu, pamięć, koncentrację, potencję, grzybicę pochwy / paznokci, hemoroidy i pękające naczynka krwionośne...
Czy jest coś na co jeszcze nie wymyślili cudownych tabletek?
Żyjemy w świecie faszerowania się garściami cudotwórczych "leków".
A przecież...
Dla niemowlaka to nie ma znaczenia, które mleko modyfikowane wybierzesz, bo każdy producent musi przestrzegać ścisłych norm, aby produkt był bezpieczny. Mogą się różnić smakiem i dziecko może źle reagować na daną markę, ale to nie znaczy, że producent ma zwijać manatki.
Nie ma sensu faszerować dziecka litrami syropów na wszystko, jeśli dolega mu jedno. A jeśli już stosujemy dla dziecka leki to róbmy to z głową - zgodnie z zaleceniami sprawdzonego pediatry.
Hartuj dziecko i pozwól mu swoje odchorować, a nie faszeruj go specyfikami, które i tak nie uchronią go przed kaszlem i katarem.
Dla niejadka - rusz głową, a syropy wspomagające apetyt podaj na prawdę w ostateczności.
Zadbaj o zdrową atmosferę w domu - odpowiedni rytuał wieczorny pozwoli dziecku zasypiać o określonej porze i przesypiać całą noc, bez syropów usypiających.
Cukierki, żelki i lizaki witaminowe zastąp owocami i warzywami. Dużo tańsze i o wiele zdrowsze. Nawyk zostanie i nie trzeba będzie łykać kolejnych garści na super włosy, cerę, paznokcie...
Jak będziesz pić codziennie 1,5 l i więcej wody to odwadnianie/nawadnianie nie będzie ci potrzebne. Regularność posiłków zapobiegnie zgadze, mądry dobór tego co na talerzu zapobiegnie przejedzeniu się tłuszczem. Sport to najlepszy lek na odchudzanie. Magnez też bierzemy z normalnej diety i nie wypłukujemy go kawą czy innymi energetykami. Pamięć i koncentrację ćwiczymy rozwiązując zagadki, łamigłówki, krzyżówki, sudoku i ucząc się tekstów na pamięć.
Potencja? Jeśli nie wystarczy miłość i chęć, szczera rozmowa i wspólne rozwiązywanie problemu traktowane jako zabawa i ciekawe doznania nie koniecznie kończące się szczytowaniem to pora na wizytę u dobrego ginekologa. Z grzybicą pochwy też warto się tam udać. Każde schorzenie lepiej pokazać dobremu lekarzowi niż leczyć za pomocą suplementów diety. Nawet - moim zdaniem - lepiej zapłacić za prywatną wizytę i leczyć skutecznie niż bawić się w suplementy, na które też wydamy kupę kasy, a mogą nam więcej zaszkodzić niż pomóc.
Bo wiesz, jak człowiek wydaje krocie, żeby mieć w domu pół apteki to potem ma mniej lub nie ma wcale na inne super oferty reklamowe. A reklama dosięga już każdego ułamka naszego życia... Czasem się nie da kupić produktu, który by nie był reklamowany...
A największym niebezpieczeństwem jest ulec tej pokusie posiadania i zapętlenie się w długi... Tani kredyt tu, tani kredyt tam... tu ekstra pożyczka, a tam gra na loterii bo nie wygrasz jeśli nie grasz... i człowiek już nie ma siebie, bo opakował się z każdej strony w przedmioty za nie swoje pieniądze... Może wnukom uda się te długi spłacić...
Rusz głową :) Nie daj się omamić reklamom. Spójrz na mnichów i pustelników. Są tacy, którym wystarczy pokoik z łóżkiem, stolikiem, krzesłem i wieszakiem na odświętny strój. I żyją sobie spokojnie, długo i szczęśliwie.
poniedziałek, 14 września 2015
Nasz Przedszkolak
Od 1 września Darek chodzi do przedszkola... Wcześniej chodziliśmy na tydzień adaptacyjny podczas, którego Darek nie był zainteresowany zabawą z innymi dziećmi. Podobało mu się, że jest z mamą lub tatą wśród nowych zabawek. Największym atutem przedszkola jest oczywiście dziecięca toaleta :)
Przez pierwsze dni odbierałam Darka przed leżakowaniem, aby go stopniowo przyzwyczajać i jednocześnie zapewnić, że po niego przyjdę. W poniedziałek nawet był dłużej niż w poprzednie dni, bo ja byłam na zebraniu i odebrał go Ardis.
We wtorek i środę zrobiliśmy małą przymusową przerwę od przedszkola. I to co działo się w czwartek rano to był horror.
Darek nie chce do przedszkola i koniec. On chce iść do kąta. On pozwoli wyrzucić ulubione autka do kosza. (Jakiś czas temu widział jak wyrzucam tory kolejowe, bo już były połamane i nie do użytku więc wie, że to co się wyrzuci do kosza już nie wraca.) On nie pójdzie i koniec.
Ard pracował z domu więc mi pomógł, bo ja bym się chyba poddała... Po którymś ostrzeżeniu w końcu zaczęłam pakować autka do worka na śmieci. Skoro nie chce iść do przedszkola to w domu też się nie będzie miał czym bawić... Groźba nie wystarczyła. Musiał zrobić autkom "papa". Wzięłam worek z zabawkami, klucz z piwnicy i wyszłam z domu. Jak wróciłam to Darek był gotowy do wyjścia. Musieliśmy podjechać autem, bo najpóźniej o 8:45 mamy być w przedszkolu, żeby nie zaburzać programu dnia - o 9:00 jest śniadanie.
Cały dzień odchorowywałam tą poranną batalię. W piątek Ard też był w pogotowiu, aby w razie czego mi pomóc go szykować. Nie było potrzeby - Darek się ogarnął i pomimo ustnych sprzeciwów ładnie poszedł do przedszkola. Dziś także sukces. Porozbierał się tam bez oporów, dał mi buziaka, zrobił "papa" i poszedł do sali.
Co będzie w kolejne dni - czas pokarze.
Wiem, że w przedszkolu mu się żadna krzywda nie dzieje i jego bunt i chęć zostania w domu to tylko oznaka, że mu ze mną w domu dobrze. Tam jest jednym z 25 dzieci. Musi robić to, co mu pani karze. Musi się bawić i dzielić z dziećmi, których jeszcze dobrze nie zna... Nie ma co mu się dziwić. Chodził wcześniej do żłobka, ale tam nie wymagano od niego tyle co w przedszkolu. No i do żłobka przestał chodzić prawie rok temu.
W dzisiejszym wyjściu na pewno też pomógł "plan lekcji" jaki mu przygotowałam na początku września.
Co jakiś czas, ale w miarę codziennie zerkamy na ten plan i omawiamy, jaka jest pora, którego dnia, co było, co będzie. "Prostokąty" to czas, kiedy Darek jest w przedszkolu, a tata jest w pracy.
Rysunek, jak widać robiony na szybko, ale skuteczny :)
Przez pierwsze dni odbierałam Darka przed leżakowaniem, aby go stopniowo przyzwyczajać i jednocześnie zapewnić, że po niego przyjdę. W poniedziałek nawet był dłużej niż w poprzednie dni, bo ja byłam na zebraniu i odebrał go Ardis.
We wtorek i środę zrobiliśmy małą przymusową przerwę od przedszkola. I to co działo się w czwartek rano to był horror.
Darek nie chce do przedszkola i koniec. On chce iść do kąta. On pozwoli wyrzucić ulubione autka do kosza. (Jakiś czas temu widział jak wyrzucam tory kolejowe, bo już były połamane i nie do użytku więc wie, że to co się wyrzuci do kosza już nie wraca.) On nie pójdzie i koniec.
Ard pracował z domu więc mi pomógł, bo ja bym się chyba poddała... Po którymś ostrzeżeniu w końcu zaczęłam pakować autka do worka na śmieci. Skoro nie chce iść do przedszkola to w domu też się nie będzie miał czym bawić... Groźba nie wystarczyła. Musiał zrobić autkom "papa". Wzięłam worek z zabawkami, klucz z piwnicy i wyszłam z domu. Jak wróciłam to Darek był gotowy do wyjścia. Musieliśmy podjechać autem, bo najpóźniej o 8:45 mamy być w przedszkolu, żeby nie zaburzać programu dnia - o 9:00 jest śniadanie.
Cały dzień odchorowywałam tą poranną batalię. W piątek Ard też był w pogotowiu, aby w razie czego mi pomóc go szykować. Nie było potrzeby - Darek się ogarnął i pomimo ustnych sprzeciwów ładnie poszedł do przedszkola. Dziś także sukces. Porozbierał się tam bez oporów, dał mi buziaka, zrobił "papa" i poszedł do sali.
Co będzie w kolejne dni - czas pokarze.
Wiem, że w przedszkolu mu się żadna krzywda nie dzieje i jego bunt i chęć zostania w domu to tylko oznaka, że mu ze mną w domu dobrze. Tam jest jednym z 25 dzieci. Musi robić to, co mu pani karze. Musi się bawić i dzielić z dziećmi, których jeszcze dobrze nie zna... Nie ma co mu się dziwić. Chodził wcześniej do żłobka, ale tam nie wymagano od niego tyle co w przedszkolu. No i do żłobka przestał chodzić prawie rok temu.
Co jakiś czas, ale w miarę codziennie zerkamy na ten plan i omawiamy, jaka jest pora, którego dnia, co było, co będzie. "Prostokąty" to czas, kiedy Darek jest w przedszkolu, a tata jest w pracy.
Rysunek, jak widać robiony na szybko, ale skuteczny :)
wtorek, 21 lipca 2015
Jestem... Kim jestem?
Po głośnych akcjach Fundacji Mamy i Taty odnośnie macierzyństwa takie mi się refleksje nasunęły...
Kim jestem?
Kobietą. Widać to na pierwszy rzut oka po mojej budowie ciała, sposobie poruszania się, ubiorze.
Mężatką. Widać po obrączce.
Osobą wierzącą. Widać po pierścionku-różańcu na palcu, a czasem po szkaplerzu na szyi. (W upalne dni łańcuszek jest niewygodny... Zdarza mi się więc ściągać tą Szatę. Ufam też, że Maryja pomaga każdemu niezależnie od tego czy ktoś nosi Jej medalik na szyi czy nie.)
Jestem mamą. Po czym poznać mamę? Jeśli idę z dzieckiem i ono się tak do mnie zwraca to nikt nie ma wątpliwości. Jeśli przed moim biustem jest ciążowy brzuch to też nikt nie ma wątpliwości, że jestem/będę mamą.
Tak mnie wychowano, że moja hierarchia wartości była silna i konkretna.
1. zapoznać chłopaka
2. polubić go
3. zaprzyjaźnić się -> zakochać się
4. chodzić ze sobą -> spotykać się i poznawać jacy jesteśmy
5. zaręczyć się -> planować dalsze całe życie razem i na tym etapie poznawać się w każdych warunkach z wyjątkiem seksu i mieszkania razem na próbę
6. ślub, zakładanie rodziny.
Poznałam takiego chłopaka, który poparł te moje "wymagania". Wszystko po kolei, zgodnie z "planem". No może z małym wyjątkiem mieszkania razem przed ślubem. To jednak nie była chęć sprawdzenia siebie czy po ślubie wytrzymamy ze sobą 24/dobę. Wiedzieliśmy, że wytrzymamy, i że tego chcemy. To była konieczność ze względów ekonomicznych. I może nie wszyscy mi uwierzą, ale nasz pierwszy raz był po ślubie.
Jesteśmy otwarci na dzieci. Nie dlatego, że potrzebujemy kogoś, kto będzie zarabiał na naszą emeryturę, ale dlatego, że dla nas dziecko to owoc naszej miłości. Mamy synka. Córcia jest w drodze.
Ludzie nam zazdroszczą.
Nie twierdzę, że wszyscy.
Ominęło nas wiele problemów jak np. błędne koło antykoncepcji, aborcji, in vitro. Nasze dzieci są chciane i kochane od momentu kiedy postanowiliśmy być parą i założyć rodzinę.
Moja przyjaciółka ma zupełnie inną hierarchię wartości jeśli chodzi o zakładanie rodziny. Otóż ona wcale nie chce zakładać rodziny. Poznała wielu chłopaków, wiele randek ma za sobą i z każdą kolejną dochodziła do wniosku, że chce być sama. Nie chce mieć męża, bo by ją ograniczał. Nie chce mieć dzieci, bo nie znosi płaczu noworodków, uciapranych* buziek brzdąców, które się uczą jeść łyżeczką itd.
Jest szczęśliwa w gronie swoich przyjaciół, od których zawsze się może odciąć wracając do domu. Ona dzieci mieć nie będzie. Żadna kampania jej nie namówi. I zapewniam, że habitu zakonnego też nie założy. Jest przykładem stanu wolnego.
Kampania Fundacji Mamy i Taty zwróciła uwagę na te kobiety, których kariera i pragnienia przeszkodziły w zostaniu mamą. "Być mamą" to dla każdej kobiety może oznaczać coś innego.
Każda mama jest inna. Żyje w innej rodzinie, środowisku, warunkach, wśród innych ludzi. Co dla jednej jest szczęściem, dla drugiej będzie utrapieniem.
Uważam, że zamiast od razu krytykować kampanię fundacji - trzeba, by młode kobiety zastanowiły się czego tak na prawdę w życiu chcą.
Kobieto, zastanów się kim jesteś, kim chcesz być, jaka chcesz być. Jak do tego dojść. Czy to na pewno słuszne. Czy nie ma czegoś lepszego. Co jeśli się nie uda - będziesz rozpaczać czy szukać innych rozwiązań. Kobieto, znaj swoją wartość! Dąż do celu (nie po trupach) ale i pozwól sobie przyznać się do błędów i porażek, bo to odskocznia do lepszego jutra.
Jako mama dodam na koniec, że urodzenie dziecka i opieka nad taką malutką bezbronną i całkowicie zależną od matki istotą to największy cud. Miłość przeplata się nie raz z nienawiścią. Mądrość z bezsilnością. Słabość z gigantyczną siłą. Rozpacz z radością. Bilans końcowy plusów i minusów macierzyństwa to dziecięcy uśmiech, który wyraża więcej radości i wdzięczności niż tysiące słów uznania, pochwał, nagród...
Kim jestem?
Kobietą. Widać to na pierwszy rzut oka po mojej budowie ciała, sposobie poruszania się, ubiorze.
Mężatką. Widać po obrączce.
Osobą wierzącą. Widać po pierścionku-różańcu na palcu, a czasem po szkaplerzu na szyi. (W upalne dni łańcuszek jest niewygodny... Zdarza mi się więc ściągać tą Szatę. Ufam też, że Maryja pomaga każdemu niezależnie od tego czy ktoś nosi Jej medalik na szyi czy nie.)
Jestem mamą. Po czym poznać mamę? Jeśli idę z dzieckiem i ono się tak do mnie zwraca to nikt nie ma wątpliwości. Jeśli przed moim biustem jest ciążowy brzuch to też nikt nie ma wątpliwości, że jestem/będę mamą.
Tak mnie wychowano, że moja hierarchia wartości była silna i konkretna.
1. zapoznać chłopaka
2. polubić go
3. zaprzyjaźnić się -> zakochać się
4. chodzić ze sobą -> spotykać się i poznawać jacy jesteśmy
5. zaręczyć się -> planować dalsze całe życie razem i na tym etapie poznawać się w każdych warunkach z wyjątkiem seksu i mieszkania razem na próbę
6. ślub, zakładanie rodziny.
Poznałam takiego chłopaka, który poparł te moje "wymagania". Wszystko po kolei, zgodnie z "planem". No może z małym wyjątkiem mieszkania razem przed ślubem. To jednak nie była chęć sprawdzenia siebie czy po ślubie wytrzymamy ze sobą 24/dobę. Wiedzieliśmy, że wytrzymamy, i że tego chcemy. To była konieczność ze względów ekonomicznych. I może nie wszyscy mi uwierzą, ale nasz pierwszy raz był po ślubie.
Jesteśmy otwarci na dzieci. Nie dlatego, że potrzebujemy kogoś, kto będzie zarabiał na naszą emeryturę, ale dlatego, że dla nas dziecko to owoc naszej miłości. Mamy synka. Córcia jest w drodze.
Ludzie nam zazdroszczą.
Nie twierdzę, że wszyscy.
Ominęło nas wiele problemów jak np. błędne koło antykoncepcji, aborcji, in vitro. Nasze dzieci są chciane i kochane od momentu kiedy postanowiliśmy być parą i założyć rodzinę.
Moja przyjaciółka ma zupełnie inną hierarchię wartości jeśli chodzi o zakładanie rodziny. Otóż ona wcale nie chce zakładać rodziny. Poznała wielu chłopaków, wiele randek ma za sobą i z każdą kolejną dochodziła do wniosku, że chce być sama. Nie chce mieć męża, bo by ją ograniczał. Nie chce mieć dzieci, bo nie znosi płaczu noworodków, uciapranych* buziek brzdąców, które się uczą jeść łyżeczką itd.
Jest szczęśliwa w gronie swoich przyjaciół, od których zawsze się może odciąć wracając do domu. Ona dzieci mieć nie będzie. Żadna kampania jej nie namówi. I zapewniam, że habitu zakonnego też nie założy. Jest przykładem stanu wolnego.
Kampania Fundacji Mamy i Taty zwróciła uwagę na te kobiety, których kariera i pragnienia przeszkodziły w zostaniu mamą. "Być mamą" to dla każdej kobiety może oznaczać coś innego.
Każda mama jest inna. Żyje w innej rodzinie, środowisku, warunkach, wśród innych ludzi. Co dla jednej jest szczęściem, dla drugiej będzie utrapieniem.
Uważam, że zamiast od razu krytykować kampanię fundacji - trzeba, by młode kobiety zastanowiły się czego tak na prawdę w życiu chcą.
Kobieto, zastanów się kim jesteś, kim chcesz być, jaka chcesz być. Jak do tego dojść. Czy to na pewno słuszne. Czy nie ma czegoś lepszego. Co jeśli się nie uda - będziesz rozpaczać czy szukać innych rozwiązań. Kobieto, znaj swoją wartość! Dąż do celu (nie po trupach) ale i pozwól sobie przyznać się do błędów i porażek, bo to odskocznia do lepszego jutra.
Jako mama dodam na koniec, że urodzenie dziecka i opieka nad taką malutką bezbronną i całkowicie zależną od matki istotą to największy cud. Miłość przeplata się nie raz z nienawiścią. Mądrość z bezsilnością. Słabość z gigantyczną siłą. Rozpacz z radością. Bilans końcowy plusów i minusów macierzyństwa to dziecięcy uśmiech, który wyraża więcej radości i wdzięczności niż tysiące słów uznania, pochwał, nagród...
niedziela, 17 maja 2015
W skrócie
Niedzielne południe.
Ard na siłce.
Daro bawi się klockami (układa: wieże, domki, małe "T" i duże "T", tory etc.)
Następny brzdąc w drodze. Rozwija się prawidłowo jak dotąd. Ruchów jeszcze nie czuć, ale już można na 80 % przewidzieć płeć ;)
Dokucza mi ropa, która sobie znalazła miejsce w dziąśle przy ósemce. Jestem na antybiotyku i czuję się fatalnie.
Zero zapału do czegokolwiek. Jak się zbiorę w sobie, żeby coś porobić to szybko się męczę.
Cóż mi pozostaje... Odpoczywam :) W końcu nic nie muszę :)
niedziela, 8 lutego 2015
Tam gdzie cisza może sprawiać ból
Wróciłam własnie z rekolekcji.
Piękny, cichy (aż do bólu) zakątek, z luksusowym chłodnym pokojem i skromną kaplicą. Grupa około 30 rekolektantów i ksiądz rekolekcjonista z bogatą, usłaną cierpieniem historią.
Co wyniosłam?
Nie, nie katar - droga Pani-Koleżanko ze stolika w reflektarzu, która nie byłaś na żadnych konferencjach czy spotkaniach przy kominku.
Moje życie, tak od października mniej więcej to była droga pod prąd z powodu pewnego nieporozumienia. Zrodziły się w sercu nieprzyjemne uczucia, że kogoś skrzywdziłam, że to, co robię, robię źle chociaż staram się jak mogę... Zrobiła mi się rana na sercu i chociaż omodliłam tą sprawę i trwałam blisko Jezusa to ta rana ropiała w sercu. Cała sprawa została wyjaśniona jeszcze przed Bożym Narodzeniem, ale jeszcze trzeba było się tej ropy pozbyć.
Kokoszyce. Rekolekcje z wielką przewagą Ciszy. Konferencje, modlitwy, aż nadszedł czas spowiedzi. Poczytałam sobie, żeby się dobrze do spowiedzi przygotować, nową książeczkę z rachunkiem sumienia. Wzbudziłam w sercu żal. Żal, taki który nie polega na uczuciu, ale na postawie, że coś mnie przed Bogiem blokuje i nie mogę się w pełni cieszyć Jego obecnością w moim życiu. Ciągle jest coś, co mi Go zasłania, chociaż grzechów ciężkich nie mam. Wyczytałam trochę o żalu doskonałym i niedoskonałym. Pomyślałam przez chwilę jak to jest u mnie. Czy ja tęsknię za Bogiem i chcę się wyspowiadać, żeby odnowić z Nim relację? - żal doskonały. Czy ja chcę iść do spowiedzi po to, żeby w razie śmierci - do nieba się dostać, a nie do piekła? - żal niedoskonały. Bo tam, żal doskonały, chcę odbudować relację z Bogiem, który mnie kocha nad życie, a tu, żal niedoskonały, boję się o moją przyszłość i lepiej się zabezpieczyć - wyspowiadać i mieć cień nadziei, że Bóg mnie zechce w niebie przygarnąć.
Wybaczył mi Bóg to, co zrobiłam źle i nie tak. Z czystym sercem wróciłam do domu. Już ropa zebrana, rana oczyszczona i wygojona jakby leczona w komorze hiperbarycznej.
Wystarczy tylko Bóg. Jezus dotknął mnie ponownie. Uzdrowił moje serce. Wróciłam i piszę na świeżo co się tam działo... W tym Domu, gdzie było moje miejsce. Gdzie Jezus przygotował dla mnie pokój i gdzie mnie nakarmił do syta. Czuję się teraz jak źrebak nowo narodzony, który na takich silnych, ale jeszcze koślawych nogach próbuje stanąć obok matki. Jak się odnajdę w rzeczywistości?
Dostałam narzędzia do tego, aby się odnaleźć szybko i aby prowadzić innych, tak jak mnie do tego Bóg już wcześniej powołał.
Takim moim osobistym odkryciem na tych rekolekcjach było dostrzeżenie problemu, że jestem takim niesfornym uczniem Jezusa. Narzekam, że nie wychodzi mi Namiot Spotkania, że ciężko mi się modlić na kolanach, że nie widzę Boga w moim życiu, że Jezus się gdzieś schował przede mną i nic do mnie nie mówi, że... Odkryłam, że Jezus czeka na moje wyciszenie. czeka na ten moment kiedy będę gotowa żeby Go usłyszeć i przyjąć Jego Słowo. Robię to samo na lekcjach. Kiedy uczeń rozmawia to nie ma sensu, żebym ja mu wygłaszała katechezę, bo on jest nastawiony na mówienie, a nie słuchanie. Moim zadaniem jest zamilknąć i dopiero zapatrzeć się w Mistrza i posłuchać Jego cichego, subtelnego, kojącego głosu poruszającego skamieniałe serce do miłości pięknej i czystej. Tego głosu, który potrafi przetopić lody serca. Który wskazuje drogę i który mówi mi konkretnie co robić w życiu.
Zrodziło się w moim sercu pragnienie, aby poznać Jezusa. Po tylu latach służby Jemu i nauki o Nim. Pojawia się ta myśl - Jezu - nie znam Ciebie jeszcze. Już zapomniałam jaki jesteś. Już zapomniałam co robisz. Już nie wiem jak brzmi Twój głos w moim sercu. Rozpędziłam się w życiu, narobiłam bałaganu, wyhamowałam i Ciebie nie widzę. Jesteś dla mnie obcy i pora Cię poznać bliżej. Umówić się na kilka randek z Tobą.
Dziękuję Bogu za ten czas. Nasz Bóg jest wielki, potężny, a jednocześnie czuły i delikatny. Szanuje naszą wolność i nie robi nam nic na siłę. Jemu chwała i cześć i uwielbienie. Amen.
Piękny, cichy (aż do bólu) zakątek, z luksusowym chłodnym pokojem i skromną kaplicą. Grupa około 30 rekolektantów i ksiądz rekolekcjonista z bogatą, usłaną cierpieniem historią.
Co wyniosłam?
Nie, nie katar - droga Pani-Koleżanko ze stolika w reflektarzu, która nie byłaś na żadnych konferencjach czy spotkaniach przy kominku.
Moje życie, tak od października mniej więcej to była droga pod prąd z powodu pewnego nieporozumienia. Zrodziły się w sercu nieprzyjemne uczucia, że kogoś skrzywdziłam, że to, co robię, robię źle chociaż staram się jak mogę... Zrobiła mi się rana na sercu i chociaż omodliłam tą sprawę i trwałam blisko Jezusa to ta rana ropiała w sercu. Cała sprawa została wyjaśniona jeszcze przed Bożym Narodzeniem, ale jeszcze trzeba było się tej ropy pozbyć.
Kokoszyce. Rekolekcje z wielką przewagą Ciszy. Konferencje, modlitwy, aż nadszedł czas spowiedzi. Poczytałam sobie, żeby się dobrze do spowiedzi przygotować, nową książeczkę z rachunkiem sumienia. Wzbudziłam w sercu żal. Żal, taki który nie polega na uczuciu, ale na postawie, że coś mnie przed Bogiem blokuje i nie mogę się w pełni cieszyć Jego obecnością w moim życiu. Ciągle jest coś, co mi Go zasłania, chociaż grzechów ciężkich nie mam. Wyczytałam trochę o żalu doskonałym i niedoskonałym. Pomyślałam przez chwilę jak to jest u mnie. Czy ja tęsknię za Bogiem i chcę się wyspowiadać, żeby odnowić z Nim relację? - żal doskonały. Czy ja chcę iść do spowiedzi po to, żeby w razie śmierci - do nieba się dostać, a nie do piekła? - żal niedoskonały. Bo tam, żal doskonały, chcę odbudować relację z Bogiem, który mnie kocha nad życie, a tu, żal niedoskonały, boję się o moją przyszłość i lepiej się zabezpieczyć - wyspowiadać i mieć cień nadziei, że Bóg mnie zechce w niebie przygarnąć.
Wybaczył mi Bóg to, co zrobiłam źle i nie tak. Z czystym sercem wróciłam do domu. Już ropa zebrana, rana oczyszczona i wygojona jakby leczona w komorze hiperbarycznej.
Wystarczy tylko Bóg. Jezus dotknął mnie ponownie. Uzdrowił moje serce. Wróciłam i piszę na świeżo co się tam działo... W tym Domu, gdzie było moje miejsce. Gdzie Jezus przygotował dla mnie pokój i gdzie mnie nakarmił do syta. Czuję się teraz jak źrebak nowo narodzony, który na takich silnych, ale jeszcze koślawych nogach próbuje stanąć obok matki. Jak się odnajdę w rzeczywistości?
Dostałam narzędzia do tego, aby się odnaleźć szybko i aby prowadzić innych, tak jak mnie do tego Bóg już wcześniej powołał.
Takim moim osobistym odkryciem na tych rekolekcjach było dostrzeżenie problemu, że jestem takim niesfornym uczniem Jezusa. Narzekam, że nie wychodzi mi Namiot Spotkania, że ciężko mi się modlić na kolanach, że nie widzę Boga w moim życiu, że Jezus się gdzieś schował przede mną i nic do mnie nie mówi, że... Odkryłam, że Jezus czeka na moje wyciszenie. czeka na ten moment kiedy będę gotowa żeby Go usłyszeć i przyjąć Jego Słowo. Robię to samo na lekcjach. Kiedy uczeń rozmawia to nie ma sensu, żebym ja mu wygłaszała katechezę, bo on jest nastawiony na mówienie, a nie słuchanie. Moim zadaniem jest zamilknąć i dopiero zapatrzeć się w Mistrza i posłuchać Jego cichego, subtelnego, kojącego głosu poruszającego skamieniałe serce do miłości pięknej i czystej. Tego głosu, który potrafi przetopić lody serca. Który wskazuje drogę i który mówi mi konkretnie co robić w życiu.
Zrodziło się w moim sercu pragnienie, aby poznać Jezusa. Po tylu latach służby Jemu i nauki o Nim. Pojawia się ta myśl - Jezu - nie znam Ciebie jeszcze. Już zapomniałam jaki jesteś. Już zapomniałam co robisz. Już nie wiem jak brzmi Twój głos w moim sercu. Rozpędziłam się w życiu, narobiłam bałaganu, wyhamowałam i Ciebie nie widzę. Jesteś dla mnie obcy i pora Cię poznać bliżej. Umówić się na kilka randek z Tobą.
Dziękuję Bogu za ten czas. Nasz Bóg jest wielki, potężny, a jednocześnie czuły i delikatny. Szanuje naszą wolność i nie robi nam nic na siłę. Jemu chwała i cześć i uwielbienie. Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












