środa, 13 kwietnia 2011

Żmudne poszukiwanie pracy cz. 3.

Rozmowa kwalifikacyjna
czyli bezpośrednie starcie z pracodawcą.
Może powinnam zachować tą wiedzę tylko dla siebie, zwiększając swoje szanse na rozmowie? Albo podzielić się tą wiedzą tylko po uiszczeniu opłaty? W końcu wiedza kosztuje. Wiem jednak, że biednemu zawsze wiatr w oczy wieje. I sama pewnie też będę kiedyś potrzebować wskazówek i pomocy... więc z chęcią napiszę co wiem.

Przed rozmową muszę wiedzieć, po co tam idę, na jakie stanowisko chce się dostać i czego mogą ode mnie oczekiwać. Muszę wiedzieć coś o danej firmie i orientować się w zarobkach. Jeśli będę chcieć zbyt wiele to mogą mnie odrzucić, bo nie mają możliwości aż tyle mi płacić. Jeśli będę chcieć zbyt mało to się ucieszą, bo ich stać, jednak mogą uznać, że czuję się niepewnie i przez to nie przynosić firmie korzyści. Skoro sama tak nisko cenię swoją pracę to mogę też wykonywać pracę takiej jakości. Po co się wysilać za tak małe pieniądze?

Ubiór. Na rozmowę do banku nie idź w dresie! I nie idź w garniaku, pod krawatem na rozmowy w sprawie pracy na budowie. Strój powinien być schludny, czysty, wyprasowany i bez żadnych dziur. Odpowiedni do stanowiska, o które się ubiegasz. Np. na stanowisko kelnerki w dyskotece nie poszłabym tak jak do banku - w białej koszuli, ciemnej garsonce... ale może czarne dżinsy i jakaś elegancka bluzka? Musisz wyczuć, albo popytać w obeznanych branży.
Idź czysty, paznokcie, buty miej wyszorowane.

Oczywiście na rozmowę udajemy się odpowiednio wcześnie. Nie można się spóźnić. A czekanie dwie godziny pod drzwiami też jest złym pomysłem, bo w pierwszej godzinie się nastresujesz, a w drugiej zmęczysz czekaniem i wejdziesz taki wypruty i obojętny... W urzędzie pracy powiedzieli, że optymalny czas tj. pół godziny. A ja bym tu uściśliła. Jeśli nie wiem gdzie dokładnie idę - znam tylko adres i nazwisko rozmówcy i wiem, że przed rozmową muszę znaleźć miejsce i osobę to te 30 minut powinno mi wystarczyć. Jednak jeśli dobrze wiem, że pokój do którego mam się udać znajduje się tam i tam... to po co mam sterczeć pod drzwiami pół godziny? Postoję 10 minut.

Do pokoju wejdź odważnie, zrelaksowany i uśmiechnięty. Byle nie zbyt odważny i nie rozbawiony do łez. Rozmówca zasługuje na szacunek, więc mu go okaż. Na rozmowie pracodawca zawsze pierwszy wyciąga rękę. Jeśli nie poda ci ręki - sam jej nie wyciągaj. Jeśli pracodawca nie powie, że możesz usiąść - stoisz. Ewentualnie grzecznie możesz zapytać, czy możesz usiąść. Gdy już wiesz, że możesz usiąść to siadasz wygodnie, wyprostowany. Nie rozwalasz się jak w fotelu przed tv i nie opierasz łokci o kolana nachylając się i patrząc na ręce pracodawcy. Jemu patrzysz w oczy! A jeśli nie potrafisz, presja jest zbyt silna możesz patrzeć na czubek nosa rozmówcy. Oczywiście jeśli odległośc między wami nie jest zbyt bliska, bo gdyby to zauważył, poczuł by się niekomfortowo... I myślał tylko o tym, czy przypadkiem nie ma brudnego nosa...

Stres zostaw przed drzwiami. Pomyśl też o zajęciu dla dłoni. W stresujących sytuacjach ręce robią różne rzeczy - łamią długopisy, pstrykają palcami, wymachują na wszystkie strony... Najlepiej trzymać w rękach twardą teczkę A4 na dokumenty.


Na koniec pytania, które mogą pojawić się na każdej rozmowie kwalifikacyjnej, niezależnie od branży czy stanowiska. 
1. Proszę powiedzieć coś o sobie.
2. Proszę powiedzieć co wiesz o naszej firmie.
3. W jakich jeszcze firmach poszukujesz pracy i na jakim stanowisku?
4. Co sądzisz o swoim poprzednim/obecnym szefie?
5. Opisz sytuację, kiedy twoja praca była skrytykowana.
6. Co chcesz osiągnąć w naszej firmie czego nie osiągnąłeś w poprzedniej pracy?
7. Mamy bardzo dużo podań na to stanowisko. Dlaczego powinniśmy zatrudnić właśnie ciebie?
8. Czy nie sądzisz, że twoje wykształcenie i doświadczenie zawodowe będą przewyższać kwalifikacje, jakie są wymagane na tym stanowisku?
9. Co jest twoją najsilniejszą stroną?
10. Co uważasz za swoją słabość?
11. Jakie dwie rzeczy chcesz u siebie poprawić?
12. Na jakiej podstawie opierasz swoje przekonanie, że odniesiesz sukces w naszej firmie?
13. Opowiedz o odpowiedzialności związanej ze swoim ostatnim/obecnym zajęciem.
14. Które z obowiązków ostatniej/obecnej pracy wydają ci się trudne?
15. Opisz swój typowy dzień w pracy.
16. Czy zdarza ci się uprzedzać problemy, czy reagujesz dopiero w momencie ich pojawienia się?
17. Jakie korzyści nasza firma może odnieść przyjmując cię do pracy?
18. Czy zdarza ci się tracić nad sobą kontrolę?
19. Jak sobie radzisz w stresujących sytuacjach?
20. Za co krytykował cię ostatni/obecny przełożony?
21. Jak sobie radzisz z dotrzymywaniem terminów?
22. Jakie są twoje największe osiągnięcia?
23. Czego mimo chęci, nie udało ci się zmienić w poprzedniej pracy?
24. Co możesz wnieść w aplikowane stanowisko w odróżnieniu od pozostałych kandydatów?
25. Czy ktoś kiedyś powiedział ci ze jesteś konfliktowy?
26. Na ile jesteś w stanie porozumieć się ze swoim zwierzchnikiem?
27. Jaki stosunek utrzymujesz ze swoimi współpracownikami?
28. Preferujesz pracę pojedynczą, czy zespołową?
29. Wg ciebie, jak inni oceniają twoją pracę?
30. Dlaczego chcesz pracować?
31. Ile chcesz zarabiać?

niedziela, 3 kwietnia 2011

Żmudne poszukiwanie pracy cz. 2.

Dziś opiszę czego dowiedziałam się o listach motywacyjnych i co w takim liście powinno się znaleźć. Sama nazwa "list motywacyjny" jest trochę zgubna. Sugeruje, że mamy opisać co nas motywuje do pracy, dlaczego chcemy pracować. Lepszą nazwą było by "List towarzyszący".

List motywacyjny przydaje się pracodawcy w przypadku, gdy na jedno stanowisko ma kilku kandydatów. To krótkie pismo ma pomóc zdecydować kto się lepiej nadaje do danej pracy. Zdania typu: "Mam trudną sytuację finansową w domu i desperacko szukam pracy, aby zarobić" lub: "Moją motywacją do pracy jest mama, która każe mi się wyprowadzić z domu" raczej nie pomogą.

List motywacyjny to miejsce na swoją reklamę.
Tutaj znajdziesz wzór listu motywacyjnego.
W piśmie tym muszą się znaleźć:
Imię i nazwisko oraz miejsce i data
Adres nadawcy
telefon kontaktowy
e-mail
Do ... (imię, nazwisko i adres odbiorcy)

Wstęp
Autoreklama
Zakończenie
Podpis
Klauzula o danych osobowych

Dane osobowe piszemy po lewej, w prawym górnym rogu musi się znaleźć miejscowość skąd piszemy i data tworzenia listu. Jest to ważne, ponieważ zdarza się, że firma ma wiele oddziałów, nasz list wysłany mailem dociera do siedziby głównej, a nas interesuje praca w małym miasteczku na drugim końcu kraju. Wtedy szybciej list dotrze do osoby odpowiedzialnej za kadry w danym miejscu. Data również ma znaczenie. Może się okazać, że oferta jest już nieaktualna lub do zakończenia rekrutacji zostały jeszcze dwa tygodnie - wtedy odbiorca naszych aplikacji wie co zrobić - wyrzucić, zachować czy przeczytać od razu.

Pod naszymi danymi, mniej więcej na środku strony piszemy odbiorcę, np. Sz. P. Jan Kowalski, dyrektor
Miejskiego Ośrodka Kultury w .... Gdy nie wiemy do kogo zaadresować list pozostawiamy sam adres firmy. "Miejski Ośrodek Kultury w ... "

Następnie zaczyna się już właściwa treść listu. Zaczynamy od: "Szanowny Panie Kowalski". Gdy nie znamy nazwiska osoby odpowiedzialnej za nabór pracowników, piszemy ogólnie "Szanowni Państwo".

We wstępie piszemy konkrety: "W odpowiedzi na ofertę pracy opublikowaną w... dnia... dotyczącą stanowiska... przesyłam swoje dokumenty aplikacyjne." Ta notatka również pozwala "zaszufladkować" - szukamy tego, chcemy robić to.
Po tym wstępie czas na autoreklamę. Można tu wypisać swoje cechy charakteru, pochwalić się dotychczasowymi osiągnięciami i doświadczeniem. Nie chodzi o to, aby przepisać z CV gdzie pracowaliśmy, ale aby określić konkretnie co potrafimy. Np. "Bardzo dobrze jeżdżę samochodem. W poprzedniej firmie rozwoziłem towar do sklepów, a przy każdej okazji zabieram swoim autem rodzinę na wycieczki po całym kraju. Nigdy nie miałem wypadku." Opisałam banalną sytuację, prawie każdy dobrze jeździ i ma własny samochód... a jednak informacja, że przy prawie każdej okazji zabierasz autem rodzinę na wycieczki samochodowe znaczy że: jeździsz po różnych trasach, nie boisz się nowej, nieznanej drogi; jeździsz bezpiecznie, bo jesteś odpowiedzialny za rodzinę, chcesz z nią spędzać czas. Ubiegając się o jakiekolwiek stanowisko, zastanów się czego mogą od ciebie oczekiwać i pochwal się doświadczeniem z życia.
Co ważne - nie pisz o swoich słabych stronach. A jeśli już musisz - napisz je tak, jakby to była zaleta. Przykład? Wyobraź sobie u księgowej taką wadę: "Jestem bardzo dokładna, wszystko muszę mieć dopięte na ostatni guzik; czasem skupiam się na mniej ważnych zadaniach". Dla pracodawcy będzie to zaleta, chociaż pani księgowa chciałaby być mniej drobiazgowa i skupić się na "ważniejszych" sprawach. Szukaj pozytywów :) To jest miejsce na twoją reklamę!
Na koniec zdanie szablonowe, taka formalność... Wpraszasz się na rozmowę kwalifikacyjną, z tym, że pracodawca wyznacza miejsce i czas. "Mam nadzieję, że zainteresowałam Państwa swoją osobą i będę mogła spotkać się z Państwem na rozmowie kwalifikacyjnej" lub "Wierzę, że spełniam Państwa oczekiwania i że będę miała możliwość zdobywania doświadczenie na stanowisku, o które się ubiegam."
Pod listem trzeba się podpisać, a na samym dole również trzeba umieścić klauzulę o danych osobowych, tą samą co na CV. Na liście motywacyjnym wystarczy jeden podpis, nie trzeba podpisywać się ponownie pod klauzulą.

środa, 30 marca 2011

Żmudne poszukiwanie pracy cz. 1.

Wcale nie jest łatwo znaleźć pracę. Gratuluję tym, którzy pracują. Dziś uwiecznię tu informacje, które w szukaniu pracy mogą bardzo pomóc. Nie jest to recepta "jak znaleźć pracę", bo jakby taka recepta była to bym już pracowała... Trzy rzeczy chcę tu omówić. Podzielę materiał na trzy części. 
1. Curriculum Vitae
2. List motywacyjny
3. Rozmowa kwalifikacyjna
To, czym zaraz się podzielę dowiedziałam się w urzędzie pracy na specjalnych zajęciach aktywizacyjnych.

Curriculum Vitae
Czyli innymi słowy życiorys. Tu znajdziesz wzór CV
Co powinno się znaleźć w CV?
Adres
Telefon
e-mail
(data urodzenia)
(stan cywilny)
(obywatelstwo)

Wykształcenie
Doświadczenie zawodowe
Kursy i umiejętności
Zainteresowania
Klauzula o danych osobowych


Adres, telefon i e-mail, aby potencjalny pracodawca miał możliwość odpowiedzieć na nasze zgłoszenie. Wspomnę tu od razu o klauzuli bez której pracodawca nie ma prawa skontaktować się z nami.

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w mojej ofercie pracy dla potrzeb niezbędnych do realizacji procesu rekrutacji (zgodnie z Ustawą z dnia 29.08.1997 roku o Ochronie Danych Osobowych; tekst jednolity: Dz. U. z 2002r. Nr 101, poz. 926 ze zm.). 

W przypadku drukowanych dokumentów, pod tą klauzulą należy się podpisać. 
Nie podajemy numeru PESEL, NIP... Należy także wyczuć, czy napisać datę urodzenia i stan cywilny. Data urodzenia może pomóc lub zaszkodzić. Jeśli jesteś młody i starasz się o pracę w młodym zespole to wpisz datę, ale jeśli szukają kogoś z doświadczeniem a zerkną na datę i stwierdzą, że nie miałeś kiedy zdobyć doświadczenia to CV odkładają na bok. Stan cywilny - jeśli mężatka przyzna się już w CV do bycia żoną, to pracodawca pomyśli: "Aha, to za chwilę pójdzie na macierzyński i znowu będę kogoś szukać, weźmy pannę". W innej sytuacji jest mężczyzna z obrączką. Jest postrzegany jako osoba mająca na utrzymaniu rodzinę, co za tym idzie - są szanse, że jest to ktoś odpowiedzialny. (Nie każdy żonaty facet wpadł i ożenił się z przymusu.)
Jeśli masz podwójne obywatelstwo - napisz to. Będzie to sygnał, że znasz dobrze język obcy. 
Wykształcenie i doświadczenie zawodowe wypisujemy od najświeższych danych, czyli co robiliśmy ostatnio. To co było ileś lat temu notujemy niżej... Piszemy daty rozpoczęcia i zakończenia. W dacie uwzględniamy miesiące. Jeśli chwalimy się kursami, musimy mieć dokumenty potwierdzające ukończenie kursu. W przypadku kursów czasowych, należy określić kiedy ważność kursu wygasa. Przy umiejętnościach warto dodać w jakim stopniu coś potrafimy: Bardzo dobra znajomość obsługi komputera - systemu Windows i MS Office. Dobra znajomość programów graficznych: GIMP, Photoshop. 
Kolejny punkt - zainteresowania - wypisujemy prawdę, może się okazać, że akurat pracodawca lubi to samo co my i będzie chciał trochę o tym porozmawiać.
No i na samym dole klauzula, o której pisałam wyżej.
Warto jeszcze pomyśleć o zdjęciu. Dobrze mieć przygotowane dwie wersje: z i bez zdjęcia. Jeśli w ofercie jest wymagane CV ze zdjęciem wtedy nie mamy problemu. Umieszczamy zdjęcie legitymacyjne, paszportowe. Zdjęcia z imprez, wycieczek czy sesji zdjęciowych będą niewątpliwie utrudniać zdobycie pracy. Ale jeśli zdjęcie nie jest wymagane, a my składamy dokumenty kasjerce, panu na bramce, recepcjonistce... i nie bierzemy potwierdzenia odbioru... istnieje ryzyko, że się nie spodobamy tej osobie i nasze dokumenty nie dotrą nawet do osoby odpowiedzialnej za kadry. W przypadku dokumentów bez zdjęcia odbierający nie wie, czy składamy swoje dokumenty, czy tylko dostarczamy czyjeś. A w ogóle to najlepiej zapytać po prostu z kim możemy rozmawiać w sprawie pracy. 

niedziela, 27 marca 2011

Trzecie przykazanie

Pamiętaj abyś dzień święty święcił!

Na szczęście nie muszę w niedziele pracować. (Niestety ciągle poszukuję pracy) Obudziłam się dziś sama, bez budzika, bez niczyjej pomocy. Zmieniało się czas w nocy, ale my zawsze chodzimy na 20:00 na mszę, więc możemy spokojnie spać do oporu. Nie trzeba się zrywać z łóżka, aby coś posprzątać, coś zrobić... A przez zasłony sypialni przebijało się jasne światło zapowiadające piękny dzień. Zapowiada się błogie lenistwo usprawiedliwione tym, że dziś niedziela. Zatem nie wolno pracować, trzeba świętować!

Świętować. Co to znaczy świętować? Teraz moje dni robocze wyglądają tak: wstaję rano, robię mężowi śniadanie do pracy. Sama jem śniadanie i wyruszam w świat szukać roboty. Czy to w internecie, czy w urzędzie pracy, czy spacerując po mieście w poszukiwaniu ogłoszeń... Sprzątam kiedy muszę. Pieniądze się kończą wiec nie ma kasy na rozrywki. Zakupy także tylko te naprawdę potrzebne... Popołudniu szykuję obiad, wieczory spędzam z mężem... Dzięki Bogu on ma pracę. A niedziela?

Świętowanie to coś więcej niż błogie lenistwo... I coś o wiele więcej niż godzinna msza. Świętowaliśmy wczoraj urodziny dziadka. Zaczęły się mszą (o 6:30 w nocy!) i śniadaniem u dziadka. Potem każdy wrócił do siebie przygotowywać się na wieczór, na imprezę. Strój, jedzonko.. każdy coś przyniósł. Moje są zawsze torty :) W ramach prezentów. Rodzinnie spędziliśmy czas od ~14 do ~22. To było świętowanie urodzin. Jedliśmy, rozmawialiśmy, śmialiśmy się... A jak świętować niedzielę?

Mamy okres Wielkiego Postu. Chyba było by dobrze zacząć dzień od dziesiątki różańca, jeśli nie całego różańca? O 15:00 Koronka do Miłosierdzia Bożego? Potem Gorzkie Żale w kościele... O mszy nie wspominam, bo to oczywiste. Każdy idzie kiedy chce. Wieczorem rozważenie fragmentu z Pisma Świętego... Chyba, że to codzienne "nawyki"? To byłoby wspaniałe! I ktoś, kto żyje tak blisko Boga i tak często codziennie z nim rozmawia na pewno nie ma kłopotu ze świętowaniem niedzieli :)

Chciałabym, aby w moim życiu niedziela była dobrze świętowana, a dni robocze były wypełnione zajęciami, aby nie było czasu na nudę i lenistwo. Staram się o to. To jest teraz mój cel.

czwartek, 10 marca 2011

Na Wielki Post kilka myśli

Kolejny Popielec, znowu Wielki Post... Tyle się działo w przeciągu ostatniego roku... A tu znowu trzeba pokory - wymyślić postanowienia, zrobić rachunek sumienia, rozpocząć nawracanie się... Bo wierzący ludzie też zbaczają z Drogi i muszą się nawracać.
Ten czas będzie dla mnie inny niż wszystkie posty z ubiegłych lat. Skończyłam studia i zasilam rzesze bezrobotnych, szukających pracy. Nie lada wyzwanie mam przed sobą! Nie zapuścić korzeni w fotelu i nie przyrosnąć do łóżka. Teraz dopiero potrzeba mi samodyscypliny!
Dzisiejszy dzień spędziłam w dużej mierze przed monitorem. Nie tylko w poszukiwaniu pracy przedzierając się przez oferty w necie... Także na szukaniu inspiracji jak ten Post przeżyć. Przede wszystkim należy odróżnić post od diety.

Na dobry początek - rachunek sumienia z własnej duchowości.
Jaka jest moja wiara? Głęboka? Płytka? "Odświętna"?
Wiara jest łaską, Bożym darem. Wiary nie można się nauczyć; to nie jest wiedza. Jeśli jednak ta wiara jest słaba, to pytanie - dlaczego? I od razu odpowiedź, a co! Grzeszę tak bardzo, że łaska Boża nie ma szans we mnie działać. Nasuwa się pytanie drugie:
Jakie popełniam grzechy? Czyli co w moim zachowaniu jest sprzeczne z wolą Bożą. Co robię po swojemu, a nie po Bożemu? Tu warto by sobie przypomnieć 7 grzechów głównych, 10 przykazań Bożych, uczynki miłosierdzia... Bo niewypełnianie uczynków miłosierdzia jest zaniedbaniem! I jeszcze, po tym małym katechizmie - przykazanie miłości.
Miarą miłości jest miłość bez miary. O sile miłości świadczy czas spędzany z ukochaną osobą. Nie trudno obliczyć ile czasu spędzamy z chłopakiem/dziewczyną, mężem/żoną, rodziną, przyjaciółmi... I nie tak trudno określić ile czasu poświęcam wyłącznie Bogu. Jedna, niecała godzina podczas Mszy Świętej w niedzielę, kiedy to skupiam całą wolę, aby na siłę mówić do Boga? Westchnienia typu "Boże!" "Jezu!" "Matko Boska!" podczas rozmów ze znajomymi? (Co jest łamaniem drugiego z dziesięciu przykazań...)
Jak odpowiadam Bogu na Jego miłość do mnie? Jak wygląda moja modlitwa? 
Znajdź 15 minut na zastanowienie się nad swoją duchowością: zbadać, znaleźć pomysły na ulepszanie i przygotować konkretny plan wdrażanie nowelizacji w życie...
Małymi krokami do celu - do owocnego przeżycia Wielkiego Postu.

Modlitwa to taki jeden filar duchowości. Aby człowiek był rzeczywiście bogaty duchowo potrzebuje jeszcze postu i jałmużny.
Post w Wielkim Poście... Brzmi śmiesznie... Teraz w XXI w. post kojarzy się z dietą. Ale fajnie! Dziś nie będę nic jeść!... [Teraz wersja idealna] W ten sposób zadość uczynię Bogu za ten grzech! [Lub] Tak podziękuję Bogu za to, że... [A wersja życiowa] To mi pomoże zrzucić zbędne kilogramy, taka 1 dniowa głodówka wyczyści mi jelita i przyspieszy metabolizm. A od jutro będę już jeść zdrowo!
Na pewno w moim przypadku "życiowa wersja" będzie się plątać obok tej idealnej, choćby nie wiem jak idealna była wersja idealna...
Post to nie tylko niejedzenie. Można sobie odmówić czegokolwiek, co nam sprawia przyjemność. Może w piątkowe wieczory nie pójdziesz na dyskotekę? Albo raz w tygodniu nie zapalisz ani jednego papierosa? W ciągu tych 40 dni nie wypijesz ani kropli alkoholu? Albo zjesz jutro obiad przy stole a nie przed komputerem, czy telewizorem? Odłożysz powieść na półkę a sięgniesz po katolicką lekturę? Wiele jest sposobów poszczenia. Zachowam dla siebie moje postanowienia i Ty także nie chwal się co robisz dla Boga.

Pozostaje trzeci filar - jałmużna. Najprościej wrzucić drobne do skarbonki w kościele, czy jakiemuś żebrakowi dać parę groszy. Można wysłać SMS, z którego dochód przeznaczony będzie na pomoc komuś...  Jałmużna. Dawanie... pieniędzy. Ale nie tylko! może taki żebrak nie potrzebuje pieniędzy, a ciepłej herbaty? Może nie ma zębów, żeby pogryźć bułkę, którą mu dajesz? A może w ogóle nie spotykasz żebraków? Więc jak tu dać jałmużnę? A co jeśli Twój portfel także jest pusty i ledwo wiążesz koniec z końcem w swoim domu? Myślę, że pod hasłem "jałmużna" kryje się wszelkie dobro i bezinteresowna pomoc drugiej osobie. Ustąpienia miejsca w autobusie to danie drugiemu krzesła, aby jemu się wygodniej jechało., czyli jałmużna. Wyrzucenie śmieci sąsiadce, która ma problemy z chodzeniem, to pomaganie jej w wypełnianiu jej obowiązków. Śmieci się same nie wyrzucą, a ona sama ma problem, aby zejść z trzeciego piętra. Ty właśnie wychodzisz i nic Ci się nie stanie jak zrobisz parę kroków więcej, w stronę kosza. Parę kroków... Jałmużna. Zrobić coś dla kogoś, poświęcając chwilkę uwagi, nie po to, by być chwalonym, docenianym, ale tak od serca, by pomóc.

Jezus wielokrotnie odchodził w ustronne miejsca, aby się modlić. Przeważnie tej modlitwie towarzyszył post w postaci niejedzenia. I Jezus nigdy nikomu nie odmówił pomocy. Także sam podchodził do potrzebujących pomocy i służył im z miłością.

Jeszcze jedno... Łatwiej dążyć do celu z kimś niż samemu. Warto poszperać w sercu i rozeznać czyja duchowość jest nam bliska. Który święty jakoś szczególnie nas inspiruje. Każdy ma swojego patrona. Każdy może czerpać z doświadczenia tych, którzy już cieszą się Królestwem niebieskim. Jeśli nie masz kogoś takiego, to warto poszukać sobie patrona.

sobota, 29 stycznia 2011

Droga krzyżowa nienarodzonych

Może to nie czas na rozmyslanie o drodze krzyżowej... W końcu jeszcze choinki w niektórych domach, karnawał i radość... Jednak robię porządki na kompie i w płytach, a ten tekst jest warty zachowania.

Droga krzyżowa nienarodzonych 

         "Życie ludzkie jest święte, ponieważ od samego początku domaga się «stwórczego działania Boga» i pozostaje na zawsze w specjalnym odniesieniu do Stwórcy, jedynego swego celu. Sam Bóg jest Panem życia, od jego początku aż do jego końca. Nikt, w żadnej sytuacji, nie może rościć sobie prawa do bezpośredniego zniszczenia niewinnej istoty ludzkiej". (KKK 2258)
        
Dar życia, który Bóg Stwórca i Ojciec powierzył człowiekowi, domaga się od człowieka, aby miał świadomość nieocenionej jego wartości i przyjmował go w sposób odpowiedzialny. (Donum Vitae)

Spróbujmy przyjrzeć się, jak wygląda Droga Krzyżowa małych, bezbronnych istot ludzkich, którym nie pozwolono przyjść na świat. Wszak i Jezusa zamierzał zabić Herod jak mówi nam ewangelia (Mt 2, 13-16) "Będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić… Wtedy Herod widząc, że Mędrcy zawiedli wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców do lat dwóch". Pragniemy Zbawicielu, wynagrodzić Ci zniewagi wyrządzone przez zabijanie poczętego życia. Któryś cierpiał za nas rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami; i Ty Matko Bolesna, któraś współcierpiała, przyczyń się za nami.

Stacja I
Pan Jezus na śmierć skazany
Dziś moja mama dowiedziała się, że ja już żyję w niej od przeszło miesiąca i to pod jej sercem. Niestety nie ucieszyła się mną. Powiedziała straszne słowa: Nie chcę tego dziecka! Nie ma dla niego miejsca w naszym domu!

Jezu, Ty pierwszy usłyszałeś taki wyrok – wysłuchałeś go w milczeniu. Ja nie umiem mówić. Kochana mamo, tato, ja wprawdzie milczę, ale wiem o waszym wyroku na mnie! Pytam Was - Dlaczego? Za co? Pozwólcie mi żyć i kochać… Któryś cierpiał za nas rany…

Stacja II
Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona
Jak trudno jest żyć po wyroku. Wszystko we mnie krzyczy i protestuje. Chcę żyć! Chcę się rozwijać, a wy nie daliście mi tej szansy. Przekreśliliście Boże plany, co do mnie. Mieć tę świadomość, że idzie się na śmierć przedwcześnie i niesprawiedliwie, wziąć taki ciężki krzyż, gdy ma się tak mało sił – to jest strasznie bolesne. Mamo! Tato! Czy wiecie, że ten krzyż, który mi daliście w tej chwili jest za ciężki i niesprawiedliwy?

Jezu! Ty też dźwigałeś krzyż niesprawiedliwie. Wziąłeś go z miłości do wszystkich ludzi. Ja też chcę kochać i być kochanym… Któryś cierpiał za nas rany…


Stacja III
Pan Jezus pierwszy raz upada
pod krzyżem
Mój krzyż, tak jak Twój Jezu, jest bardzo ciężki, przekraczający moje zbyt małe siły. Nic dziwnego, że upadam i załamuję się. Najbliżsi wyrzekli się mnie. Nie kochają mnie i nie oczekują mnie. Jezu, Ty też byłeś sam ze swoim krzyżem. Też upadłeś, ale powstałeś i szedłeś dalej. Czuję, że i ja mam w sobie tyle dynamizmu i tyle sił do życia! Próbuję, więc poderwać się, aby dalej się rozwijać. Tylko proszę dajcie mi szansę… Któryś cierpiał za nas rany…
 
Stacja IV
Pan Jezus spotyka matkę swoją
Matka – czy ja mam matkę?… Wszak ona spotyka się ze mną, bo przecież nosi mnie w swoim łonie. Jej krew dopływa do mnie i tą krwią odżywia mnie. Mamo, dlaczego karmisz mnie dymem z papierosów i alkoholem? Dlaczego spotkania z tobą są takie bolesne?…

Matko Boża, Ty też spotkałaś Swego Syna i Wasze spotkanie było pełne bólu i cierpienia. Ale było ono przepełnione miłością. Jezu jedynie Twoja Matka umie naprawdę kochać. Ona kocha także i mnie, bo jest też moją Matką… Któryś cierpiał za nas rany…



Stacja V
 Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi
Szymon był dobrym człowiekiem. Wprawdzie niechętnie, ale pomógł Ci Jezu nieść krzyż. Zrozumiał wreszcie tajemnicę krzyża. Ktoś powiedział mojej mamie, że ten tak zwany "zabieg" jest niebezpieczny, że powinna się dobrze zastanowić nad decyzją. Mama zawahała się w swoim postanowieniu – nie z miłości do mnie, lecz z obawy o siebie. Och mamo! Gdybyś Ty wiedziała, jaką ulgę sprawiło mi twoje dobre, choć egoistyczne myślenie. Niechcący pomogłaś mi, ulżyłaś. Sprawił to cierpiący Jezus… Któryś cierpiał za nas rany…

STACJA VI
 ŚWIĘTA WERONIKA OCIERA TWARZ
 PANU JEZUSOWI
Drobna, niepozorna, ale odważna i miłosierna kobieta podbiegła z czystą chustą i otarła Twoje Jezu Oblicze. Przyniosła Ci na krótko ulgę… Moja mama zwierzyła się przyjaciółce ze swojej tajemnicy. Ona już chciała jej gratulować i życzyć szczęśliwego rozwiązania, gdy dowiedziała się, że ja jednak się nie urodzę. Jej radość zmieniła się w smutek. Próbowała tłumaczyć mojej mamie, chciała mnie jeszcze ratować. Wielką ulgę mi przyniosła. Otarła moją malutką twarzyczkę nieznajoma, szlachetna jak Weronika. Dziękuję Ci za to heroiczna "Weroniko"… Któryś cierpiał za nas rany…

STACJA VII
PAN JEZUS UPADA POD KRZYŻEM
PO RAZ DRUGI
Dobra doradczyni mojej mamy odeszła. Na moich malutkich, słabych ramionkach został tylko krzyż, jeszcze cięższy. I choć się rozwijam, rosnę z każdym dniem tak bardzo się zmieniam, nie umiem sobie poradzić z tym krzyżem, który rośnie wraz ze mną. Przytłacza mnie, więc znów upadam.

Jezu pomóż mi dźwignąć się. Ja chcę żyć! Proszę Cię pomóż też mojej mamie… Któryś cierpiał za nas rany…

STACJA VIII
PAN JEZUS POCIESZA PŁACZĄCE
NIEWIASTY
Wiele jest dobrych kobiet i takich, które płaczą nad losem moim i moich braciszków i siostrzyczek, bezbronnych i niewinnych. Te kobiety płaczące zwykle nic nie robią, aby ten nasz – nienarodzonych dzieci – tragiczny los zmienić. Grzeszą zaniedbaniem, gorszą się, a mogłyby jeszcze pomóc – okazać trochę ciepła, wesprzeć. Moja mama potrzebuje miłości!

Jezu, Ty upomniałeś i pouczyłeś płaczące niewiasty, aby płakały raczej nad sobą, swoimi dziećmi i nad grzechami. A więc płaczące niewiasty na wasz ratunek, na wasz protest, na waszą miłość czekają nienarodzone dzieci… Któryś cierpiał za nas rany…

STACJA IX
 PAN JEZUS UPADA POD KRZYŻEM PO RAZ TRZECI
Mój krzyż rośnie do ogromnych rozmiarów, powiększa go świadomość zbliżającej się okrutnej śmierci. Ta myśl powoduje, że już prawie umieram. Przeżywam śmiertelne załamanie…
Jezu, tylko Ty jeden wiesz, co dzieje się w mym sercu. Ty jeden rozumiesz moje położenie. Ty Boże, dałeś ludziom wolną wolę, a oni wykorzystują ją, nadużywają najświętszego daru Bożego do czynienia zła… Któryś cierpiał za nas rany…

STACJA X
 PAN JEZUS Z SZAT OBNAŻONY
Jestem w pełni rozwoju, wszystko we mnie krzyczy, bo naprawdę chcę żyć! Mamo, gdybyś wiedziała jak bardzo tego pragnę, gdybyś chciała mnie zobaczyć, gdybyś, choć trochę mnie kochała… Umiałabyś poczekać jeszcze i mogłabyś przeżywać niepojętą radość mojego narodzenia. Mamo! Tato! Dlaczego nie chcecie przeżyć moich narodzin?
Jezu, na Ciebie obnażonego patrzyli oprawcy. Dla nas malutkich nawet lekarze mogą stać się mordercami, bo matkom i ojcom zabrakło odwagi… Któryś cierpiał za nas rany…

STACJA XI
PAN JEZUS PRZYBITY DO KRZYŻA
Nadeszła moja ostatnia godzina. Moja mama przyszła do lekarza by mnie zabił. On wziął ostre narzędzie, którym mnie rani wiele razy. Od pierwszego zranienia jeszcze się nie umiera, tylko strasznie się cierpi. Ja się nie skarżę, choć to bardzo boli! Mamo, czy widzisz moją krew? Nie, ty nie chcesz patrzeć na krew. Ostre narzędzie dosięga mnie głęboko rozdziera moje malutkie ciało…
Jezu, w tej męce tylko Ty mnie rozumiesz. Przeżyłeś przybijanie tępymi gwoździami twoich rąk i nóg do krzyża na Golgocie. Dodaj mi siły w moim jakże okrutnym, agonalnym cierpieniu… Któryś cierpiał za nas rany…

STACJA XII
PAN JEZUS UMIERA NA KRZYŻU
Żegnaj moja mamusiu, twoje łono stało się krzyżem, na którym ja umieram. Mimo, że mnie zabijasz, jesteś jednak moją matką. Matką, która nie kocha, która odrzuciła najcenniejszy dar Boży – życie…
Pod krzyżem Chrystusa też stała Matka. Ona kochała, współcierpiała, bo przez krzyż dokonywało się zbawienie świata. Moje cierpienie i śmierć mogą ciebie potępić. Lecz ja się modlę za tych, którzy mnie zabili: "Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią"(Łk 23, 34)… Któryś cierpiał za nas rany…

STACJA XIII
PAN JEZUS ZDJĘTY Z KRZYŻA
Jezu, Ciebie po zdjęciu z krzyża położono na kolanach Matki. Ona, patrząc na Ciebie, na Twoje rany konała w swoim sercu i współzbawiała świat. Moja mama nie chce na mnie patrzeć! Moje ciało porozrywane na kawałki wrzucono do kubła. Matka odczuła ulgę, bo pozbyła się już ciężaru, choć zostało jej brzemię wyrzutów sumienia.
Matko Boża i moja Matko, proszę Cię, weź moje ciało w swoje Niepokalane Ręce. Poskładaj je na Zmartwychwstanie… Któryś cierpiał za nas rany…

STACJA XIV
PAN JEZUS ZŁOŻONY DO GROBU
Matka i najwierniejsi przyjaciele złożyli ciało Twoje Panie Jezu do grobu. Dla mnie grobem jest kubeł na śmieci i odpady. Jest to nasz wspólny grób, bo we mnie zamordowano Ciebie Jezu. Wszak Ty powiedziałeś: "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25, 45)
 Jezu, Tyś trzeciego dnia wstał z martwych, jak to zapowiedziałeś: "Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Oni Go zabiją, ale trzeciego dnia zmartwychwstanie" (Mt 17, 22-23) Zwycięzco śmierci, w Tobie mam nadzieję…mocną i niezawodną… ZMARTWYCHWSTANIE… Któryś cierpiał za nas rany…


ZAKOŃCZENIE
W dzisiejszym świecie podważana jest tożsamość rodziny, a także pozycja, jaką zajmuje ona w świecie. Ideologiczna agresja, która występuje przeciw rodzinie niszczy jej istotę, a także wartości moralne i duchowe utrudniając jej wypełnienie swoich zadań. Tym samym dąży się do deformacji sumień oraz zatarcia granicy pomiędzy dobrem a złem. Cywilizacja śmierci w coraz większym stopniu opanowuje świat i zagraża człowiekowi. (por. J. Kłys Arena bitwy o życie)
Rodzina jest wspólnotą życia i miłości. Dar życia, który człowiek otrzymał od Stwórcy powinien być postrzegany w ludzkiej świadomości jako wielka wartość i przyjmowany z wielką odpowiedzialnością. Każdy człowiek powinien życia strzec, bronić i kochać je. (K. Majdański bp, Cywilizacja życia)
Bronić życia i umacniać je, czcić je i kochać – oto zadanie, które Bóg powierzył każdemu człowiekowi, powołując go – jako swój żywy obraz – do udziału w Jego panowaniu nad światem… (EV 42)
Żadna okoliczność, żaden cel, żadne prawo na świecie nigdy nie będą mogły uczynić godziwym aktu, który sam w sobie jest niegodziwy, ponieważ sprzeciwia się Prawu Bożemu zapisanemu w sercu każdego człowieka, poznawalnemu przez sam rozum i głoszonemu przez Kościół. (EV 62)

czwartek, 6 stycznia 2011

Klient vs Sprzedawca

Poczytałam trochę w necie historyjek z życia Klient vs Sprzedawca. Jako, że mam już doświadczenie na stanowisku kasjera to podzielę się moimi przeżyciami :) Procowałam w empiku. Kasy są na samym środku, po jednej stronie jest punkt informacyjny i kasa biletowa, po drugiej stronie dział multimedia.

A przy kasie...

- Ile to kosztuje?
Gdy nie było kolejki sprawdzałam cenę towaru na kasie, ale gdy sznurek ludzi wił się na pół sklepu odsyłałam klientów: "Proszę sprawdzić tam na czytniku." Bo w empiku są czytniki jak w każdym markecie... Ale nie każdy to wie, więc grzecznie odsyłamy.

- Czy jest może książka... [tu następuje otwieranie torebki, przekopywanie wszystkich przegródek i wyciąganie malutkiej, pogniecionej i zabazgranej karteczki... tylko po to, żeby usłyszeć...]
- Informacja jest TAM. - Jednak jeden klient nie dawał za wygraną:
- Ale ma pani komputer przed sobą, nie sprawdzi mi pani?
- To jest kasa, proszę pana, a nie komputer...

Pewna pani, koło 50-tki, kładzie na ladzie kilka pozycji. Kasuję po kolei. Klientka wskazując nieskasowany jeszcze atlas pyta:
- Czy ten atlas jest samochodowy? Bo tu nigdzie nie pisze...
Zerknęłam na okładkę i czytam "atlas drogowy" i przytakuję. Na co klientka z niedowierzaniem przygląda się dalej. czyta opis z tyłu: "mapa aktualnych fotoradarów, czarnych punktów i wiaduktów do 4 metrów"
- Ale dlaczego tu nie pisze, że to jest samochodowy? Skąd ja mam wiedzieć czy on się nadaje do samochodu?
Za mną stała koleżanka z punktu info i mówi klientce, że "drogowy" to synonim słowa "samochodowy" i spokojnie może zabrać atlas do samochodu. Klientka najwyraźniej nie dosłyszała, bo pyta:
- Co to jest?!
a gdy grzecznie wyjaśniłam:
- Synonim, wyraz bliskoznaczny - odparła z oburzeniem
- Ja wiem co to jest synonim!
Ale atlasu nie kupiła.

Klienci płacący kartą zbliżeniową paypass (do 50zł) dostają promocyjną czekoladkę. Nie każdy wie o promocji, ale zawsze gdy ktoś taką kartą chciał płacić oszczędzałam sobie czas a klientowi wpisywanie PINu. Sięgałam pod ladę, wręczałam czekoladkę mówiąc: "Czekolada za użycie karty paypass." Pewien klient, następny z kolejki miał do zapłaty prawie 200zł. Podając mi kartę chwali się, że też ma taką kartę zbliżeniową i też chce dostać czekoladkę. Mówię, że promocja obowiązuje tylko przy zakupach do 50zł. To klient mówi, że on może płacić za wszystko osobno. Wtedy dostanie więcej czekoladek. Spojrzałam na kartę, a na niej żadnego napisu "paypass". Trudno było przekonać klienta, że to nie jest karta zbliżeniowa tylko zwykła i niestety czekoladki nie będzie. Gdyby nie był taki pazerny może sięgnęłabym pod ladę i dla świętego spokoju, obawiałam się jednak, że będzie tak pazerny jak inny klient...

Kupił 3 kartki świąteczne i grzecznie przy kasie pyta o koperty. Stos kopert mamy pod ladą, po kartkach, ale nikt nie mówił czy możemy je rozdawać... Koperty nie są w stałym asortymencie sklepu, więc ogólnie ich nie sprzedajemy, ale 3 kartki... kopert jest z 200... Dałam mu 3 koperty. Parę dni później ten sam klient podszedł do kasy do koleżanki z dość dużym plikiem kartek świątecznych. Koleżanka nabiła wszystkie na kasę i słyszę tylko jak kasjerka mówi: "Nie mamy kopert."
Klient: - Jak to nie macie? Przecież kupiłem tu ostatnio koperty!
- Dobrze, ale teraz nie mamy kopert.
- To ostatnio były, a teraz nie ma? Ja potrzebuję koperty do tych kartek!
Już wiedziałam co to za klient... Trudno nie zapamiętać kogoś kto z białych kopert chce "te bardziej białe"... Odwróciłam się od swojego klienta i na drugi koniec kas grzecznie mówię kopertowemu klientowi:
- Rozumie pan, że nie mamy? Skończyły się. Mamy koperty tylko po kartkach i nie są na sprzedaż. W tej chwili się skończyły. - I zajęłam się moim klientem. Słyszałam tylko oburzony głos: "To ja nie biorę tych kartek jak nie ma do nich kopert."

Podchodzi do kasy dziecko, około 13 letnie. Podaje książkę i płytę. Na obu artykułach były naklejone duże ceny, że z daleka widać, że oba artykuły kosztują po 29,90zł. Mówię:
- Razem 59,80zł. - I widzę konsternację i pomięte 50zł  ręce...
- To tylko tą książkę poproszę...

Było kilku klientów, którzy po usłyszeniu ile mają zapłacić stwierdzali, że nie mają tyle pieniędzy, albo nie mają w ogóle portfela. Byli i tacy, którzy dziwili się, że "aż tyle" muszą zapłacić, gdy na każdym artykule cena była widoczna.

Pewna młoda dziewczyna przy wpisywaniu PINu nagle przestraszonym głosem mówi, że pomyliła cyfrę i pyta co ma nacisnąć. Gdy ja mówiłam "Żółty" dziewczyna trzymała palec na czerwonym guziku, którym anulowała transakcję. Dla mnie to nie był problem, powtórzyć komendy, ona jednak bardzo się tym przejęła i przepraszała patrząc jak Kot ze Shreka.

Gdy pewnego dnia zaczynałam pracę i liczyłam dopiero pieniądze, do koleżanki obok podeszła pani ochroniarz z dziewczyną około 15 letnią i pyta kasjerkę czy ta dziewczyna kupowała u niej płytę, bo nie ma paragonu, a bramka przy drzwiach piszczy. I słowo kasjerki jest w tym momencie decydujące. Jednak gdy przez sklep przewija się masa ludzi (jak to przed świętami) to nie sposób zapamiętać każdego klienta. Więc koleżanka mówi, że nie kojarzy tej dziewczyny. Dziewczyna jest gotowa zapłacić jeszcze raz za płytę, widać, że jej zależy. Podchodzi jakaś znajoma/ koleżanka/ siostra... tej dziewczyny i mówi, że ona była przy tych zakupach i płyta jest kupiona a nie skradziona. Jednak jej zdanie nie jest wiarygodne. Kasjerka zaczęła szukać na kopi paragonów w kasie, czy ma nabitą tę płytę, ale nie mogła się doszukać. Nagle podchodzi koleżanka, która stoi przy kasie tylko, gdy są większe kolejki i pyta, co się stało. Okazało się, że to u niej dziewczyny kupiły płytę. Drodzy Klienci, po to dajemy am paragony, żebyście je zabrali, a jeśli nie są Wam potrzebne to wyrzućcie je do pierwszego kosza PO WYJŚCIU ze sklepu.
Paragon jest też podstawą wszelkich reklamacji i zwrotów.

Podchodzi do mnie pewna pani z dwiema książkami i paragonem i nieśmiało mówi:
- Mój syn z kolegą chcieli zrobić prezent sowim kolegom na 18tkę, ale to co kupili to totalny niewypał, czy a się to zwrócić?
Okazało się, że kupili książki o tematyce erotycznej. Jako, że jeden z klientów nie zabrał ze sobą paragonu to pani mogła zwrócić tylko jedną książkę.

Był taki dzień, kiedy to każdy klient, który nie płacił kartą wyciągał 50zł lub 100zł.

Ludziom podobało się, gdy pytałam czy mają grosik, 4 grosze lub 9 groszy. Moim obowiązkiem było wydać każdego grosza, a gdy ktoś dosypał mi żółciutkich monet miałam czym wydawać kolejnym klientom.

Przepraszam Panią, której nie wydałam 30zł reszty. To naprawdę nie było celowe. Do dziś mi głupio. Dobrze, że Pani wróciła i upomniała się o swoje.

Przepraszam Cię młody niepełnoletni jeszcze człowieku, że nie sprzedałam Ci tej gry, no ale ktoś mądrzejszy od nas obojga po coś tam umieścił te "+18"...

Pozdrawiam pana, który odważył się zapytać, czy to prawda, że w empiku można wypożyczać płyty :)

Pozdrawiam też Pana, który chwilę po odejściu od kasy stwierdził, że zamiast 13zł wydałam mu tylko 3zł. Bo nie ma 10zł w portfelu... Przeprosiłam, wyjęłam z kasy 10zł, dałam Klientowi... Po godzinie Pan przyszedł i pyta:
- Pamięta mnie Pani? Bo ja te 10zł  kieszeni znalazłem, więc jednak mi pani dobrze wydała. Przepraszam, oddaję.

Pozdrawiam Panią Blondynkę, która odstała swoje w kolejce do mnie, abym mogła jej wykrzyczeć, że jestem kasjerką, a informacja jest TAM, i to nie prawda, że na sklepie nie ma pracowników do pomocy, bo tylko zerknęłam jej przez ramię i wskazałam 2 dziewczyny w koszulkach "empik team".

Na koniec pozdrawiam całą ekipę, z którą pracowałam. Dobrze było Was poznać, fajni z Was ludzie. Dziękuję Pani Dyrektor za umożliwienie mi zdobycia takiego doświadczenia. Jakbym mogła się tam jeszcze do czegoś przydać to jestem chętna :)

środa, 29 grudnia 2010

Po-świąteczne refleksje

Minęły już Święta. Kolejne w mym życiu. Zabiegane troszeczkę, bo poszczególne dni spędzane różnych miejscach... Co wyróżnia te dni od zwykłego weekendu? Pasterka, kolędowanie, spotkania z rodziną, ciepła atmosfera, radość (troski jakby blakną i mało się narzeka, więcej ludzie się chwalą), choinka, prezenty... Refleksje...
Minęły już Święta. Czy Jezus się we mnie narodził w tym roku? Czy Go właściwie przyjęłam? Czy nie przespałam tych Świąt? Nie od razu po poczęciu matka dowiaduje się, że pod sercem nosi nowe życie. Dopiero czas pokaże, że następują pewne zmiany w jej życiu... Są też kobiety, które bardzo pragną nowego życia, a pomimo starań nie mogą zajść ciążę. Teraz jestem taką Matką dla Jezusa. Nie wiem czy już się we mnie narodził, ale moje pragnienie Jego jest tak wielkie, że jeśli czas pokaże, że Święta nie zaowocowały... adoptuję Jezusa, będę Go poznawać i razem z Nim się rozwijać... Bo choć życie bez Boga jest fajne, to z Bogiem jeszcze lepsze!

poniedziałek, 29 listopada 2010

Opowiadanie o Agatce

Mała Agatka nie mogła się odczekać kiedy spadnie pierwszy śnieg. Czekała z utęsknieniem, zamknięta w sobie, na biały puch, który dodaje nadziei na nadejście pięknego czasu. Miała bowiem w sobie wiele ponurości, którą śnieg mógł rozjaśnić, a przez to ona mogła znaleźć jej źródło. Za oknem obudził się dzień, lecz się nie rozjaśniał. Chmury zakrywały słońce, a były przy tym coraz grubsze, bo im bliżej południa tym tak samo ciemno było na dworze. Parę dni minęło w takim zawieszeniu. Ponurość "z siebie" wylała się na świat. Ale jakaś biała nić ciągle plątała się Agatce "w sobie", a ona wciąż czekała z utęsknieniem na śnieg.

Pierwsze płatki opadające na szare chodniki pod jej stopami topiły się i wielka plucha towarzyszyła jej na każdym kroku. Trzymając w rączce białą nić Agatka szła w kierunku kłębka, lecz zamiast niego znalazła jedną wielką zapętloną kulę, z której biała nitka wychodziła gdzieś dalej. Te pierwsze płatki zimy zachęciły ją do rozwiązania tego wielkiego supła, aby mogła dalej nawijać na szpulkę tą nitkę i poszukiwać kłębka. Na szczęście był w pobliżu silny mężczyzna, którego mogła poprosić o pomoc. Pan wyjął z kieszeni scyzoryk i rozciął nitkę w dwóch miejscach, tak, że zniszczoną przez liczne węzełki kuleczkę Agatka mogła wyrzucić, i z pomocą pana zawiązała malutki węzełek na końcach nitki i zadowolona szła dalej - zwijając w kłębek nitkę i oczekując na biały śnieg, który rozświetli jej źródło ponurości. 

To się stało w pierwszą niedzielę adwentu. Agatka wyjrzała przez okno na szarość nieba i spostrzegła, że świat okryty jest białą kołdrą śnieżynek. Rozradowana spojrzała w siebie i odkryła że jest szczęśliwa. Że tej ponurości co była w niej nie już ma. Jest w niej biało i czysto. I trochę pusto. 

Pewna kobieta dała Agatce początek niebieskiej nitki. Ładnie wygląda niebieska nitka na białym tle Agatki. Agatka zapragnęła znaleźć początek tej nitki, aby cała nitka nawinięta na kłębek zdobiła ją. Rozpoczęła swą wędrówkę w poniedziałek tuż po pierwszej niedzieli adwentu, aby nie tracić ani chwili, ale czym prędzej mieć niebieskość. W końcu dzieci chcą mieć to, co im się podoba, a o tym co było brzydkie zapominają, dlatego ponurość jest już historią, a niebieskość radością oczekiwaną. Agatka jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, że na końcu niebieskości będzie kolejna nić... a za nią kolejna... aż zbierze wszystkie, które jej się spodobają. Najważniejsze tylko, by zapragnęła jeszcze jednej, tej niewidzialnej dla oczu, która te wszystkie niebieskości, zielenie, czerwoności, żółcie... obejmie w całość i pozwoli wyszyć Agatce w sobie unikalny tatuaż - przeszczęśliwa. 

poniedziałek, 8 listopada 2010

Najpiękniejsze serce - B. Ferrero

"Pewien młodzieniec chwalił się że ma najpiękniejsze serce w dolinie.
Chwalił się nim na rynku
i zebrał się ogromny tłum by je podziwiać bowiem było w swym kształcie perfekcyjne.
Nie miało żadnej skazy,
było przepiękne, gładkie i błyszczące.
Biło bardzo żywo.
Chłopak krzyczał na cały głos że nikt nie ma piękniejszego serca od niego
i wszyscy mu potakiwali
bowiem jego serce było idealne.

Jednak w pewnym momencie
jakiś strzec z tłumu krzyknął:
Dlaczego twierdzisz
że twoje serce jest najpiękniejsze
skoro moje jest o wiele piękniejsze od twojego.

Młodzieniec bardzo się zdziwił słysząc te słowa
a potem spojrzał na serce starca i się zaśmiał.
Serce starca biło bardzo żywo,
być może nawet żywiej od serca młodzieńca
ale było to serce poorane rozlicznymi bruzdami,
serce w którym było
wiele brakujących kawałków.
Wiele tez w nim było kawałków
które do tegoż serca nie pasowały.
Było to serce brzydkie
które w żaden sposób nie mogło się równać
z nieskazitelnym sercem młodzieńca.

Chłopak zapytał się dlaczego starzec uważa
że jego serce jest piękniejsze
skoro wszyscy widzą, że nie jest ono
nawet w części tak piękne
jak jego własne serce.
Wtedy starzec rzekł, że w życiu nie zamieniłby tego serca na serce młodzieńca.
Powiedział też aby młodzieniec spojrzał na jego serce i wskazując na blizny rzekł.
Widzisz te blizny i brakujące kawałki.
Nie ma ich tu dlatego,
że ofiarowałem je z miłości dla wielu osób
a niesie to ryzyko bo często się zdarza,
że sami ofiarowujemy uczucie dla innych,
ale oni nie dają nam nic w zamian.
Stąd te blizny bo choć dałem im cześć swojego serca, oni nie dali mi nic.
Jeśli natomiast spojrzysz uważnie dostrzeżesz,
że wiele kawałków do mojego serca
niezupełnie pasuje.
Są to kawałki serca innych,
które oni mi ofiarowali
i które znalazły stałe miejsce w moim sercu.
Dlatego moje serce jest piękniejsze od twojego.
Natomiast te bruzdy,
które widzisz zrobili ludzie nieczuli,
ludzie, którzy mnie zranili.

Wtedy młodzieniec spojrzał na starca,
zrozumiał i zapłakał.
Potem wziął kawałek swojego przepięknego serca i ofiarował go starcowi,
a starzec zrobił to samo.
Padli sobie w ramiona i rozpłakali się po czym odeszli razem w wielkiej przyjaźni.
Młodzieniec włożył część serca starca
do swojego serca
w miejsce brakującego kawałka
który dał starcowi.
Ten nowy kawałek pasował tam,
choć nie idealnie,
co zmąciło
doskonałą harmonię serca młodzieńca.
Nigdy jednak wcześniej serce młodzieńca nie było tak piękne jak w tym momencie
i młodzieniec dopiero teraz to zrozumiał

Pracuj tak,
jakbyś nigdy nie potrzebował pieniędzy,
tańcz tak
 jakby nikt na ciebie nie patrzył
i zawsze kochaj tak
 jakbyś nigdy wcześniej nie kochał"

niedziela, 24 października 2010

Refleksje

Dawno nie pisałam... Znowu dużo się działo... Wszystko na raz i nic nie wypaliło, więc teraz będzie powoli, po kolei. I z Bogiem. Mieszkamy od trzech tygodni we własnym Gniazdku. Dziś poświęconym przez zaprzyjaźnionego Księdza. Od razu lepiej... Może Bóg nas uchroni przed kolejnymi awariami, problemami z remontem etc. Od jutra dokańczam pisanie magisterki, żeby ją w czwartek oddać do sprawdzenia. Na początku listopada zaczynam poszukiwanie pracy. 

Czego nauczyłam się w ostatnim czasie? 
Zaufanie Jezusowi polega na całkowitej zgodzie na absolutnie wszystko, co dla nas przygotował. Nie można mówić: "Jezu, ufam Tobie", a gdy coś pójdzie nie po naszej myśli - mówić: "Jezu, spadaj!". Tak, Bóg nami kieruje, aby wszystko toczyło się dobrze w naszym życiu; aby krzyż nie był za ciężki, a odpowiedni. Aby nam nie zabrakło żadnej łaski. Warunek jest jeden. Musimy współpracować z Łaską. Bóg na siłę nas nie zbawi. A jak się z Bogiem współpracuje? To już każdy w sercu musi sobie odpowiedzieć na to pytanie. Bo życie każdego jest inne, wyjątkowe. Najprostszym i najtrudniejszym zarazem sposobem - jest pokochać Boga. Żeby Go pokochać - trzeba Go poznać. Poznać kogoś można tylko poprzez częste przebywanie z nim, wspólne rozmowy i wspólne robienie czegoś... 
Bóg posyła do nas ludzi. Jedni są z nami przez długie lata, a obecnością innych cieszymy się zaledwie kilka tygodni... A każdy z nich może nas budować i towarzyszyć w codziennym życiu. Lepiej mieć Przyjaciół wokół siebie... Dlatego trzeba być przyjacielem. Ta prawdziwa przyjaźń musi mieć jednak pewną cechę wroga. Mianowicie tą szczerość i bezpośredniość, aby umieć wskazywać błędy i napominać, gdy jest taka potrzeba. Sposób wyrażania tych trudnych tematów musi być subtelny, aby budował, a nie niszczył - to różni przyjaciela, od wroga. 
Systematyczność i życie według jakiegoś planu owocują radością z osiągnięć. Warto mieć jakiś szkic zajęć na kolejny dzień, aby nie tracić czasu, ale dobrze wykorzystać te chwile, które tu mamy, na ziemi. Bo tracić czas można w bardzo łatwy sposób, ale traci się go bezpowrotnie.

Na koniec jedno zdanie, moja Skała:
Wierzę, w grzechów odpuszczenie.

środa, 20 października 2010

Wyjaśnienie demotywatora


Ten znak służy mieszkańcom budynków przy parkingach... Zdarza się, że kierowcy ruszając robią w mieszkaniach spalinową zadymę. Kiedy włączają silnik to wszystko z rury wydechowej skierowane jest prosto na czyjeś okna. Pół biedy jeśli jest zamknięte, ale przy otwartym oknie, gdy ludzie wietrzą pokój i nagle duszą się spalinami - to jest demotywator. Dodatkowo takie okopcone okna trzeba częściej myć i bardziej szorować.
Miałam napisać o tym wcześniej, ale miałam inne sprawy na głowie...

wtorek, 7 września 2010

O naszym remoncie. cz. 10.

Aż by się chciało napisać coś dobrego i zakończyć te raporty remontowe, ale pan Adam Lincer okazał się po prostu oszustem i kombinatorem. Także naciągaczem. Kuchnia do tej pory nie jest skończona. Ciągle nie są zamontowane halogeny, brakuje płytek przy kaloryferze (a kupiłam je dawno temu!) Umówiłam się z panem Adamem, że przyjdzie dziś skończyć ten remont. Na pewno mnie nie pomylił z innym klientem bo dokładnie powymieniał co zostało do zrobienia. Dziś się nie doczekałam ani na pana Adama, ani na telefon czy sms z wyjaśnieniem. Moich telefonów nie odbiera. Więc teraz już, przykro mi bardzo, ale negatywne opinie idą w świat panie Lincer! Płaciłam na bieżąco za wszystkie wykonane rzeczy i materiały które sprowadzili. Więc nie mogą powiedzieć ze coś było nie tak z mojej strony. Mało tego skasowali sumę z vatem i ja ciągle czekam na fakturę i rozliczenie z hurtowni, w której kupowałam materiały. Więc moja cierpliwość się skończyła.

Teraz poszukuję cykliniarza. Widać tych specjalistów jest już mniej niż budowlańców, a cena jaką usłyszałam przez telefon? Jak z kosmosu. Zobaczymy po oględzinach parkietu, które już wkrótce, mam nadzieję.

piątek, 27 sierpnia 2010

O naszym remoncie cz.9.

We wtorek sprawdziliśmy efekty remontowe... i zapłaciliśmy za robotę.
Zabrakło 7 płytek do kuchni... jak je dostarczą to firma je doklei. Jeszcze nie pociągli halogenów w kuchni - to też mają zrobić, gdy będą kafelkować... Jeśli chodzi o wymianę drzwi to.. futryny są, ale skrzydła drzwiowe jeszcze oryginalnie zapakowane... Będą musieli je też zawiesić i sprawdzić czy dobrze te futryny zamontowali... Oby były dobrze! Bo już się dość nadenerwowałam przy płytkach w kuchni... :/ Niektóre szpary za szerokie, inne za wąskie... Jedne płytki "wpadły" inne gdzieś uciekały... I pan Adam - szef, który je kładł się nie pojawiał więc nie było możliwości mu powiedzieć w oczy, że ma to poprawić... W końcu panu Adamowi - drugiemu, dałam jasno do zrozumienia, że mają to poprawić, zanim to zafuguje. No i poprawili szpary... jeszcze został problem listwy wykończeniowej, której przy kafelkowaniu pan Adam - drugi nie wkleił... doklejenie jej potem już nie wyszło tak jak powinno. Na dole jest idealnie, a na górze odstaje z jednej strony. Dodatkowo nad płytkami idzie wykończeniowy dekor typu cygaro. Gdyby listwa była dłuższa to byłoby ładnie wykończone, a tak? Wyszło jakieś dziwne coś... No ale już nie będą tego zmieniać. Już mam ich dość. Poza tym cygaro miało się kończyć tak, żeby nie wchodziło koło szafki wiszącej, a pan Adam nakleił je do samego końca ściany. Jak przywiozą mi meble i one się nie zmieszczą przez dekor to: wrrrr. Trzeba będzie je wykuć.
Mieli skończyć do 19 sierpnia całość... Pokazali, że kafelkować nie umieją i nie są terminowi. Jeden zaczyna, kto inny kończy przez to wychodzą niedomówienia. To był cud, ze na m podesłali pana Ryśka i łazienka jest perfect i w terminie. Kuchnia - duuuuużo prostsza i sobie z nią nie poradzili... Gdybym tylko wcześniej wiedziała jak się kafelkuje to sama bym lepiej te płytki położyła. Jeszcze nie przyjrzeliśmy się dokładnie podłodze w kuchni, bo jest przykryta kartonami, żeby jej nie porysowali... Ale to już się przyjrzę niebawem, bo będę musiała tam wysprzątać, żeby zamówić cykliniarza.

środa, 18 sierpnia 2010

O naszym remoncie. Cz.8.

Pan Paweł przysłał pana Adama. Razem z żoną przysłali nam pana Janka do wykonania remontu. Przez 2 tygodnie pan Janek mierzył ile rurek będzie potrzebował. Po czym po małych zakupach zniknął w piątek. W poniedziałek przyprowadzili pana Ryśka (ściągniętego na szybko przez internet), któremu dostała się najtrudniejsza robota. Trzy tygodnie zajęło mu pociągnięcie kanalizacji i prądu w kuchni i łazience oraz wykonanie całej łazienki. Łazienka jest gotowa i jest ok :) W czasie gdy pan Rysiek robił łazienkę pojawił się pan Adam i zaczął kłaść kafelki w kuchni. Nie dokończywszy roboty zniknął. Gdy pan Rysiek całkiem skończył łazienkę to dokończyć kuchnię przyszedł inny pan Adam z synem.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

O naszym remoncie. Cz.7.

Kuchnia:
Prawie wszystkie kafelki są już na ścianie. Trzeba jeszcze przykleić te brakujące wykafelkować podłogę. Tylko nie mogę znaleźć nigdzie zielonej fugi z Atlasu ;( Zostaje jeszcze sufit do zrobienia

Łazienka:
Już wykafelkowana. W sobotę w trójkę skręcaliśmy wannę przez 7 godzin. Dziś gazownik zamontował piec, a pan Rysiek wstawiał futrynę i wykańczał kafelkować nad nią. Zostaje do zrobienia podłoga i sufit; no i gniazdka kontaktowe.

Futryny do pokoi... stoją dwie i na oko wyglądają na krzywe. Zabrakło chłopakom pianki chyba i zamiast dokupić i skończyć robotę to zostawili wszystko i zniknęli. Jeszcze jedna futryna czeka na wstawienie.

piątek, 30 lipca 2010

O naszym remoncie. Cz.6.

Oto fotka stelaża z geberitu podstawionego tak, jak będzie zabudowany płytkami.
A to widok z naszej sypialni na przedpokój i łazienkę...
To nie jest cały gruz... jeszcze go przybyło, ale jutro mają go zabrać.
"Fartuch" w kuchni - w miejsce skutego tynku przyjdą kafelki. 

Załatwiłam dziś dwie rzeczy.
1. Zadzwoniłam do producenta drzwi i futryn, które kupiliśmy w Liroyu i zapytałam czy jest możliwość zamówienia u nich jednej belki, żeby przywieźli/przysłali mi do domu. Pani powiedziała, że oni tego nie robią ze względu na zbyt wysokie koszty. Poleciła mi zamówić brakującą część w najbliższym Liroyu, więc jej wyjaśniłam: zamawiałam belkę 14 lipca i mam ją odebrać 21 sierpnia, a ja ją potrzebują na JUŻ. Pani jak dowiedziała się w którym to mieście to powiedziała mi, że oni tam w każdą środę wiozą towar i sprawdziła, że mają te belki na stanie więc jeśli Liroy złoży zamówienie to nie będzie żadnego problemu żeby tą belkę mi przywieźli do Liroya w najbliższą środę. Ucieszona i spokojniejsza pojechałam do Liroya. A tam pracownicy niewiele mogli zrobić - sprawdzają w systemie, sprawdzają na sklepie i belki nie ma... Poprosiłam o wezwanie kierownika. Pewna pani wyjaśniała mi, że terminy dostaw ustala producent i oni nic nie mogą poradzić. Powiedziałam o moim telefonie do producenta i o możliwości sprowadzenia belki w środę. Pani wykonała telefon do producenta i poprosiła o przysłanie belki na środę. Zamówienie przyjęte - jest szansa. Pani Agnieszce bardzo dziękuję za cierpliwość do mnie i telefon do producenta. Aż się popłakałam im w tym sklepie... Robotnicy chcą już kafelkować a tu futryny nie ma jak wstawić...
2. Przyjechał pan ze sklepu, a właściwie salonu - salonu kuchni i wymierzył całą kuchnię. Więc czekam tylko na dokładniejszy projekt i wycenę mebli. Trzeba je zamawiać szybko, żeby nie było potem jak z futryną.

środa, 28 lipca 2010

O naszym remoncie. Cz.5.

Rano zajęliśmy się przerobieniem rurek od kaloryfera w łazience, bo poprzedni fachowcy skutecznie utrudnili jakiekolwiek manewry - nie szło tych rurek ani rozkręcić, ani na nie nałożyć kafelek, ani wsunąć płytki pod te rurki... Więc wymyśliliśmy sposób na pozbycie się ich i potrzeba było wykuć trochę w tynku. Zanim jednak pan odpalił wiertło - zgasło nam światło w łazience, wyłączyło się radio - prąd szlag trafił. Sprawdzamy korki - bezpieczniki sprawne. Pytam u sąsiadów. Jeden z nich zadzwonił po elektryka. Ponad godzinę czekaliśmy na prąd. W tym czasie podgipsowaliśmy rurki do wody. A gdy naprawili prąd od razu wróciliśmy do grzejnika w łazience. Skończyliśmy o godzinie 11. Pracownik trochę zdenerwowany, bo mieliśmy o 10:00 oddać zgrzewarkę, zadzwonił do pani Ilony i dowiedział się, że ona po nią nie ma jaki przyjechać, bo zepsuło jej się auto.
Po zakończeniu z grzejnikiem i ogipsowaniu czego się dało pojechaliśmy po kable i puszki do pociągnięcia gniazdek w kuchni. Po tych zakupach i pociągnięciu kabla doszliśmy do pewnego problemiku - gdzie dokładnie w łazience zrobić kontakt. Przy tym wyniknął już dużo większy problem - licznik z wody jest dokładnie na wysokości stelaża z ubikacji i nie bardzo jest co z tym zrobić... Była już godzina 15:00. O godzinie 15:30 wpadłam na pomysł, że od 16:00 jest otwarta u nas administracja, a skoro mamy zgrzewarkę to da się licznik podnieść wyżej. Wystarczy, że pani z administracji przyjdzie, sprawdzi stan licznika przed przeróbką i po przeróbce i nie będzie problemu. Poczekaliśmy do 16:00 i po jakichś 15 minutach problem był rozwiązany - licznik podniesiony, woda w pionie odkręcona... Gdyby pani Ilona zabrała nam zgrzewarkę to... Nie wiem co.
To jednak nie koniec problemów i kombinowania. Stelaż się zmieścił, ale teraz licznik bardzo odstaje. Po maksymalnym przedłużeniu nóżek stelaża (czyli postawieniu stelaża jak najdalej od ściany) licznik ciągle jest za szeroki. Płytki przychodzą prawie bezpośrednio na stelaż. Licznik też ma być przykryty płytkami - tuż nad licznikiem będzie półka, a on jest za bardzo wysunięty. Jedyne sensowne rozwiązanie jakie znaleźliśmy to geberit zamontować pod lekkim kontem. Jedna śruba na jednej ścianie, druga śruba na drugiej ścianie. Wtedy półka nad spłuczką i licznikiem wyjdzie trójkątna, a całość się ładnie schowa. Zyskamy przez to ciut więcej miejsca przy umywalce. Zdjęcia wkrótce.

Za te pomysły i rozwiązania - dzięki Bogu!

wtorek, 27 lipca 2010

O naszym remoncie. Cz.4.

Dwa dni i instalacja wodno-kanalizacyjna pociągnięta i podniesiony kaloryfer w kuchni :) Prace wykonuje jeszcze inny pracownik. Przyszedł, pooglądał co jest i wziął się do pracy. :) A ja nie mogę się doczekać końca...

czwartek, 22 lipca 2010

O naszym remoncie. Cz.3.

W tym tygodniu następuje "zbiórka" materiałów potrzebnych do remontu. Mam wrażenie ze to trwa wieki... W samym mieszkaniu zmieniło się tylko to, ze została rozebrana ścianka i zebrane kafle z podłogi w kuchni.
I dotarły w końcu zakupy z Liroja Merlina...
W środę o 10:00 zadzwonił pewien pan, że już wyjeżdżają, ale brakuje kabiny bo w tej którą mieli dla nas są popękane szyby i muszą nam sprowadzić z Katowic. Pozostałe zakupy, z Mikołowa do Tychów wieźli przez... 2 godziny. W czwartek, dziś, miał pan rano dzwonić kiedy będzie kabina. O 11:00 zadzwonili: "Czy ta kabina może przyjechać przed godziną 15?? Bo my mamy strasznie dużo tych transportów na popołudnie i by nam zależało..." Moja odpowiedź: "No ja tu od rana na was czekam..." "Ok, bo my teraz czekamy na kierowcę i jak przyjedzie to od razu ładujemy towar do auta i kierowca będzie dzwonił." No to czekam... Czekam... CzekaMY... bo Eflu i Draco znowu przyszli do pomocy przy wnoszeniu... Doczekaliśmy się telefonu: "Może pani schodzić, ja za minutkę będę." Na klatce odbieram znowu telefon od kierowcy: "Mi się faktury pomyliły, ja jestem w Łaziskach i u pani będę za 20 minut.Przepraszam..." Był za pół godziny, tzn. o 13:15.
Nie mam ochoty więcej tam nic kupować. Miło z ich strony, że sami rozpoznali wadliwy towar i dostarczyli nowy (chociaż też trzeba go dokładnie sprawdzić, a na to sama nie miałam już czasu i ochoty), a nie wcisnęli kitu... Ale to czekanie?? I ten bałagan z futrynami... Ech :) Już się z tego śmieję po prostu :]
A jakie najbliższe plany remontowe?
Pociągnąć wodę, postawić ścianę między kuchnią a przedpokojem i podnieść grzejnik.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Grunwald 2010

Grunwald 2010

W piątkowy poranek, a dla niektórych w czwartek bardzo, bardzo późno w nocy... czyli o godzinie 5:45 wyjechaliśmy z domu, aby o 6:00 być na umówionym miejscu i razem z załogą drugiego auta wyruszyć w długą drogę. Pilotem wyprawy był Storm, z Natalią i Kariną. A pilotowanymi był kierowca Ardis z siostrą Gosią i ze mną.

Jechało się super. Z Tychów na Katowice trasą, szybciutko :) Pierwszy postój gdzieś na stacji. Storm wyrusza pierwszy a Ardis nie umie odpalić auta... Wiedzieliśmy co się dzieje...  Trzeba go na popych. Odpalił. Jedziemy :)

Dotarliśmy na Grunwald. Samochody ustawiają się w rządku żeby zapłacić za parking i pole namiotowe wiec my też stoimy w sznureczku. Pan ze służb porządkowych spojrzał na pasażerów samochodu i mówi: "12 zł za parking i jeszcze za namiot to będzie w sumie 57zł." Znaleźliśmy miejsce i rozbiliśmy namioty obok samochodu. Poszliśmy pozwiedzać co mają.

Znaleźliśmy miejsce walk rycerzy - turniej indywidualny, ale przez tłumy nie szło zbyt wiele dostrzec. Jedynie Ardis wspiął się na drewniany wysoki płot i porobił zdjęcia. Poszliśmy dalej. Widok ludzi ubranych w stroje średniowieczne i chodzących pomiędzy namiotami i sprzętami typowo średniowiecznymi robił duże wrażenie. Poszliśmy obejrzeć próbę inscenizacji bitwy. Smażyliśmy się na słońcu. Ale było ciekawie. Na wzgórzu lasek, obok lasku dwa domki ze słomianym dachem... a my mamy widok spomiędzy drzew i domków. Było ok do chwili gdy dokładnie przed nami zaparkował ambulans i już nic nie było widać...

Storm z Natalią i Kariną poszli w swoją stronę, a my zgadaliśmy się z Amu i spotkaliśmy się na pomniku. Około 22:00 rozsiedliśmy się wygodnie, żeby obejrzeć film kina plenerowego pt. "Krzyżacy". Było by wspaniale gdyby nie to, że tuż za plecami była muzyka średniowieczna, przy której ludzie tańczyli. W efekcie słyszałam co trzecie słowo z filmu. Potem, sen... Nie ma co narzekać :) Jedyny problem to taki że zmarzliśmy trochę, pod samymi kocami (jak się okazało w pt rano - nie mamy śpiworów w domu).

Sobota. Śniadanie i spacer - porozglądać się po okolicy. Bitwa zaplanowana była na godzinę 14:00. Ustaliliśmy wcześniej, że około godziny 12:00 pójdziemy zająć jakieś dobre miejsce na bitwę, ale o godzinie 10:00 już tłum ludzi siedział na kocach pod parasolkami i czekał w słońcu. Nie pozostało nam nic innego jak przyłączyć się i czekać. Przynieśliśmy koc, jedzenie, picie i czekaliśmy. O godzinie 13:00 zaczęli się rycerze zjeżdżać na pole bitwy i przygotowywać do całej bitwy. Ludzie siedzący z przodu, niżej zaczęli się podnosić i robić zdjęcia a z tyłu z góry huknął głos tłumu: "Sia-dać! Sia-dać! Sia-dać!" :) Siedziało się jak w amfiteatrze. Mieliśmy dobry widok na wszystko, pod warunkiem, że wszyscy siedzieli. Organizator przez głośniki podał komunikat, że bitwa zacznie się o godzinie 14:00 i ludzie mają siedzieć i złożyć parasole, żeby inni też widzieli.

Bitwa. Narrator opowiadał co się dzieje, a rycerze odgrywali sceny. Czasem nie mogłam się połapać gdzie co  jest ;) Ale kilka momentów zrobiło na mnie wrażenie. Przykładowo te zasłaniające nam w piątek domki ze słomianym dachem podpalili Krzyżacy. Ogień był wielki. Gdy cała słoma spłonęła strażacy, którzy byli na miejscu zaczęli gasić pożar. Gdy ugasili ogień - unosił się jeszcze jasny, gęsty dym. A gdy już się ulotnił - strażacy poczęstowali zimnym prysznicem ludzi siedzących w pobliżu. My tym razem siedzieliśmy dokładnie z drugiej strony... Widowiskowe było także samo starcie dwóch tysięcy "srebrnych głów" połyskujących na słońcu. Wydawało by się że jest ich tam strasznie dużo, a tu nagle kolejni rycerze stojący tuż przy widowni, na "komendę" narratora wyruszają do walki i jest jeszcze więcej wojowników. Niesamowite. Ta godzinna walka była tak ciekawa, że czas, jak "stał w miejscu przez te 4 godziny czekania, tak o tej 14:00 rozpędził się maksymalnie.

Po bitwie były oklaski na stojąco i ludzie zaczęli się rozchodzić. My także dotarliśmy do samochodu. Pozbieraliśmy namioty i popakowaliśmy wszystko do auta. Postanowiliśmy już jechać. Znaleźliśmy sznurek aut próbujących wyjechać na ulicę i ustawiliśmy się w nim. Auto ciągle nie odpalało i trzeba było go na popych odpalać. W ciągu 4 godzin przejechaliśmy 500 metrów i zaparkowaliśmy blisko ulicy. Uznaliśmy, ze pójdziemy coś zjeść i pochodzić jeszcze po polach. Organizatorom należy się nagana za dwa różne koncerty w takiej odległości od siebie, że stojąc przy Armii słychać: "Jesteś szalona! Mówię ci, zawsze nią byłaś..." Około 21:00 pojawił się chłodny wiatr i chmury zapowiadające, że za chwilę może lunąć deszcz. Poszliśmy szybko do aut. Korek już się rozładował trochę. Wyruszyliśmy.

Przez godzinkę jechało się dobrze i szybko. Po tej godzinie drugą godzinę staliśmy, bo dogoniliśmy nasz korek. Natalia szukała objazdów przez wsie, ale uznała, że będzie to bez sensu więc staliśmy. Ku naszemu zdziwieniu jak ruszyliśmy tak już korka nie było. Jak mijaliśmy stacje to trzy najbliższe były pełne samochodów.
Wyprzedziliśmy Storma. Ardisowi lepiej się jeździ nocą jak się coś dzieje na drodze, a nie trzyma się monotonnie jednych światełek kierowcy przed nami... No i w Sochaczewie zmyliły nas znaki. Chcieliśmy ominąć Warszawę, więc wjechaliśmy na centrum miasta. Zajechaliśmy na stację i zapytaliśmy jak dotrzeć do trasy... Wylądowaliśmy na trasie nr 2, zamiast 50. Zajechaliśmy aż do samej stolicy. Poinstruowani przez Natalię szukaliśmy trasy nr 8. Udało się. Oznaczenia w Warszawie i mały ruch na ulicach umożliwiły nam szybki przejazd po właściwych drogach :) W końcu była 2:00 w nocy ;) Jadąc sobie ósemką, napisałam smsa do Natalii, że już jesteśmy na dobrej drodze. Odpisała że oni też jadą ósemką, i że zrobią sobie godzinny postój. Jakie było nasze zdziwienie, jak zajechaliśmy na stację, a tam Storm odpoczywa :D My jechaliśmy dalej. Przed Radomskiem wjechaliśmy w burzę i deszcz. Potem już Częstochowa i Katowice i dom.

Wróciliśmy o 6:30. O 7:00 spaliśmy jak niemowlęta :)
Zdjęcia wkrótce :)

środa, 14 lipca 2010

O naszym remoncie. Cz.2.

Zakupy. Wchodzimy do sklepu gdzie do remontu mają "wszystko". Przyjechaliśmy po drzwi, bo w mieszkaniu już futryny zerwane i ścianki się sypią. Wybór taki, że trudno zdecydować. Nie patrzymy na ceny, ale też omijamy te najdroższe (chociaż jedne były idealne do naszego salonu... skrzydło kosztowało ponad 800zł. W sumie byliśmy gotowi je wziąć do chwili, gdy zobaczyliśmy cenę ościeżnicy, czyli futryny... drugie tyle co drzwi). Zdecydowaliśmy się ostatecznie na konkretne drzwi, zapisaliśmy czy prawe czy lewe. Wszystko super. To trwało około 40 minut. A potem czekaliśmy półtorej godziny na kogoś z obsługi. Nie chciało nam się tak sterczeć jak ciołki więc poszliśmy na dział łazienek. Wybraliśmy wannę, umywalkę z szafką, wc ze stelażem i spłuczką w zestawie... i podobnie jak na dziale z drzwiami stoimy i czekamy na pracownika sklepu... Załamka. Doczekaliśmy się. Złożyliśmy zamówienie i wracamy na drzwi. Znowu nikogo nie ma... W końcu pojawiła się pani w firmowym stroju sklepu, aby posłużyć nam pomocą. Pokazaliśmy jej jakie drzwi chcemy. Okazało się, że nie ma górnej belki ościeżnicy. Jak to jest możliwe, że nie ma?? Kto wykupił samą jedną część futryny?? Pani sprawdziła w komputerze i powiedziała, że w Żorskim sklepie mają 30 sztuk tego produktu, więc następnego dnia, czyli dziś jedziemy do Żor. Oczywiście też czekaliśmy... Tylko krócej. Pokazałam panu karteczkę na której wczoraj pani napisała co potrzebujemy. Pan przeczytał, po czym powiedział: "Nie mamy. Mamy inny kolor: taki albo taki, ale tej nie mamy." I zadowolony. A we mnie znowu zawrzało. "Niech mi pan powie co ja mam zrobić. Zamówiłam drzwi Z FUTRYNAMI i I NIE MA BELKI?! Mówią mi że macie je tutaj, a pan mówi że nie ma??" Pan mi tylko powiedział że muszę wrócić do Mikołowa i tam zamówić to czego brakuje. Oczekiwanie na realizację wynosi 4 tygodnie. Za 4 tygodnie to ja miałam mieć po remoncie. A nie dopiero montować drzwi!!! Wróciliśmy do Mikołowskiego sklepu. Okazało się, że 4 belki są! Brakuje tylko jednej... do łazienki :/ Zamówiliśmy i czekamy... ciekawe tylko jak pan Adam wykafelkuje łazienkę bez kompletnej futryny...
A na  łazience i kuchni zależy nam najbardziej... 

wtorek, 13 lipca 2010

O naszym remoncie. Cz.1.

Jakiś czas temu postanowiliśmy z mężem, że wyremontujemy nasze mieszkanie. Problem tylko był taki, że nie wiedzieliśmy jak się za to zabrać. Znalezienie ekipy remontowej wzięłam na siebie. Znalazłam na necie fajną stronkę, gdzie napisałam co chcę i tylko czekałam na oferty. Dostałam około 30 propozycji! Zaprosiliśmy jednego fachowca, aby pooglądał, doradził i wycenił koszt remontu, co też zrobił. Zaprosiliśmy drugiego pana w tym samym celu. Od razu skrytykował parę pomysłów pierwszego fachowca, wyjaśnił co jest nie tak i jakie proponuje rozwiązanie.. Kultura, obycie i zasób wiedzy, pana który przyszedł jako drugi zrobiła na nas duże wrażenie i uznaliśmy, że nie ma sensu dalej poszukiwać kolejnych fachowców. Kosztorys nie różnił się wiele od kosztorysu pierwszego pana wiec tym bardziej zgodziliśmy się aby nasz remont poprowadził Pan Paweł. :) 


Od czasu wstępnych ustaleń do podpisania umowy minęło trochę czasu. Pan Paweł w tym czasie wykonał projekt kuchni i kosztorys potrzebny do kredytu. Kiedy ja miałam głowę w skryptach i uczyłam się na egzaminy Pan Paweł już szykował się do naszego remontu dzwoniąc i pytając o różne szczegóły.
W dniu podpisania umowy Pan Paweł przyprowadził swojego pracownika Pana Adama, z którym podpisaliśmy papierek. Zanim jednak Pan Adam zacznie - musieliśmy się pozbyć starych drzwi i rozlatujących się mebli. Do tego także Pan Paweł przysłał nam swojego znajomego - Pana Jacka. Przyprowadził, przedstawił :) Pan Jacek w ciągu kilku godzin uprzątnął całe zbędne drewno i wywiózł, więc ja nie musiałam się o nic martwić :) Pełna kulturka i dobrze wykonana robota. 

Wielkie podziękowania należą się też wszystkim, którzy pomogli w wynoszeniu rzeczy i śmieci do piwnicy lub kosza :) (lud do domu, jeśli się komu co spodobało:)) Czyli dla: Asi, Marty, Draco i Elfu :) Przy czym Panowie to na prawdę odwalili kawał dobrej roboty :)



wtorek, 6 lipca 2010

u mnie

u mnie wszystko w porządku
krok po kroku
spełniają się marzenia 
tańczę i padam ze zmęczenia

u mnie świat zastyga w tym co nastąpi
a to co było odchodzi do albumu
aby kiedyś go otworzyć 
i łezkę wzruszenia uronić

u mnie teraz jest spokój
więc to jasny znak, 
że zbliża się jakiś 
niezidentyfikowany jeszcze chaos

u mnie nie ma niepokoju
u mnie jest nadzieja
i módl się alby mnie nie porzuciła
u mnie jeszcze kiedyś będzie bardzo potrzebna